Szary pokój, łóżko przykryte czarną kapą, okna z widokiem na podwórze i kobieta w żałobie. W dekoracjach rodem z obrazu Edwarda Hoppera Krystyna Janda rozpoczyna przerażająco szczery monolog, w którym krok po kroku opisuje, jak jej mąż, operator Edward Kłosiński, umierał na raka. Opowiada bez egzaltacji, bez aktorskiej szarży, co - jeśli pamiętamy o jej tradycyjnym emploi - zaskakuje. Janda mówi, jakim Kłosiński był towarzyszem życia, jak wspólnie budowali warszawski Teatr Polonia, ale przede wszystkim precyzyjnie przywołuje detale z każdego etapu choroby - jak złościł się na nią, gdy wydano jej wyniki jego badań tylko dlatego, że jest popularną aktorką, jak znosił chemię, jak żył pod aparatem tlenowym. Jednak jej opowieść nie jest monumentalną półgodzinną przemową, widz otrzymuje ją w kilku dawkach, splecioną z dwiema historiami. Tą wzięta z Iwaszkiewicza, opowiadającą o przerwanym tragicznym wypadkiem uczuciu dojrzałej kobiety o imieniu Marta do 20-letniego chłopca. I tą, która rozgrywa się na planie filmu na podstawie "Tataraku".

Pierwszy pomysł scenariuszowy to struktura filmu w filmie: kręcąca "Tatarak", grana przez Jandę bohaterka miała uciec z planu i przeżyć przygodę podobną do historii postaci odtwarzanej przez nią w ekranizacji Iwaszkiewicza. Czyli spędzić noc z przygodnie spotkanym mężczyzną, odkryć, że to uczucie jej życia i nie spotkać go już nigdy potem. Ta część pierwotnego scenariusza "Tataraku" powstała na podstawie historii, którą Wajda usłyszał jako autentyczną w latach 70. podczas pobytu w Moskwie. Dotyczyła rosyjskiego aktora, który kręcąc na ulicy film, wypatrzył w tłumie gapiów dziewczynę, umówił się i spędził z nią noc. Gdy rano poszedł do sklepu kupić coś na śniadanie, odkrył, że w labiryncie identycznych bloków nie potrafi odnaleźć mieszkania swojej kochanki. Dziewczyna, sądząc zapewne, że miał takich romansów wiele, więcej na planie się nie pokazała. Wajda opowiedział tę anegdotę Jerzemu Gruzie, który napisał na jej podstawie scenariusz "Blok mieszkalny". Film miał powstać w latach 70., a jako obsadę rozważano Władimira Wysockiego i jego żonę Marinę Vlady.

Do tekstu Wajda wrócił niedawno, zlecając jego odświeżenie kilku osobom. Na tekście Gruzy w połączeniu z opowiadaniem Iwaszkiewicza pracowało kilka osób, m.in. Władysław Pasikowski, Olga Tokarczuk (która nadal figuruje w wielu serwisach informacyjnych jako autorka scenariusza "Tataraku", choć w czołówce filmu jest nim sam Wajda) i Krystyna Janda. Ta ostatnia we wstępnej propozycji przedstawionej reżyserowi włożyła w swój tekst osobiste akcenty bezpośrednio odnoszące się do śmierci jej męża. Wajdzie pomysł się spodobał i ostatecznie zamiast historii miłosnej o ucieczce z planu powstał 19-stronicowy monolog dotyczący relacji aktorki z Edwardem Kłosińskim.

Z ekranu Janda opowiada widzowi, że telefon od Wajdy w sprawie kręcenia filmu odebrała w samochodzie - w dniu, w którym badania potwierdziły nieuleczalną chorobę jej męża. Przez chwilę myślała, że będzie mogła grać, że plenery - planowane w Grudziądzu, gdzie ostatecznie powstał film - da się przenieść bliżej Warszawy. Szybko okazało się, że nie da się tych rzeczy pogodzić. "Edward powiedział mi: <Andrzej na ciebie poczeka>" - mówi do widza Janda. Poczekał siedem miesięcy po śmierci Kłosińskiego, a pomysł nabrał skrajnie różnego od pierwotnej wersji kształtu. Scena ucieczki z planu pojawia się w nim wprawdzie, ale bez dalszej części historii i z zupełnie nowym znaczeniem. Janda ucieka, by przerwać zdjęcia do filmu, by być z mężem, który daje coraz wyraźniejsze sygnały, że jej potrzebuje.

To nie pierwszy przypadek w karierze Wajdy, gdy reżyser gra z biografią własną lub swoich przyjaciół. W powstałym w 1968 r. filmie "Wszystko na sprzedaż" podobnie jak tutaj powodem takiej decyzji była strata. Wtedy miał zagrać reżysera poszukującego aktora wzorowanego na Zbyszku Cybulskim. Osadził aktorów pod ich własnymi imionami, w roli żony reżysera wystąpiła jego ówczesna żona Beata Tyszkiewicz. Ostatecznie powierzył rolę siebie Andrzejowi Łapickiemu. Tym razem odważył się stanąć przed kamerą - w początkowych scenach pojawia się, omawiając z aktorami - Jandą i Janem Englertem - sceny z "Tataraku".

Czy ten eksperyment - mieszania filmu w filmie ze spowiedzią Jandy - wyszedł filmowi na dobre? Otóż tak. Monolog aktorki doskonale komponuje się z tym, co dzieje się we właściwym, Iwaszkiewiczowskim "Tataraku", włącza się nienachalnie, w odpowiednich momentach, i odnosi się do nich tematycznie. Może trochę gorzej łączą się z całością sceny kręcenia filmu, bardzo zgrabne na początku, w drugim wejściu - ucieczce Jandy z planu - wypadają sztucznie i są nie do końca uzasadnione. Już lepsze są drobne sugestie umowności kręconego filmu, jak choćby scena, w której chcąc zachęcić swojego młodego znajomego, by czytał książki, bohaterka Jandy Marta podsuwa mu… "Popiół i diament".

Mimo to powrót do kameralnego kina wyszedł Wajdzie tylko na dobre. Pięknie plastycznie zakomponowany film, w którym każdy kadr ma wagę malarskiego dzieła, z dużą siłą działa na emocje widza. Janda w swoim monologu nie daje recepty, jak zmierzyć się ze stratą, dzieli się z widzem najbardziej prywatnymi obserwacjami, bez patosu przyznaje, że nie wie, jak po miesiącach napięcia była w stanie wyjść na scenę w kilka godzin po śmierci Kłosińskiego, by zagrać "Boską". Jej odwagi i chłodnego oglądu tego, co się stało, nie sposób nie docenić. To chyba zresztą bardziej jej film niż Wajdy - w dużej mierze wymyślony przez nią i bez niej niemożliwy.

Na pierwszym prasowym pokazie brawa były skromne. Ale to film bardzo udany, dystansujący dorobek Wajdy z lat 90. o kilka długości i jeden z najlepszych w tegorocznym berlińskim konkursie. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby dostał jedną z głównych nagród. Dowiemy się tego w sobotę wieczorem. Już wiemy, że filmem zainteresowali się zagraniczni dystrybutorzy. Michael Barker, szef Sony Pictures Classics, poważnego dystrybutora kina niezależnego, rozważa wprowadzenie filmu do kin w USA.

Zobacz książki i filmy Krystyny Jandy dostępne w sklepie LITERIA.pl >