Kiedy kilka tygodni temu rozmawiałem z wokalistą Franz Ferdinand Aleksem Kapranosem, który wyznał: – Dalej uwielbiamy jeździć razem w trasy i jako zespół jesteśmy silni jak nigdy, ale już nie imprezujemy jak dawniej – część z nas ma teraz żony i dzieci i w naturalny sposób zwolniliśmy.

To wyhamowanie wyraźnie słychać na „Tonight: Franz Ferdinand”. W kąt poszły ekstatyczne refreny i rockowa energia, dzięki której zespół wspiął się na szczyty swoim debiutem sprzed pięciu lat. Ze świecą w ręku szukać tu hitów na miarę „Take Me Out” i „Darts Of Pleasure”, choć zespół nie mógł sobie odmówić hymnicznych zaśpiewów i dalej pielęgnuje formę łatwo wpadającej w ucho piosenki. Jeśli zabawić się w wirtualne spotkania na szczycie, to nowa płyta Szkotów brzmi, jakby nagrał ją Jim Morrison do spółki z Donną Summer. Wszystkie niemal utwory opierają się na sekcji rytmicznej żywcem wyciągniętej z końca lat 70. – tak jak w otwierającym płytę „Ulysses”, sugerującym wprost charakter całego albumu – charakterystyczny prosty pochód basowy, kłania się tu elegancko stopom, a drapieżne syntezatorowe wstawki na kilometr pachną klasycznymi nagraniami Giorgio Morodera.

Ale clue programu ciągle pozostaje Alex Kapranos – bez niego mielibyśmy do czynienina z kolejną kapelą odgrzewającą „vintage’owe brzmienia” w nadziei, że 15-letni fani nieznający starych nagrań uznają je za nowatorskie. Głos Kapranosa ocieka wręcz seksowną nonszalancją, do złudzenia przypominającą manierę Jima Morrisona. Jestem szczęśliwie żonaty, ale słuchając takich numerów jak „No You Girls Never Know” czy „Ulysses”, myślę sobie, że nie wyrzuciłbym Kapranosa z łóżka, gdyby ten znalazł się jakimś dziwacznym zrządzeniem losu w jego okolicach...

Fani The Doors pewnie święcie się oburzą za porównanie z mitycznym Morrisonem. Niesłusznie – Kapranos to naprawdę dojrzały frontman, który dysponuje bardzo szeroko paletą emocjonalną – od szeptów a la Prince po rozwibrowane falsety, a nawet folkową prostotę. Zamykająca płytę ballada „Katherine Kiss Me”, zaaranżowana na gitarę akustyczną, fortepian i wokal, brzmi, jakby wyjęto ją z repertuaru Boba Dylana! Frontman Franz Ferdinand jest stylowy, nawet gdy skanduje banalne „yeah, yeah, yeah” w „Turn It On” i nie razi, gdy wprost cytuje Anthony’ego Kiedisa z Red Hot Chili Peppers („What She Came For”), a nawet Lennona (słuchając „Dream Again”, cały czas mam wrażenie, że zaraz usłyszę w refrenie legendarne „All You Need Is Love”).

Żeby jednak nie było tak różowo – łyżką dziegciu na „Tonight: Franz Ferdinand” są aranże, które chwilami sprawiają wrażenie serii świetnych pomysłów zamkniętych na siłę w ramach jednego utworu. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest „Lucid Dreams” – chwytliwy refren sąsiaduje z psychodelicznymi świstami i gitarowymi sprzężeniami, które pod koniec ni stąd, ni z owąd przechodzą w groźnie mruczący bas rodem z drum’n’bassowych produkcji. Wszystko z osobna to soczyste i dopieszczone brzmieniowo pomysły, ale zebrane w jedną całość sprawiają wrażenie chaosu skutecznie zabijającego dynamikę, trwającego blisko osiem minut utworu.

Na szczęście takich momentów jest tu tylko kilka, a cała płyta jawi się jako przyjemny soundtrack do domowych imprez 30-letnich pracoholików. Nie ma rewolucji i brzmieniowych poszukiwań, ale szkocki kwartet nigdy nie ukrywał. że jest czymś więcej niż kapelą do tańca – i jako taka ciągle sprawuje się świetnie.

Marcin Staniszewski

---

FRANZ FERDINAND "Tonight: Franz Ferdinand" (2008)

Wyd. Isound

---

Tak brzmią panowie z Franz Ferdinand w pochodzącym z ich ostatniej płyty singlu "Ulysses":

p