Mort Castle "Księżyc na wodzie"
tłum. Ewa Wojtczak
Wyd. Replika 2008
Ocena 4/6

Mort Castle bez wątpienia jest autorem horrorów. Tak sam siebie przedstawia, tak klasyfikują go krytycy. Ale jego twórczość trudno jednoznacznie oceniać jako literaturę grozy. Opowiadania zebrane w tomie „Księżyc na wodzie” są tego najlepszym dowodem. Niewiele z tych tekstów można bez wahania nazwać horrorami. A jednak potrafią budzić prawdziwe przerażenie.

Castle, za „Księżyc na wodzie” nominowany do Nagrody Pulitzera, z reguły nie nadużywa typowych dla „strasznych” opowieści rekwizytów. Najgorsi są tu ludzie, jakich mijamy codziennie na ulicach: zwyczajny facet z sąsiedztwa, który pod wpływem nagłego impulsu morduje całą swoją rodzinę; sklepikarz podłej dzielnicy czerpiący satysfakcję z zabijania bandytów; nieznajomy, który atakuje w windzie bezbronną kobietę... Castle zagląda do umysłów szaleńców, narkomanów i psychopatycznych zabójców, stara się zrozumieć korzenie zła, które – jak twierdzi – uśpione tkwią w każdym z nas i czekają na impuls, który je uwolni.

Świat z jego opowiadań jest jednostajnie przygnębiający. To świat samotności, niepewności, kłamstwa, zdrady i zamierających uczuć; świat ponurej prowincji jakby wyciągniętej z prozy Williama Faulknera, opustoszałych przedmieść i spowitych dymem chicagowskich jazzklubów, w których ludzie szukają ucieczki przed rzeczywistością, pogrążając się w narkotycznych odjazdach. Nawet gdy Castle porusza tematy klasyczne dla literatury grozy – jak w świetnym „Starym człowieku i zmarłych” – potrafi zmienić historię o zombi w opowieść o samotności i desperacji.

Czasami jedynie pisarz pozwala sobie na całkowite przełamanie schematów: znakomity „Kasztanowy Jim w Egipcie” to niemal biblijne rozliczenie z mrocznym okresem historii USA, gdy południowymi stanami trzęśli zbrodniarze z Ku-Klux-Klanu. „Z ojcem w zoo, a potem do domu”, króciutka, z pozoru jedynie zabawna historyjka, uświadamia, jak przygnębiające potrafią być najzwyklejsze, codzienne zdarzenia. Wreszcie „Altenmoor, gdzie tańczą psy” to dziecięca próba pogodzenia się ze śmiercią, dająca kruchą, złudną namiastkę nadziei i ulgi.

Ale, jak sam Castle pisze w opowiadaniu „Historia Dani”, „my, faceci od horrorów, umiemy radzić sobie ze wszystkim... oprócz nadziei!”. W jego literackiej rzeczywistości zdecydowanie nie ma miejsca na szczęśliwe zakończenia.