Jacek Tomczuk: Starowieyski był dobrym artystą? Wielu miało wątpliwości, zarazem on sam cieszył się wielką popularnością, był w Polsce prawdziwą artystyczną figurą...
Andrzej Osęka*: Jego sztuka jest efektowną, malowniczą baśnią, a ludzie bardzo baśnie lubią. Dlatego też taką popularnością cieszył się Zdzisław Beksiński, który snuł podobną opowieść o strasz-nościach tego świata, o człekokształtnych dolinach, o skałach z ludzkich ciał. Ale Beksiński nie afi-szował się z życiem prywatnym, a Franek zrobił z siebie takiego herosa-maga, budował mit natchnio-nego artysty wizjonera, który widzi więcej niż zwykli zjadacze chleba. Tam, gdzie my dostrzegamy po prostu ludzi, on rysował ciała nadgryzione już przez śmierć. Był w tym efektowny i niezwykle sprawny. Jest w ikonografii motyw Danfe zamieniającej się w drzewo laurowe. Niewielu znam mala-rzy, którzy potrafili tę metamorfozę przedstawić w sposób naprawdę przekonujący. A on to robił pre-cyzyjnie, bez żadnej niejasności, z żelazną konsekwencją.

Krytycy na jego poprawną, łatwo przyswajalną sztukę ukuli termin „artepolo”, co miało być odpowiednikiem „disco polo” w muzyce.
Janusz Bogucki powiedział kiedyś o Dudzie-Graczu, że to „zapalony majsterkowicz malarstwa”. Ale tego nie można powiedzieć o Franku. Nie wymęczał też formy jak Beksiński, miał w sobie lekkość, spontaniczność, jego rysunek nie był wymuszony. Kiedyś moja żona z koleżanką przed egzaminem na akademię przyszły do niego na lekcję rysunku. Przyniosły miękkie narzędzia – pastele, węgiel... A on kazał to wszystko odłożyć, dał im ostro zatemperowane ołówki i polecił rysować draperie, żeby niczego nie mogły ukryć w niedopowiedzeniach miękkich plam. Podobno renesansowy mistrz Cima-bue odkrył talent Giotta, kiedy ten jako pastuszek narysował patykiem na piasku idealne koło. Franek miał taką właśnie pewność ręki i potrafił wyrysować fantastyczną spiralę od jednego pociągnięcia. Był świetnym i bardzo świadomym technikiem. Tłumaczył mi kiedyś, czym różni się cień odbity od cienia rzuconego i jak trzeba je malować. Żaden z moich profesorów uniwersytetu nie analizował tak kształtów.

Dlaczego został rysownikiem, a nie malarzem?
On wiedział, co ma rysować, był zainteresowany kształtem świata i swoich wizji, które wychodziły mu spod ręki niczym z rogu obfitości. Jego nie interesowała abstrakcja, i nie tak bardzo kolor. Nie używał też w swoich pracach fotografii. A są znani plakaciści, którzy chyba nie umieli czy też nie lubili rysować, więc korzystali z fotografii, fotomontażu, to przykład Romana Cieślewicza.

Może dlatego dziś wydaje się bardziej nowoczesny niż Starowieyski?
Ale ja wolę to, co robił Franek, gdzie każdy kształt jest uformowany ręką artysty, a nie wzięty z kli-szy fotograficznej. Był niezwykle pracowity, żył rysowaniem, nie powtarzał się, nie miał wypracowa-nej formułki, którą potem powielał, jak robi to choćby Edward Dwurnik.

Ależ przez ostatnie 20 lat właśnie się powtarzał, wykorzystywał te same tematy, popisywał się świetnie opanowaną techniką... To już było przewidywalne, za łatwo mu to wychodziło.
Może ja jestem mniej wymagający od pana, ale na taką produkcję, jaką nam zafundował, to tych po-wtórzeń dużo nie było. Rzeczywiście powtarzał motywy kobiet o głowach ptaków, czaszki, psy, te-maty wanitatywne... Ale nagle wyskakuje plakat do sztuki Harolda Pintera z kobietą zamieniającą się w fotel. Albo inny, nie pamiętam do jakiego filmu, gdzie pokazana jest od tyłu kobieta, której naczy-nia krwionośne zamieniają się w siatkę gałęzi. Straszne, ponure, lecz precyzyjne i bardzo prawdziwe.

Jego wizytówką były nawiązania do baroku, ale chyba ta fascynacja była powierzchowna?
Czy ten jego barok jest tylko grą czy ma też głębsze uzasadnienie? Jednej odpowiedzi nie mam. Oczywiście Franek był pozerem, udawał człowieka z zamierzchłej epoki, który ma za sobą tradycję sarmackiego portretu. Czy na serio traktował retorykę rycerską? Raczej nie. Czy na uważał, jak w czasach kontrreformacji, że człowiek to istota grzeszna, śmiertelna i trzeba mu o tym przypominać? Wątpię. Czy na serio chce nas przekonać, że życie jest straszne, a te sztylety, które maluje są praw-dziwe i mordercze? Też nie. On tymi motywami cudownie żonglował. Przypominał w tym cyrkowca, który bierze coś do ręki, podrzuca, robi przy tym fikołka i cieszy się ze sztuczki. Jeżeli wykonuje piękny rysunek metamorfozy ciała w roślinę, a do tego dodaje kreski, numerki, literki, jak w jakimś starym rysunku technicznym, to jest to zawracanie głowy. Retoryka, która nic konkretnego nie zna-czy. Rzeczywistym tworzywem jego sztuki jest raczej żywiołowa, buzująca siła wyobraźni.

Wielu dodałoby jeszcze erotykę.
Motywów erotycznych używał często, penisów i nagich kobiet rysował setki. Na jednej z prac widać w centrum wielkiego fallusa - zwieńczonego kapeluszem grzyba, muchomora sromotnika. Ale on na tym nie zatrzymał się: w tle majaczy jeszcze chałupka, las, ptaki na niebie... To pejzaż sentymentalny. Erotyka sama w sobie nie pochłaniała go bez reszty. On był raczej liryczny, łagodny, ciepły.

Potrafił pan odróżnić, kiedy Starowieyski fantazjował, a kiedy mówił serio?
Chyba tak. Zwykle był blagierem, mitologizował, poważny robił się jednak wtedy, gdy zaczynał mó-wić o sztuce. Opowiadał o sobie niestworzone rzeczy. Miał wdzięczną słuchaczkę w osobie mojej teściowej. Na przykład zjawiał się i mówił: Proszę zobaczyć, tą pięścią zabiłem wczoraj człowieka, dałem mu raz i nie żył. Albo opowiadał, że mieszka w malutkiej klitce z czwórką dzieci, nie ma jak pracować, nie wie, jak je wyżywić. Teściowa chciała mu pomagać. A my wiedzieliśmy, że w życiu Franka nawet cienia dziecka wtedy nie było, a historia z nędznym pokojem jest grubo przesadzona. I że nigdy nikogo nie zabił. On jednak opowiadał tak sugestywnie, że teściowa raczej wierzyła Fran-kowi niż swojej córce.

Kiedy go pan poznał?
W 1953 r. na obozie studentów historii sztuki, na który czasami pojawiali się też studenci akademii. Pamiętam jak go zobaczyłem po raz pierwszy. Budzę się rano i widzę półnagiego młodego człowieka, który bije się pięściami po piersi i dziko ryczy. Poryczał, poryczał i przestał. Spytałem kogoś, co to za straszny kabotyn. Powiedziano mi, że to wyróżniający się student grafiki. Zacząłem potem obserwo-wać go jako twórcę i zobaczyłem, że to nie zwykły pozer, ale wybitnie zdolny artysta.

Już wtedy wymyślał sobie kolejne role?
Lubił chodzić zamaszystym krokiem z wypiętą klatką piersiową. Pozował na macho, lubił też całą otoczkę rycerską, zbroje, szable. Kiedy Lech Wałęsa w 1990 r. został prezydentem, powołał taki dziwny twór – Radę Kultury przy Prezydencie. Na pierwszym jej posiedzeniu Franek wyskoczył z pomysłem, że koniecznie trzeba przywrócić w wojsku krok marszowy z XVIII wieku. To podniesie godność armii. Mówił o tym długo, sam zadeklarował, że może ten krok opracować, a Wałęsa robił coraz większe oczy: czego ci artyści od niego chcą. Może dlatego Rada zebrała się tylko raz.

Ale w połowie lat 50. powoływanie się na swoje szlacheckie korzenie nie było pewnie tak łatwe?
Może dlatego też wtedy nie podpisywał się: Starowieyski, lecz: Jan Byk. Wtedy szlachta nie była dobrze widziana, a Jan Byk w jego przekonaniu brzmiało jednocześnie jako coś męskiego i proleta-riackiego. Szybko mu to przeszło, zaczął powoływać się na rodowód magnacki i rytuał barokowy.

Kreował się na artystę bezkompromisowego, człowieka honoru. Jak jako grafik, plakacista działający na zamówienie dawał sobie radę z podłymi niekiedy zamówieniami w PRL?
Miał bardzo wiele zleceń, ale nie znam ani jednego plakatu reklamowego ani politycznego. Nie miał do tego ręki. Wybierał tematykę kulturalną.

"Szalenie dużo czasu zmarnowałem w życiu na to, by zarabiać pieniądze”. Kokietował czy mówił prawdę?
Oj, to nieprawda, on traktował zlecenia bardzo poważnie. Kiedyś spotkałem go, jak szedł do wydaw-nictwa i pokazał mi projekt plakatu. Tłumaczył z przejęciem, że musi dopilnować drukarzy, by nicze-go nie popsuli. Bardzo dbał o solidność swojej roboty. Artysta chętnie będzie mówił, że jest powołany do wyższych celów niż projektowanie okładek do książek czy plakatów. Na dodatek takie zamówie-nia wiązały się ze ścisłymi ograniczeniami (format, temat, termin). Coś takiego mógł powiedzieć, kiedy już zasmakował w pełnej wolności, choćby powołując Teatr Rysowania, gdzie posiadał już całkowitą swobodę. No ale najlepsze rzeczy robił, kiedy te ograniczenia jednak miał, bo ograniczenia w sztuce bywają zapładniające.

To spróbujmy przyjrzeć się, jak jeszcze ubarwiał swoją biografię. Kreował się na czołowego playboya PRL. Dobrze mu się powodziło?
Podejrzewano, że kobiet się boi, choć je w kółko rysuje. Nie miał w sobie nic z uwodziciela. Żeby być playboyem, to trzeba otaczać się pięknymi, znanymi kobietami. Playboyami to wtedy byli raczej Tyrmand, Głowacki, Toeplitz, ale nie Franek, choć może za takiego się podawał. On chciał grać rolę macho, a był chłopcem, którym trzeba było się zająć.

Podobno lubił się bić.
Wciąż o tym mówił, nie słyszałem jednak, żeby kogoś naprawdę boleśnie uderzył. Chyba nie mógłby.

To prawda, że założył plażę nudystów nad Wisłą, gdzie przychodziło pięć tysięcy osób?
Co? Może przeszedł się nad Wisłą na golasa, ale żadnej takiej plaży tam nie było.

Narzekał, że późno został doceniony.
A gdzie tam, już na początku lat 60. był rozpoznawalną postacią.

Ożenił się, bo ktoś musiał mu sprzątać?
Czasami udawał, że pogardza kobietami, ale to było zawracanie głowy, bo on był dobrodusznym człowiekiem, życzliwym ludziom. Kiedyś był u mnie i zadzwonił do Aliny Szapocznikow, bo dowie-dział się, że zaczęła robić rzeźby z ołowiu. Bardzo poważnie przekonywał ją, żeby to rzuciła, bo ołów jest rakotwórczy. Ona zapewniała, że nic się jej nie stanie. No i niestety Franek miał rację.

Deklarował sympatię dla nacjonalizmu, chwalił się malowaniem Lenina, przyznawał: „Nie byłem w żadnej opozycji, żadnych listów nie podpisywałem, bo ludzi z opozycji nie lubiłem. Byli nudni i sztywni”.
Nigdy nie był pupilkiem władz, wystarczy spojrzeć na listę artystów, którzy w stanie wojennym po rozwiązaniu Związku Polskich Artystów Plastyków założyli nowy, reżimowy. Franka tam nie ma, a Duda Gracz jest, Dwurnik również. Z nacjonalistami też nie miał nic wspólnego. Nacjonalizm może pasuje do sarmackiego mitu, jaki budował, ale na pewno nie do jego sztuki.

Narzekał, że jako artysta czuł się samotny.
To akurat mogło być prawdą. Nie miał wrogów, ale brakowało mu też chyba przyjaciół. Odstraszał od siebie ludzi tym, że był hałaśliwym, blagującym dzieckiem. Przyjaźń z kimś takim bywa męcząca. Może dlatego tak lubił spotkania z ludźmi podczas Teatrów Rysowania. Niewiele wynikało z tych spektakli, bo co może wynikać, gdy artysta zaczyna malować dla publiczności te tłuste baby jedna za drugą, umajone strasznościami: trupami, szkieletami, szpikulcami... Podobne akcje przeprowadzał Salvador Dali, który przed kamerą wydmuchiwał na płótno kulki z farbą z rogu nosorożca. W ogóle Franek miał coś z Dalego. Łączyło ich nieprawdopodobne mistrzostwo formalne i skłonności do au-tokreacji. Obaj pozowali na playboyów, a przecież Dali całe życie spędził u boku jednej kobiety, swo-jej żony Gali. Ale on był mniej sympatycznym szaleńcem niż Franek.