Frantz Vaillant "Roland Topor. Zduszony śmiech"
(Roland Topor, ou le rire étranglé)
Przeł. Magdalena Kowalska
Wyd. W.A.B., 2008
Ocena 4/6

------------------------------------

„Jestem troszkę głupi” – mawiał o sobie Roland Topor – artysta, który postanowił chyba sprawdzić, jak wielką ilość różnych dziedzin sztuki może uprawiać jeden człowiek. Kim bowiem on nie był? Pisarzem, poetą, rysownikiem, scenarzystą, reżyserem… Osobą, która swoimi groteskowymi tekstami i makabrycznymi rysunkami potrafiła wbić ząb głęboko w cielsko społecznych przyzwyczajeń, konwenansu i dobrego smaku.

Wielki prowokator i prześmiewca (religię sprowadził do teorii dwóch dziurek, z których jedna jest ślepą uliczką, a druga otwartym przejściem do wieczności), a przede wszystkim człowiek, któremu wyszło w życiu najważniejsze: żył z tego, co lubił. Choć historia autora „Czterech róż dla Lucienne” nie jest przesadnie dramatyczna ani obfitująca w jakieś szczególne ekscesy, to już sam pomysł, by zajrzeć do głowy kogoś, kto stworzył postać pana Laurenta – mężczyzny, przybijającego niemowlęta do ściany, jest frapujący.

Zadania podjął się francuski dziennikarz Frantz Vaillant. Warto dodać, że biografia twórcy awangardy francuskiej jego pióra jest pierwszą, jaka trafia na rynek. Autor przedstawia trudne dzieciństwo Rolanda – przypadło ono na lata II wojny światowej, co jest o tyle traumatyczne, że Topor pochodzi z rodziny żydowskiej. Lata młodości to poszukiwanie twórczej drogi – bo że zostanie artystą, i to pełnoetatowym, Topor wiedział od zawsze. By nie dać się zaszufladkować jako surrealista, uciekł do Grupy Panicznej, uznając rytm za pojęcie kluczowe dla twórczości. Trapiony częstymi problemami finansowymi, nigdy nie złożył broni, wciąż produkując kolejne sadystyczne dzieła, pełne wyrafinowanego, czarnego humoru. A zgorszonych rozbijał stwierdzeniami typu: „Sztuka opiera się na historycznych słowach Leonarda da Vinci, którego dręczyła obsesyjna myśl, że większość ludzi nie pozostawi po sobie nic oprócz latryn pełnych gówna”. No i wreszcie – jak to artysta – nie mógł mieć jednej żony i przykładnie wkroczyć w wiek emerytalny. Zatem jego biografia jest także historią osobistych potknięć i sukcesów.

Wszystko dobrze i ciekawie, a jednak... Dawno nie zdarzyło mi się czytać czegoś, co napisane byłoby takim specyficznym rytmem i językiem. Czasem wydaje się, jakbyśmy zamiast zdań otrzymywali od autora wystrzały z karabinu maszynowego – tak krótkie, lapidarne są jego frazy. „Zduszony uśmiech” utrzymuje raczej anegdotyczny, lekki charakter narracji, co działa zarówno na korzyść, jak i niekorzyść tej książki. Z jednej bowiem strony dostajemy garść ciekawostek z życia oryginalnego twórcy, nieco wypowiedzi jego przyjaciół i samego Topora (zebranych z różnych wywiadów – samego twórcy biograf nigdy nie spotkał) – i to jest ożywcze. Ale z drugiej brak u Vaillanta jakiejś głębszej analizy twórczości francuskiego awangardysty, namysłu nad jego fenomenem i wejścia pod powierzchnię faktów.

W efekcie otrzymujemy niezłe czytadło, które połyka się szybko i z przyjemnością, ale o samym Toporze nie możemy później powiedzieć nic ponad zbiór anegdot. A to lubił się bawić i pić wino, a to miał kilka partnerek, gdyż nie lubił być sam. Z jednej strony autor daje wyraz swojej przenikliwości i osobistego zaciekawienia postacią, którą bierze pod lupę, z drugiej zdarza mu się sypać komunałami w stylu: „Legalizując ten związek, chciał wierzyć w szczęście. Nie miał do tego prawa?”. Dobrze, że dotarł do wielu wywiadów z twórcą „Księżniczki Anginy”, bo dopiero te rzucają jaśniejsze światło na mistrza makabreski. Innymi słowy – Topor sam się lepiej podsumował, niż zrobił to jego biograf, ale narzekać też nie można za bardzo, bo wyszła książka dziwna, ale niezła.