Już kiedyś nagrała pani album z coverami – jedną z najbardziej cenionych pani płyt – „Strange Weather” z 1987 roku. Dlaczego zdecydowała się pani ponownie nagrać płytę z piosenkami innych artystów?

Marianne Faithfull: Przede wszystkim nie lubię określenia „cover”, bo automatycznie sugeruje ono powielanie, odtwarzanie czyjejś twórczości. Nie interesuje mnie zwyczajne śpiewanie cudzych piosenek – to byłoby bezcelowe. Ja zawsze czułam się interpretatorką i nawet jeśli nie napisałam danych utworów, to zawsze traktowałam je jak swoje – wydaje mi się, że to klucz do tworzenia ciekawych wersji znanych już piosenek. A jeśli chodzi o twoje pytanie – po prostu czułam, że nadszedł czas nagrania albumu z utworami innych – nie potrafię tego wytłumaczyć. W życiu posługuję się intuicją, pozwalam mu płynąć. Dziś zaprowadziło mnie ono do tych 19 utworów nagranych z pomocą fantastycznych muzyków i wokalistów.

Skoro jesteśmy przy innych wokalistach. Na „Easy Come, Easy Go” pojawia się plejada współczesnego alternatywnego popu. Jak udało się pani zgromadzić na jednej płycie tyle gwiazd i to w dodatku występujących w większości w charakterze chórków?

Większość z nich to moi dobrzy przyjaciele – od lat znam Nicka Cave’a i Rufusa Wainwrighta. Uwielbiam też Antony’ego – pracę z nim wspominam najlepiej, bo to zupełnie nieprzewidywalny artysta i bardzo ciepły człowiek. Jego ostatni album jest fantastyczny, słucham go na okrągło – uwielbiam ten przeszywający dramatyzm w jego głosie.

To zabawne – sądziłem, że raczej facetem w pani typie jest Nick Cave.

Nick jest fantastyczny i bardzo lubię z nim pracować, ale tym razem nie mieliśmy okazji spotkać się. Nick nagrał swoją partię do „The Crane Wife” w studiu w Londynie, dopiero później została ona zmiksowana z moimi wokalami.

Jakim kluczem kierowała się pani przy wyborze utworów? Pytam, bo rozstrzał gatunkowy jest ogromny – od Duke’a Ellingtona i Dolly Parton po współczesną grupę Decemberists.

Utwory wybierałam wspólnie z zaprzyjaźnionym producentem Halem Wilnerem, z którym współpracuję od bardzo dawna – on był również producentem m.in. „Strange Weather”. Wybór nie był prosty, a ostateczna lista powstawała przez kilka miesięcy. W tym czasie oboje słuchaliśmy setek nagrań. Stworzyliśmy dwie odrębne listy, z których później wybraliśmy tę finalną. A jaki był klucz? Taki jak w życiu – intuicyjny. Utwór musi mnie chwytać za serce – muszę czuć, że opowiada częściowo o mnie, że w jakiś sposób mogę się do niego odnieść.

Na wkładce do płyty pisze pani, że dawno się tak nie bawiła i że podczas pracy muzycy non stop urozmaicali pani czas historyjkami o Milesie Davisie. Może podzieli się pani z nami najciekawszą z nich?

No wiesz – historyjki o Milesie to standard wśród muzyków. Krążą ich setki, a tak się składa, że dzięki mojej chrypce w głosie świetnie potrafię go naśladować. Mój ulubiony dowcip to ten, w którym do Milesa podchodzi młody muzyk i podniecony prosi o radę: „Hej, Miles, nie uwierzysz – będę występował pod batutą Igora Strawińskiego i jestem strasznie zdenerwowany, bo nie wiem, jak mam z nim grać, jak mam podejść do tego koncertu?”. A Miles na to: „Po prostu graj w e-moll”.

Słyszałem, że wokale do większości utworów zostały nagrane za pierwszym podejściem. Czy podobnie jak David Bowie też jest pani zwolenniczką teorii, że pierwszy raz jest zawsze najlepszy?

To prawda – choć prób zazwyczaj było kilka, to prawie zawsze wybieraliśmy pierwszą wersję. Z marszu nagraliśmy np. „Solitude” Ellingtona i wiele osób uważa ten numer za najlepszy na płycie. Jest coś niepowtarzalnego w świeżej, spontanicznej interpretacji – nawet jeśli nie jest ona perfekcyjna pod względem technicznym. Zresztą nie oszukujmy się – mój głos niewiele ma wspólnego z perfekcją (śmiech). Zawsze stawiam przede wszystkim na emocje i mam nadzieję że to słychać na „Easy Come, Easy Go”.

No właśnie – tytuł płyty nie jest chyba przypadkowy. „Łatwo przyszło, łatwo poszło” – czy to powiedzenie ma coś wspólnego z pani niedawnymi problemami zdrowotnymi?

Nie do końca – to było bardzo stresujące doświadczenie i nie chcę o tym opowiadać – na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Miałam guza, ale dziś jestem zdrowa. W języku angielskim to powiedzenie ma wiele znaczeń – odnosi się do strefy materialnej, do miłości, seksu i piękna. Bardzo dobrze podsumowuje życie każdego z nas. Im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak delikatnym tworem jest człowiek. Jak pomyślę o swojej młodości, to doprawdy nie mam pojęcia, jak to przetrwałam. Zresztą w obecnej sytuacji gospodarczej całego świata tytuł tej nowej płyty nabiera zupełnie nowego wydźwięku, nieprawdaż?

Pani życiorys, powiedzmy eufemistycznie, pełen był przygód. A w jakim stanie ducha nagrywała pani nowy album?

Czuję się dziś spełniona, ale najważniejsze, że wiem, jak osiągać wewnętrzny spokój – dużo czytam, mam wspaniałego partnera i zarazem mojego managera Francois Ravarda. Jestem dziś bardziej cierpliwa niż kiedyś – w końcu mam już wnuki! (śmiech).

Znana jest historia pani szlacheckich korzeni – ta o wujku, pisarzu Leopoldzie Sacher-Masochu, autorze powieści „Wenus w futrze”, od którego nazwiska ukuto termin „masochizm”. Zgadza się pani z teorią, że każdy artysta jest po trosze masochistą?

Nie – to piękny mit, ale sztuka nie musi być cierpieniem. Kiedy byłam młoda, lubiłam ból – dziś już niekoniecznie. Nauczyłam się żyć bez potrzeby ciągłej podniety, poczucia niebezpieczeństwa. Tak naprawdę dopiero dziś czuję się dojrzale. Poza tym element ryzyka ciągle jest obecny w moim życiu. Przecież ten nowy, ostatni album nie należy raczej do „przebojowego”. To wymagająca muzyka nie dla każdego, a ja przez lata nie dbałam o swoją emeryturę i ciągle muszę myśleć o przyszłości. Tak więc ból – nie – ale również nie totalny komfort, bo bardzo rozleniwia, a ja wbrew plotkom nie zamierzam przechodzić na emeryturę. Na pewno nagram jeszcze co najmniej jedną płytę, choć na razie nie mam pomysłu jaką.

Wracając jeszcze do pani szalonej młodości pełnej ekscesów – zgodziłaby się pani z tezą, że pani spadkobierczynią jest dziś Amy Winehouse?

Sugerujesz, że Amy Winehouse jest równie popieprzona jak ja? (śmiech). Niestety chyba tak jest. To fantastyczna artystka – uważam ją za najlepszą współczesną wokalistkę młodego pokolenia. Myślę, że kłopoty, w jakie wpadła, są spowodowane fatalnie niską samooceną i brakiem pewności siebie. Nieraz widziałam już, jak show-biznes rujnuje ludzi. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Amy dorośnie – skoro mi się udało, wierzę, że ona też da radę.

Co by jej pani poradziła?

Nic – mogę ją tylko wspierać i mówić wszystkim, że jest genialna – bo jest. Chciałabym, żeby sama w to uwierzyła.

Jest pani również aktorką – miała pani okazję wcielić się w rolę Boga w serialu „Absolutely Fabulous”, ale była też pani diabłem w sztuce „Black Rider” w reżyserii Roberta Wilsona. W której roli czuła się pani lepiej?

Oczywiście diabła – to o wiele ciekawsza postać, wielowymiarowa i skomplikowana. Poza tym to diabeł stoi za najlepszymi piosenkami.

rozmawiał Marcin Staniszewski

Płyty Marianne Faithfull do nabycia w sklepie internetowym LITERIA.pl >>>