Nów
Angelika Markul
CSW Znaki Czasu, Toruń
do 31 maja

____________________________________________

To mogłaby być lista broni w komputerowej grze albo zawartość szopy psychopatycznego mordercy: czarna folia, drewniane skrzynki, wielkie ekrany i długie świetlówki o drażniącym, migoczącym świetle. Takich materiałów używa Angelika Markul, z urodzenia szczecinianka, z wyboru mieszkanka Paryża, absolwentka Ecole Nationale Superieure des Beaux Arts w pracowni mistrza gry wideo na uczuciach, pamięci i wspomnieniach – Christiana Boltanskiego. Tajemnicze, trochę złowieszcze przedmioty Markul łączy ze świetnymi instalacjami filmowymi.

Ekspozycję w toruńskim CSW otwiera wideo „Mowa owadów” (2006). To dość długi, zapętlony film łączący sceny rodem z kina drogi z filmem dokumentującym przedzieranie się przez zaniedbany strych. I tu, i tu na pozór nic się nie dzieje. Kamera rejestruje kolejne zakręty szosy, oglądamy pobocze, na którym leży kilkumetrowa warstwa śniegu, w tle migają białe szczyty gór. Chwilę potem w kadrze pojawia się posadzka strychu, a na niej – na wpół objedzone, zakurzone ptasie kości, powoli przemykające owady, sporo pajęczyn. W obu światach na pozór panuje spokój, ale z napięcia można obgryzać paznokcie. Czekamy, aż coś się zdarzy – kamera wypadnie z trasy, śnieg zsunie się na samochód, auto wypadnie z drogi, a żuk do końca wyje kawałki ptasiego mięsa. Jak spektakularne musi być wydarzenie, żeby uznać je za istotne, zapierające dech w piersiach, straszne? – pyta Markul. Podobna jest praca „Widziane” (2005) – filmowy zapis podglądania owadów. Mały żuk przedziera się przez błoto odciśnięte przez bieżnik opony, krabopodobny owad wychyla odnóża ze skorupki zlepionej śluzem. To opowieści w mikroskali, a jednak śledzi się je z ogromnym napięciem. Jeszcze większe jest obrzydzenie, które budzą. Ten efekt wzmacnia ekspozycja – ekran z „Widzianymi” umieszczono w idealnie wyciemnionym wnętrzu – kto chce obejrzeć sceny z życia insektów, musi wejść do sali ostrożnie, pokonując opór własny i ciemności, kierując się w stronę bladego, migoczącego światła ekranu.

Kilka metrów dalej spektakl historii dziwnych i hipnotyzujących zaczyna rozgrywać się już w 3D. W kątkach sal CSW umieszczono zwierzęce truchła. Bliższe oględziny pozwalają stwierdzić, że nie wypchano zwykłych zwierząt. Są tu łapy, ogony i kudły, tyle że w nie bardzo pasujących kombinacjach. To zwierzęce hybrydy zaprojektowane i uszyte przez artystkę. Przykucnęły przy migoczących świetlówkach i kawałkach drewna.

Coś, co jest martwe i wiąże się z rozkładem potrafi być hipnotyzujące – w taki morał wpisuje się również kolejną instalacja Markul – „Bez tytułu” (2009). Czarna folia – jeden z ulubionych materiałów artystki – została pognieciona i wstawiona za szkło. Oświetlona mocnym reflektorem punktowym wygląda jak rozgwieżdżone niebo. Tworzywo, którym przykrywa się martwe ciało albo w który pakuje się resztki, widziane pod innym kątem zmienia się w liryczną przestrzeń nieba. Proste? Tak, bo taka jest sztuka Markul – wykorzystuje nieskomplikowane zabiegi, mikrosytuacje, codzienne materiały, żeby wytworzyć niezwykły nastrój, zaangażować i trochę zmanipulować widza, zaspokajając potrzebę obrzydliwości i tajemnicy.

Specjalnie dla gigaprzestrzeni toruńskiego CSW powstał też jeden z największych projektów Markul – trzy wielkie instalacje pod wspólnym tytułem „Nów”. To monumentalne namioty z folii, desek, ekranów, pojawiły się tu też wielkie wiatraki rozdmuchujące powietrze. Tak mogłyby wyglądać przykryte folią mamuty – instalacje mają może ze cztery metry wysokości. Intymna groza Markul została przeskalowana, ale ciągle działa. To tylko folia, ale artystce znów udało się wciągnąć nas w wyobrażanie, co strasznego pod płachtą może być.