„Id”
Na podstawie reportaży Angeliki Kuźniak i Renaty Radłowskiej
Scen. i reż.: Marcin Liber
Teatr Współczesny w Szczecinie, Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie, Temps d’images 2008, CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie

Męczy się z psychologią postaci, układaniem aktorów, linearną narracją. Jednocześnie w każdym z jego projektów widać, że Liber dysponuje od lat gotową, oryginalną estetyką. Wywiedzioną z campu i popkultury, balansującą na granicy kiczu, niesmaku i perwersji. Ciepłą i lepką w tym samym momencie. Wszystko miesza się w niej, schładza i gotuje. Bywa estetyczną prowokacją, której jak z granatu wyrwano zawleczkę. Sęk w tym, że nie za bardzo jest ją jak wtłoczyć w znany i dostępny mu repertuar. Konwersje bolą, zawsze mają w sobie coś niedomkniętego, podwójnego. Liber o tym wie, dlatego jest wierny tym obrazom i intuicjom, w których główną rolę gra zwykle odmieniec. Pół diabeł,pół człowiek. Pół kobieta, pół mężczyzna. Morderco-ofiara. Żywy człowiek i trup.

„Id” jest potrójną opowieścią o transgresji w inną płeć. Liber wybiera z kilku reportaży sytuacje ekstremalne. Jakby chciał sprawdzić, czy można na płeć i totalitaryzm patrzeć jak na równorzędne systemy opresji. Naprawdę da się porównać pobyt w Auschwitz z uwięzieniem mężczyzny w ciele kobiety i kobiety w ciele mężczyzny? Na scenie trójka aktorów: Beata Zygarlicka, Arkadiusz Buszko i Robert Gondek. Trzy krzesła, mikrofony na statywach, biała ściana z podprogowymi komunikatami i projekcjami wideo. Szum niepodłączonego telewizora, słowa, obrazy, twarze.

Arkadiusz Buszko opowiada historię Sylwina Rubinsteina, żydowskiego tancerza, który przeżył wojnę w przeciwieństwie do jego siostry bliźniaczki. Kiedyś stanowili duet flamenco, mówiono o nich jedna dusza w dwóch ciałach, teraz on sam, w przebraniu transwestyty, dziewięćdziesięcioletni starzec, tańczy jako mężczyzna i kobieta. Żyje za siostrę i siostra żyje w nim. Beata Zygarlicka przebrana w wojskowe moro dolepia sobie wąsy, epatuje wizerunkiem babochłopa. To Heidi Krieger znana enerdowska kulomiotka, faszerowana sterydami przez działaczy sportowych, straciła świadomość, kim jest naprawdę. W ciele kobiety obudził się mężczyzna. W końcu od 1992 roku zdecydowała się na operację. Umarła Heidi, narodził się Andreas. Artur Gondek zakłada wiejska chustkę na łysinę i do wtóru partyjnych pieśni przywołuje kilka wypowiedzi Marii od Cegieł, przodowniczki pracy z Nowej Huty, mistrzyni w układaniu na czas, kobiety w robotniczym drelichu, która do dziś pamięta tylko ciężar i kształt cegieł. Aktorzy przeskakują od jednego stereotypu do drugiego. Rysują, a potem zamazują granice między prywatnością aktora i postacią, wychodzą z ról, niby improwizują, zagadują losy swoich bohaterów prozaiczną paplaniną. Mimo że ich bohaterowie to ludzkie wraki, nie znajdziemy w tym spektaklu tonu współczucia.

Szczecińscy aktorzy Libera pokazują, że teatr może unieważnić wszelkie podziały. Ich obecność w opowieści i na scenie jest jednocześnie zabawą w płeć i tragifarsą płci. Liber nie boi się odważnych zestawień: transseksualizm i nazizm, faszystowskie mundury i ikony popkultury. Najmniej pasuje mi tu historia Marii od Cegieł. Jest bez puenty, bez klimatu opresji, sytuacji bez wyjścia. Spektakl Libera może złościć pretensjonalnością połowy użytych w nim chwytów, ale to cena za wybranie takiej, a nie innej estetyki. Powagę w campie odkrywa się późno, zawsze jest nieoczywista i niejednokrotnie nie boli.

Łukasz Drewniak