I can’t just slice off an ear everyday, Cult of the Artist
Hamburger Bahnhof, Berlin
do 25 lutego

------------------

Czym jest sztuka? W postmodernistycznym świecie sprzeczności próba odpowiedzi na to pytanie przyprawia o natychmiastowy ból głowy. Skoro nie wiadomo, czym jest sztuka, kim są tworzący ją ludzie, czyli artyści? Czy współczesny artysta jest prorokiem, błaznem, szamanem, filozofem, celebrytą, superstar? Największe berlińskie instytucje zmówiły się, aby wspólnie potwierdzić te przypuszczenia i jeszcze wiele innych. Powstał cykl wystaw „Kult artysty”. Projekt to opus magnum, a zarazem łabędzi śpiew odchodzącego na emeryturę Petera-Klausa Schustera, dyrektora generalnego Staatliche Museen zu Berlin.

Na początek Schuster zamienił berlińską Alte Nationalgalerie w Walhallę artystycznych bohaterów i zorganizował w niej pokaz „W świątyni sztuki. Niemieckie mity artystyczne XIX wieku”. Wystawa ukazywała narodziny sztuki jako nowej świeckiej religii zachodnich społeczeństw z artystami występującymi w roli herosów i kapłanów. Ten model okazuje się zaskakująco trwały; sztuka od tamtych czasów zmieniła się zupełnie, ale nasz stosunek do artystów pozostał bardzo XIX-wieczny. Dobrze widać to było w innej przestrzeni, która wzięła na warsztat „Kult artysty” – Neue Nationalgalerie. Tu zderzeni zostali artyści tak różni, jakby pochodzili z dwóch osobnych artystycznych planet. Pierwszy to Paul Klee, modernista, metafizyk, malarz wierzący w możliwość docierania za pomocą obrazów do duchowych prawd i kosmicznych porządków. Drugi to Jeff Koons, godny spadkobierca Andy Warhola, amerykański artysta-celebryta, zawsze uśmiechnięty yuppie sztuki, który głosi apoteozę sukcesu i materializmu, a pustkę i banał wzmacnia do monstrualnych rozmiarów arcydzieła.

Na podobnym kontraście, jeszcze bardziej wyostrzonym, opierało się zestawienie innej pary bohaterów „Kultu artysty” – Andy Warhola i Josepha Beuysa. Obaj wystawieni zostali w halach Hamburger Bahnhof – dawnej stacji kolejowej przerobionej na gigantyczny artystyczny kombinat. Warhol i Beuys mogą służyć do wyznaczania biegunów sztuki XX wieku; w pewnym sensie cała reszta rozgrywa się pomiędzy nimi. Obydwaj jeszcze za życia stali się przedmiotem kultu, pracowicie i świadomie budując własną mitologię. Wystawa Beuysa była gigantyczną retrospektywą, ale trudno o bardziej dobitny przykład sytuacji, w której autor wyprzedza, dominuje i przytłacza swoje dzieło. Prace Beuysa – instalacje, obiekty, rzeźby – wydają się tylko efektem ubocznym działalności artysty, który kreował się na szamana, uzdrowiciela nowoczesnego społeczeństwa, proroka, ekologa, polityka. Warhol, który do rangi sztuki podniósł sztukę zarabiania pieniędzy, przedstawiony został w Hamburger Bahnhof jako wynalazca instytucji celebrytów. Beuys jest społecznym czarodziejem, magiem. Warhol ostatecznie odziera sztukę z magii i tajemnicy, zamiast zmistyfikowanych dzieł pokazując nam przedmioty, towar, którego wartość i treść określa marketing. Ostentacyjny cynizm Warhola i bezgraniczne zaangażowanie Beuysa nie są jednak od siebie nawzajem tak odległe, jak się wydaje. Przeciwnie – artyści spotykają się w tym samym paradoksie, na dwa różne sposoby, odbywaj znoszą granicę między sztuką a życiem, ale jednocześnie sami stają się wielkimi artystycznymi mitami. Największym dziełem Warhola jest Andy Warhol, arcydziełem Beuysa jest Joseph Beuys.

Za puentę do „Kultu artysty” może posłużyć trzecia, jeszcze trwająca, wystawa w Hamburger Bahnhof. To ogromny pokaz zbudowany na bazie zbiorów sztuki Friedricha Christiana Flicka oraz innych publicznych i prywatnych berlińskich kolekcji. Wystawa ma efektowny tytuł „I can’t just slice off an ear everyday” – „nie mogę codziennie obcinać sobie ucha”. To pyszny cytat z niemieckiego prowokatora i skandalisty Martina Kippenbergera, który mówił o tym, że żaden artysta nie może dzień w dzień być Van Goghiem. To także motto dobrze wprowadzające w pokaz. Wystawa jest świetna, i rzeczywiście biorący w niej artyści na różne sposoby demaskują i wywracają na lewą stronę figurę twórcy sztuki – czyniąc to zresztą najczęściej na swoim własnym przykładzie. Mit artysty okazuje się odporny na te zabiegi; nie ima się go ani antysztuka, ani autoironia, ani ogłaszanie „śmierci autora”. Dobrym przykładem jest doskonała praca „Solo Scenes” Dietera Rotha. Instalacja Rotha stworzona została ze stu, może więcej telewizorów. Na ekranach wyświetlane są zapisy z kamer, które Roth skierował na samego siebie. Artysta sportretował się, będąc już w latach. Pokazane jest wszystko; starszy pan, który siedzi przy biurku, rysuje, tworzy w pracowni, ale załatwia także sprawy przez telefon, naciąga kalesony, stęka o poranku, kiedy z trudem wstaje z łóżka. Ta praca swoją skalą przekracza masę krytyczną nudy i monotonii, staje się fascynująca w swojej kompletności. Sztuka nie jest tu dziełem jakiegoś ubermenscha, dziwoląga, społecznego mutanta; nie rodzi się w chwilach mistycznego natchnienia, któremu mogłoby towarzyszyć konwulsje i wyładowania elektryczne. Za „całym tym zgiełkiem” stoi starszy i otyły człowiek z krwi i kości, którego łamie w krzyżu. Czar mitu prysł? Nic z tego. Artysta niczego na tej demaskacji nie traci; wręcz przeciwnie; sztuka schodzi na drugi plan, ale jej twórca pozostaje w centrum uwagi jako heros codzienności.

Paradoks „I can’t just slice off an ear everyday” polega na tym, że każda próba dekonstrukcji mitu artysty kończy się konstruowaniem tego mitu na nowo. Sarah Lucas i Cindy Sherman odzierają artystę z tożsamości, pojawiając się w swoich własnych pracach w coraz to nowych przebraniach i wcieleniach, rozpuszczając się w niezliczonych rolach, z których żadna nie jest prawdziwa. Paul McCarthy odbiera artyście powagę i godność, występując w filmie wideo jako malarz-błazen, pajac, który maluje absurdalne bohomazy, mamrocząc. Mladen Stilinović w fotograficznej serii „Rozmowa z Freudem albo artysta jako swój własny kompleks” multiplikuje samego siebie i każe swoim sobowtórom odbywać ze sobą stosunki seksualne, kreując wytrącający z równowagi obraz twórcy. Co więcej może zrobić artysta? Odpowiedź na to pytanie pada na samym początku wystawy, która zaczyna się nie mniej ni więcej, tylko od Marcela Duchampa. Jeszcze raz oglądamy jego kanoniczne dzieła: koło rowerowe zamontowane na taborecie, suszarkę do butelek. Te prace, przeniesione w obszar artystyczny wprost ze sklepu rowerowego czy z kuchni były ciosem, który Duchamp zadał tradycyjnej koncepcji sztuki jeszcze na początku XX wieku – ale sztuka jest wciąż po tym uderzeniu zamroczona. Po Duchampie można w sztuce zrobić wszystko, ale nie daje się już pozbyć zasianych przez niego wątpliwości, cudzysłowu, w jaki wziął dzieło i każdy artystyczny gest. Nie ma więc dzieła, może nawet nie ma sztuki, tylko rowerowe koła i suszarki do butelek – ale są przecież artyści – i Duchamp, otoczona kultem ikona XX wieku, jest tego najlepszym dowodem. W Hamburger Bahnhof dowiadujemy się, że współczesny artysta może być kimkolwiek zechce. Niezależnie od tego, czy zagra rolę klowna, odszczepieńca czy proroka, pozostaje ekranem, na który projektujemy nasze wyobrażenia o wyjątkowości jednostki i o nas samych. Ten mit jest niezwykle trwały. Potrzebujemy go i wierzymy w niego o wiele głębiej niż w sztukę.