Stali bywalcy targów zgodnie diagnozują upadek prestiżu imprezy stanowiącej - obok kultowego festiwalu filmowego - główną dewizę śródziemnomorskiego Cannes. Od dekady z programu MIDEM znikają znakomite koncerty, które zastępuje się promocyjnymi występami rzekomo wschodzących gwiazd opery, sceny klubowej oraz jazzu. Kilka z nich towarzyszyło niestety 85-letniemu Aznavourowi na wręczeniu nagrody za całokształt twórczości, która emerytowanego tytana francuskiej piosenki nobilituje niczym "Fryderyk" Kazika. Nieśmiertelny Charles pojawił się na ceremonii, ale już jego fanka Celine Dion ograniczyła się do przesłania video-pozdrowienia. Ponoć do ukrytego pod deszczowymi chmurami Cannes zawitała Britney Spears, ale na same targi jakoś nie zajrzała.

Pustką wiało w pałacu festiwalowym. Próżno było tam szukać fonograficznych gigantów, czy pierwszoligowych wytwórni niezależnych. Nie brakowało za to debiutantów oraz firm najzwyczajniej w świecie nieradzących sobie z nowoczesnymi, przede wszystkim internetowymi metodami promocji. No i ekspozycji narodowych, które więcej miały jednak wspólnego z polityką kulturalną niż fonografią jako taką. Wbrew oczekiwaniom środek ciężkości nie przesunął się wcale do działającego od dziesięciu lat wirtualnego ekwiwalentu tradycyjnych targów. MidemNet miało być odpowiedzią na proroctwa mówiące o dematerializacji fonografii w epoce google oraz iTunes. Odpowiedzią równie trafną co same proroctwa.

Słabości sieciowego obiegu muzyki znakomicie objaśnili w Cannes eksperci z brytyjskiej firmy internetowej Music Ally. Otóż sieciowa demokracja doprowadziła do idealnej niemal anonimowości artystów usiłujących promować swoją twórczość tym kanałem. W praktyce realne profity z nowego medium czerpać mogą niemal wyłącznie gwiazdy wykreowane w głównym, materialnym obiegu, jak Radiohead (bestsellerowy sieciowy album "In Rainbows") czy Nine Inch Nail ("Ghosts I-IV"). Mitem okazała się zresztą sama egalitarność internetu, w którym jeszcze dekadę temu upatrywano leku na zbójeckie praktyki koncernów fonograficznych. Ponad połowę zysków ze sprzedaży płyt zgarniał wówczas Universal czy EMI - dziś taką samą politykę prowadzi Apple (iTunes). Muzycy wciąż otrzymują ochłapy z pańskiego stołu, a słuchacze – niskiej jakości nagrania w niemal identycznej cenie.

Wyrastające jak grzyby po deszczu, nowatorskie formy sprzedaży muzyki stają się zresztą źródłem kolejnych problemów, dotyczących w szczególności ochrony praw autorskich oraz podziału zysków. Relatywnie łatwych do rozwiązania w przypadku wyspecjalizowanych serwisów internetowych; o wiele bardziej ważkich, gdy mowa o posiłkujących się muzyką operatorach komórkowych czy lokalach gastronomicznych. O tym, że w przyszłości zjawiska te stać się mogą centrum, a nie marginesem przemysłu fonograficznego przekonywał w Cannes menadżer firmy wyspecjalizowanej w czysto muzycznym aspekcie brandingu. Pionierskie albumy wydawane dziś przez wielkie sieci hoteli czy kawiarni (casus Starbucks) to ponoć pierwszy krok w stronę przejęcia funkcji tradycyjnych firm fonograficznych, stacji radiowych oraz sklepów płytowych przez globalne marki. Przedstawicie agencji reklamowej o jakże wdzięcznej nazwie "Heartbeats International" z zapałem wymieniał korzyści płynące z takiej artystyczno-biznesowej fuzji zarówno dla międzynarodowych korporacji, jak i twórców. A ja, choć nie aspiruję do bycia polską Naomi Klein, drżałem na samą myśl, że muzyczny gust moich dzieci kształtować mieliby producenci cukierków albo obuwia. Bo jakoś nie potrafię sobie wyobrazić marki spożywczej, która na początku la t 90. odważyłaby się promować swoje wiktuały utworami Massive Attack albo Björk.

Dużo o kierunku, w którym zmierza MIDEM, mówił centralny punkt programu tegorocznych targów - otwarty konkurs dla fanatyków "Guitar Hero", popularnego symulatora rockowych solówek. Ze sztuką muzyczną niewiele ma on wspólnego, z tradycyjnie pojętą fonografią - również. Daje natomiast znakomitą odpowiedź na kluczowe dla większości uczestników MIDEM pytanie: w jaki jeszcze sposób można sprzedać dźwięki. Ta stricte biznesowa orientacja spotkań oraz konferencji w Cannes rozczarowywała najbardziej. Możliwości nowych mediów rozpatrywano niemal wyłącznie w kategoriach maksymalizacji i podziału zysków, ignorując ich potencjalne społeczne oraz kulturowe konsekwencje. Czysto buchalteryjną prezentacją zaskoczyli nawet YouTube – bodaj najbardziej wizjonerski i brzemienny w skutki projektu czasów globalnej wioski. Któż dziś pamięta, że tę video-manufakturę powołano cztery lata temu do życia tylko po to, by oczarować świat urodą jednego kota…

Niestety słabą opozycję wobec cyfrowych biznesmenów stworzyli przedstawiciele elitarnych środowisk jazzowych oraz klasycznych. Ci epatowali głównie fobiami dotyczącymi zagrożeń, jakie rewolucja informacyjna stanowić może dla status quo "sztuki wysokiej". Groteskowego wręcz charakteru nabrał panel pod dumnym tytułem "Opera and media – succesful partnership". Rozpoczęła ją deklaracja impresario, który przestrzegał artystów oraz melomanów przed modernistycznymi zapędami niektórych teatrów. Wtórował mu godnie dyrektor jednej z najbardziej prestiżowych scen świata, przestrzegając artystów oraz melomanów przed… modernistycznymi zapędami niektórych impresariów. Na szczęście tego salonowca przerwał Alexander Pereira – promieniujący młodzieńczą energią, choć ponad sześćdziesięcioletni menadżer Opery w Zurychu, który zasłynął nowatorskim projektami łączącymi multimedialne zacięcie z niebudzącą wątpliwości jakością artystyczną.

Bodaj najbardziej spektakularną z nich była telewizyjna transmisja „La Traviaty” z … głównego dworca kolejowego stolicy Szwajcarii. Choć w tym samym czasie na drugim programie zobaczyć można było ważny mecz piłkarski, oglądalność Verdiego sięgnęła - po raz pierwszy w historii - prawie 40%. Niestety szanse zrealizowania podobnego projektu przez Telewizję Polską oscylują w okolicach błędu statystycznego. Chyba, że Torzewski zatańczy Rubika na lodzie.

Media XXI wieku otwierają zupełnie nowe możliwości, także przed przedstawicielami najbardziej tradycyjnych form artystycznych. Sęk w tym, że niewielu z nich zdaje sobie z tego sprawę, czego nie można powiedzieć o zacierających ręce show-biznesowych groszorobach. Trudno się więc spodziewać, by epokowe starcie buchalterii z muzyką skończyło się dla tej drugiej dobrze. Na szczęście MIDEM stanowi przede wszystkim wyraz pobożnych życzeń młodych wilczków oraz starczych fobii kulturalnego establishmentu. Nie gdzie indziej, lecz w Cannes, prorokowano przecież dekadę temu rychły zmierzch tradycyjnych nośników muzyki.

Michał Mendyk

Fonograficzna futurologia

Krążki dla koneserów

Wbrew szumnym zapowiedziom z przełomu wieków muzyka nie chce się przenieść do wirtualnej

rzeczywistości. Ba, im bardziej niszowa twórczość, z tym większą determinacją zdaje się

trwać przy tradycyjnych nośnikach – tyle, że coraz piękniej i oryginalniej wydawanych.

Czy projektanci płyt dorównają sławą samym muzykom, a ich niskonakładowe dzieła

sprzedawane będą za krocie na ekskluzywnych aukcjach?

Legalna kradzież

Współczesną muzykę rozrywkową trudno sobie wyobrazić bez samplingu, a nurt zwany

plądrofonią bazuje wyłącznie na montażu istniejących już nagrań. Rosnące w postępie

geometrycznym tempo wymiany dźwiękowej informacji już dziś utrudnia realne egzekwowanie

praw autorskich. Czy w niedalekiej przyszłości oryginalne kompozycje staną się

przeżytkiem, a nowa muzyka powstawała będzie wyłącznie w drodze recyclingu?

Marka zamiast muzyki

Britney Spears czy Justin Timberlake są dziś takimi samymi markami, jak Coca Cola, Nike

albo McDonalds. Sprzedają określony styl życia, myślenia, ubierania się. Ale czy ich

następcy nie polegną w nierównym starciu z korporacyjnymi machinami i nie staną się

ornamentami „wielkich logotypów”? Wyobraźcie sobie listę przebojów, na której nowy

taneczny singiel PepsiCo deklasuje włoską balladę Benetona.

Biały szum

Jeśli czujecie się osaczeni przez bezkształtną masę dźwięków, o które wcale nie

prosiliście, nie spodziewajcie się zmian na lepsze. Badania pokazują, że muzyka o wiele

lepiej sprawdza się jako narzędzie emocjonalnej manipulacji niż obraz. Być może wkrótce

zaleje nas morze dźwiękowych logotypów, sączących się z każdego słupu reklamowego,

przystanku autobusowego i urządzenia domowego. Zamknięcie oczu na niewiele się wtedy zda.

Rozrywka bez muzyki

Muzyka rozrywkowa przejdzie do historii jako symbol i zarazem elementarz XX-wiecznej

kultury popularnej. Niektórzy twierdzą, że dźwiękowy przemysł rozrywkowy nowego stulecia

świetnie poradzi sobie bez muzyki. Czy amatorski software do tworzenia elektronicznych

utworów, komputerowe generatory przebojów oraz domowe symulatory spod znaku „Guitar Hero”

zastąpią staroświeckich kompozytorów, wykonawców oraz producentów? Czas pokaże.