Gerald Clarke "Truman Capote"
przeł. Jarosław Mikos
Wyd. PIW 2008
Ocena 6/6

Rzadko zdarza się czytać książkę tak doskonałą. Szczególnie że mowa tu o biografii. O ile wśród powieści co jakiś czas zdarzają się olśnienia – książki, które siłą wyrazu nieodparcie działają na czytelnika, wprawiając go w dziwny stan zachwytu, podziwu czy najwyższego szacunku dla twórcy, o tyle biografie zwykło się traktować po macoszemu. Tymczasem „Truman Capote” Geralda Clarke’a dowodzi, że i faktograficzna opowieść o czyimś życiu może być pasjonującą literaturą.

Ponad dziesięć lat pracy – spotkań i rozmów z samym autorem „Śniadania u Tiffany’ego”, lektura setek wywiadów i korespondencji między pisarzem, jego bliskimi, przyjaciółmi i wrogami, odsłuchanie imponującej ilości nagrań – benedyktyńska robota, jaką wykonał biograf Capote’a przyprawia o zawrót głowy. A jednak poświęcenie dało efekt niezwykły. Wydana oryginalnie w 1988 roku, ponad 700-stronicowa książka (w której ponad sto stron zajmują same przypisy), to wzorcowa wręcz praca analizująca życie i twórczość wybitnego artysty. Kompletna, mądra, przenikliwa, a do tego jakim napisana językiem! Przez setki stron biegnie się galopem, jakbyśmy mieli w ręku największy hit wydawniczy (którym zresztą owa biografia była).

Po części odpowiada pewnie za to sam Truman Capote – osobowość niezwykła, skomplikowana, której losy same w sobie stanowią niezły temat na książkę (każdego gatunku). Żyjący w cieniu niezrównoważonej matki, odrzucony przez ojca, afirmujący swoją tożsamość seksualną homoseksualista, lew salonowy, a zarazem plotkarz, intrygant, manipulant. Tennessee Williams, przyjaciel autora „Harfy traw”, pisał, że na twarzy Trumana: „widać prenatalny smutek, jakby wciąż znajdował się w łonie matki i przeczuwał, że poza wrotami waginy czeka na niego zimny świat”. „Zabiję go!” – Wrzeszczał Marlon Brando, kiedy uwiedziony niebezpiecznym urokiem pisarza, zwierzył mu się z najskrytszych tajemnic, które ten z właściwą sobie dezynwolturą opisał w znakomitym, dziennikarskim tekście poświęconym aktorowi „Książę na włościach”.

Wśród jego przyjaciół znalazły się najświetniejsze postaci powojennych lat – Jacqueline Kennedy, Marilyn Monroe, Peggy Guggenhaim, Jane Bowles, Carson McCullers. Capote jednak z równą swobodą zjednywał sobie ludzi, co ich do siebie zrażał, wiecznie balansując między uwielbieniem dla innych, otwartością i bezpośredniością a kłamstwem i wykorzystywaniem ich dla swoich celów. Doskonale widać to na przykładzie opisanej szczegółowo przez autora sprawie powstawania arcydzieła literatury faktu „Z zimną krwią” – opowieści o kulisach wyjątkowo okrutnego morderstwa popełnionego na rodzinie z Kansas. Książka Geralda Clarke’a stanowiła zresztą podstawę słynnego, oscarowego filmu „Capote” w reżyserii Bennetta Millera.

Przede wszystkim jednak Capote był wybitnym pisarzem, osobą, która wyznaczała rytm powojennej prozy amerykańskiej i zrewolucjonizowała reportaż. Jego Holly Golightly ze „Śniadania u Tiffany’ego” to już ikoniczna bohaterka literacka. Pomyśleć tylko, że marzeniem samego Capote’a było, by w filmowej adaptacji zagrała ją Marilyn Monroe! Clarke włącza w swą opowieść mnóstwo takich pikantnych anegdotek, które ubarwiają całość. Doskonale splata historię życia i dzieła artysty z bogatym portretem Ameryki lat 50., 60. i 70.

Twórcy to najczęściej osoby pełne wewnętrznych sprzeczności, bruzd i pęknięć. Już choćby z tego tylko powodu ich biografie potrafią być pasjonującą literaturą, rzucającą światło na ludzkie ułomności, ale też momenty olśnień. Clarke czyni to wzorcowo. Aż robi się nieco dziwnie, że człowiek obdarzony takim piórem, przenikliwością, inteligencją i zrozumieniem ludzkiej natury, sam nie napisał powieści. Ale może musiał spotkać Capote’a, by stworzyć swe opus magnum.