Danuta Stenka: Odwaga, brawura, bezkompromisowość.
Pasolini był w naszym kraju postacią mityczną. Słyszałam o jego prowokacjach i skandalach, ale już filmy Pasoliniego, poza wąskim obiegiem DKF-ów, jakoś się do nas nie przebiły. Dopiero teraz, pracując z Grzegorzem Jarzyną nad „T.E.O.R.E.M.A.T.E.M”, obejrzałam podczas prób kilka jego filmów.
Powiedziałabym, że raczej obojętność. Myślę, że nieobecność Pasoliniego w świadomości polskich kinomanów brała się nie tylko z jego obyczajowych prowokacji. To jednak nie był ani Fellini, ani Antonioni. Nie ten format. Po latach widać wyraźnie, że w kinie Pasoliniego liczyła się przede wszystkim teza. Ostre, brawurowe cięcie na styku emocjonalności i psychologii bohaterów, pojedyncze zawadiackie koncepty, a kino to przecież także ciągłość narracji, dialogów, aktorstwa – nie tylko oryginalny punkt wyjścia. To zresztą znamienne, że spośród obejrzanych przeze mnie filmów Pier Paola Pasoliniego największe wrażenie zrobiła na mnie jego niemal zupełnie zapomniana krótkometrażówka „Czym są chmury?” z 1967 roku. To była opowieść o marionetkach, które wyrzucone na wysypisko śmieci, ożywają i wystawiają przed lumpenproletariacką publicznością szekspirowskiego Otella. Zobaczyłam w tym prawdziwe kino, nie tylko ideologię.
Właściwie o Pasolinim niewiele. Zaczęliśmy od obejrzenia „Teorematu” w wersji oryginalnej (większość jego filmów oglądaliśmy w wersji oryginalnej lub angielskiej), potem Grzesiek dał nam polską listę dialogową, mogliśmy się zorientować, o czym rozmawiają bohaterowie. Ale nasze dyskusje w trakcie prób dotyczyły nie tyle postaci Pasoliniego, ile samego pomysłu fabularnego. Pytaliśmy się, co mogłoby się stać w momencie, gdyby w nasze życie brutalnie wkroczył Obcy, demiurg albo prowokator.
On definitywnie zmienia ich życie.
Myślę, że to jednak Bóg…
Religia, seks, wiara, nieufność. Bardzo łatwo jest złamać interpretacyjne reguły. Simone de Beauvoir pisała w „Drugiej płci”, że święta Teresa z Ávila „nie jest niewolnikiem swojej psychiki i hormonów” i że „trzeba podziwiać wielkość wiary, która dociera do najbardziej intymnych części ciała”. Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Kiedy czytaliśmy opisy nawiedzenia świętej Teresy przez anioła, odnosiło się wrażenie, że w podobny sposób można by poetycko wyrazić stosunek seksualny…
Ideologia przegrywa z psychologią. Mam nadzieję, że spektakl Grześka będzie ważną rozmową o nas – o człowieku skupionym na czasie teraźniejszym, zajętym kupowaniem, organizowaniem sobie życia, karierą, fizjologią. Jesteśmy pokoleniem, które gromadzi. Widać to wyraźnie z pozycji kogoś, kto – jak ja – dobrze pamięta czasy, kiedy dobra doczesne były dla ogromnej większości niedostępne. Dzisiaj, po otwarciu ostatnich granic, dostaliśmy szansę gromadzenia i szansę tę skwapliwie wykorzystujemy. Tyle tylko, że zbierając, kolekcjonując, bogacąc się – tracimy coś bardzo ważnego. Nie widać już pionu, a horyzont się rozmazał.
Bóg nie zadaje nam pytań. Nawet nie dokonuje na nas gwałtu. Po prostu przychodzi i samym pojawieniem się, sprawia, że się otwieramy. W bohaterach dokonuje się cud przemiany. Póki jest, nadal tkwimy w życiu, które tak dobrze zapamiętaliśmy, ale przy okazji uświadamia nam to, co naprawdę ważne. Pokazuje, gdzie kryje się spełnienie, uzmysławia, czym jest sens. Kiedy odchodzi, zmienia się całe życie. Nie ma powrotu do tego, co było wcześniej.
To przenikliwa konstatacja. Przed pojawianiem się Gościa rodzina z „T.E.O.R.E.M.A.T.U” funkcjonowała według przekazywanych z pokolenia na pokolenie reguł, które uznała za właściwe. Gość pokazuje, że ich życie było tylko konwencją, napełnia tę rodzinę nową nadzieją, po czym odchodzi. Wtedy rozsypuje się stare życie, pojawia się nowe, ale stare traci siłę, a nowe tej siły wcale nie zyskuje.
Lucia nie jest już jednak białą, czystą kartą, którą można na nowo zapisać, tylko przerażonym, samotnym człowiekiem, który niczego nie osiągnął, nic nie potrafi. Moja bohaterka mówi w spektaklu, że w przeciwieństwie do męża, czy dzieci – nigdy nie miała żadnych zainteresowań, nic ją nie pasjonowało, nie ciekawiło.
To była pani, która miała wszystko podane, gotowe, oczywiste. Jej życie sprowadzało się do tego, żeby zrobić sobie perfekcyjny makijaż, fryzurę i bywać. U siebie, w domu albo na przyjęciach. Do perfekcji wypracowana skorupa, a wewnątrz kompletna pustka.
Podejrzewam, że istnieją, ale myślę, że spektakl Jarzyny nie jest adresowany do ludzi, którzy nie robią niczego innego poza wypełnianiem pustymi zajęciami czasu. Mówiłam wcześniej o nowo odkrytej przez nas silnej potrzebie gromadzenia, zdobywania, dobijania się do sukcesu. Problem jest jednak szerszy. Goniąc za konkretnym celem, często dostajemy bezcelowej zadyszki. Zapominamy, od czego wszystko się zaczęło, co ogrzewało nasze serca, kiedy byliśmy młodzi, pełni zapału i chcieliśmy zmieniać świat. Zapominamy o tym, bo zbyt szybko wpadamy w machinę życia, która nas miele, młóci, a w końcu zostawia z poczuciem wielkiej pustki.
Bywa – w najlepszym wypadku. Sama całymi tygodniami pracuję, od rana do wieczora. Nie mam czasu wybrać się do kina, albo spotkać się z przyjaciółmi. Wychodzę z domu rano, wracam po jedenastej w nocy i monologuję nad śpiącymi dziećmi. To nie jest sytuacja normalna. Kiedy wczoraj przestudiowałam mój kalendarz, okazało się, że w zasadzie już zakończyłam sezon. Moje plany teatralne obejmują część tegorocznych wakacji... Czasami zastanawiam się, ile w tym moim zawodnym biegu zostało miejsca na czystą pasję, i dochodzę do wniosku, że nie więcej niż dwadzieścia procent. Pieruńsko mało.
Zdaję sobie sprawę, jaka jest sytuacja kobiet w tym zawodzie. Przychodzimy, odchodzimy. Być może już niedługo ów odpoczynek wymusi na mnie rzeczywistość. Nikt nie będzie mnie pytał, czy mam czas, czy go nie mam, bo przestanę w ogóle dostawać propozycje. Okrucieństwo wpisane w naszą profesję dotyczy zwłaszcza kobiet. Tymczasem, nawet jeżeli wolałabym posiedzieć dłużej w moim ogrodzie, który zazwyczaj oglądam tylko przez okno w trakcie porannej kawy, to kiedy dostaję kolejną propozycję od, na przykład, Grzesia Jarzyny, Majki Kleczewskiej albo od Krzysia Warlikowskiego – nie potrafię im odmówić. Bo tego typu zawodowe spotkania oznaczają dla mnie owe dwadzieścia procent pasji, która nadaje zawodowemu życiu sens.
Ja bym w ogóle tych spektakli nie porównywała, to znaczy pracy nad nimi. Jarzyna to dzisiaj kompletnie inny facet niż w momencie, kiedy robiliśmy „Uroczystość”.
Wprawdzie nie zadałam Grześkowi pytania, dlaczego wybrał akurat ten film Pasoliniego, ale myślę, że jego odpowiedź byłaby bardzo ciekawa. On także przeszedł rodzaj przemiany. Inaczej pracuje. Przede wszystkim inaczej patrzy w oczy.
Nie lubię takich skojarzeń. Gwiazda – no dobrze, ale co to w ogóle znaczy? Jeżeli odnosimy się do nieboskłonu, to wszystko jest jasne, ale ludzie? Używa się tego określenia na prawo i lewo, każde świecidełko może być gwiazdą. Więc co to znaczy, gwiazda?
Podobno gwiazdy to są osoby rozpoznawane na trotuarach. Mnie naprawdę niewiele osób rozpoznaje, mam zatem nadzieję, że…
Cóż, z wolna chylę się ku emeryturze (śmiech). Na szczęście między tymi tytułami różnej klasy znalazło się także kilka takich, dzięki którym uwierzyłam, że stać mnie na więcej, że ciągle mogę się rozwijać. Wśród nich były na pewno spotkania z Izabellą Cywińską, a w ostatnich latach choćby „Fedra” w reżyserii Mai Kleczewskiej.
Oczywiście, zawsze cieszę się, kiedy spektakl jest akceptowany przez widzów i krytykę, jednak w przypadku „Fedry” dużo ważniejsze było dla mnie samo doświadczenie przygody. „Fedra” zbiera skrajne opinie. Niektórzy widzowie są wzruszeni, inni oburzeni, ale tym razem czuję, że to wszystko nie ma aż tak wielkiego znaczenia, bo jestem pewna, że zrobiłam kolejny, bardzo ważny krok w moim rozwoju. Znalazłam się w nowym miejscu, przesunęłam granicę horyzontu – bez względu na to, czy jestem oklaskiwana, czy wytykana palcem.
Krzyś Warlikowski również jest gwarantem przesuwania aktorskich horyzontów. Bez względu na brawa.