Na długo przed duetem z Kylie Minogue, zanim jego piosenki trafiły do "Shreka" i "Batmana", Australijczyk - najpierw z zespołem The Birthday Party, później z towarzyszeniem grupy The Bad Seeds tworzył swoje najwybitniejsze, bezkompromisowe płyty. Nad Wisłą znali je wówczas jedynie zapaleńcy, ale za to bardzo wpływowi. Mroczną przeszłość Nicka Cave’a przypominają reedycje jego płyt z lat 80.

"Interesowałem się muzyką awangardową, punkową, Nową Falą i oczywiście znałem The Birthday Party. W Polsce mało kto o nich wówczas słyszał" - przyznaje DZIENNIKOWI filozof i poeta Kamil Sipowicz, który na początku lat 80. mieszkał w Berlinie. Autor książki "Hippisi w PRL-u’" wspomina, że w środowisku dzieci kwiatów wczesne dokonania Cave’a przyjmowane były z dużą nieufnością: "To, co robił Cave, to był powrót do prostych akordów. Ta muzyka budziła agresję, niektórzy tego nienawidzili. On wypiął się na muzykę hippisowską, która przerodziła się w pompatyczną, symfoniczną historię".

Surowość Australijczyków znalazła w Polsce wielbicieli wśród tych, którzy szukali w muzyce nieskrępowanej ekspresji, żywiołowego jazgotu i intensywności niezależnie od tego, czy byli fanami bluesa, free jazzu, czy garażowego punka. Maciej Maleńczuk wspomina, że wczesne dokonania Cave’a budziły zainteresowanie w kręgu jego znajomych. "Miałem grupę przyjaciół, z którymi jeździliśmy na koncerty i byliśmy taką lożą szyderców. The Birthday Party to był jednak dobry dziki postpunk i wtedy bardzo mi się to podobało. Dla mnie te stare płyty to właściwy Nick Cave: diaboliczny, pierwotny, korzenny. Później byłem na niego nieco obrażony, że wchodzi w ballady, ale do czasu, bo sam zacząłem robić to samo" - mówi lider Homo Twist.

Na początku jego kariery nic nie wskazywało, że Nick Cave ma zadatki na gwiazdę pop. Gdy pod koniec 1979 r. wraz z muzykami The Birthday Party wyruszał z Melbourne do stolicy Wielkiej Brytanii, miał nadzieję, że tworzony przez nich wściekły blues doskonale się tam przyjmie. Australijczycy jednak się spóźnili i zamiast do punkowego raju trafili na czas rozkwitu syntetycznego popu. Zareagowali, grając muzykę jeszcze brudniejszą. Na koncertach prezentowali groteskowy horror show, w którym reżyserem i głównym aktorem był szalony Nick pogrążający się w tym czasie w heroinowym nałogu.

Zniechęceni brakiem sukcesu, wykończeni używkami The Birthday Party rozpadli się w 1983 r. Cave przeniósł się wówczas do Berlina Zachodniego, aby działać z nowym zespołem - The Bad Seeds. Pobyt w Niemczech, choć owocny artystycznie, był dla Cave’a podróżą przez kręgi piekła. Wyrzucany z kolejnych mieszkań po tym, jak zamieniał je w ćpuńskie meliny, ostatecznie na dwa lata zamknął się w pokoju oblepionym świętymi obrazkami i zdjęciami porno, aby pisać swoją powieść "Gdy oślica ujrzała anioła". Jak sam przyznaje, ucieczka w zdeprawowany świat bagnistej krainy Ukulore była dla niego terapią. Choć zmuszony był też do odwyku w klinice, po tym jak podczas pobytu w Anglii oskarżono go o posiadanie heroiny. Niewiele wcześniej zatrzymano go w londyńskim metrze piszącego teksty zakrwawioną strzykawką.

Sipowicz pamięta Cave’a z berlińskiego okresu. "Widywano go często na Nollendorfplatz w Cafe Central, kultowym miejscu artystów. Pamiętam też, że byliśmy w połowie lat 80. na koncercie Bad Seeds w klubie Metropol, gdzie grywały wszystkie nowofalowe kapele. Nietypowe było to, że Cave pozwolił ludziom siedzieć na scenie. Otaczał go wówczas kult w środowiskach wyrosłych z punka i wśród rodzącej się subkultury gotyckiej. W piosence <The Black Crow King> Australijczyk śpiewa szyderczo o królu czarnych kruków otoczonym przez imitujących go wyznawców" - opowiada Sipowicz.

Z czasem koncerty artysty, który po odwyku złagodził nieco swój wizerunek, przyciągały tłumy. Zamiast w zadymionych klubach coraz częściej grywał na dużych arenach. Choć minęły czasy, gdy Cave w narkotycznym transie podpalał sobie włosy lub rzucał w perkusistę butelką, nadal budził duże emocje. Nawet po latach - w 1997 r. - podczas pierwszego polskiego koncertu artysty w Warszawie, publiczność wyrwała krzesełka z pierwszych rządów i wtargnęła na scenę. Jak wspominają uczestnicy tego wydarzenia, do Cave’a podbiegł wówczas legendarny Katos - członek grupy filmowej Sky Piastowskie, który zapaśniczym chwytem ściągnął głowę Cave’a pod własne ramię, aby porównać portert artysty wytatuowany na swoim bicepsie z oryginałem.

Straceńczy okres w życiu Cave miał już za sobą. Znad Szprewy przeniósł sie do Sao Paulo, później do Nowego Jorku, aby ostatecznie osiąść z rodziną w nadmorskim Brighton. Artysta, który jeszcze niedawno tańczył w teledysku "Nick The Stripper" ubrany jedynie w pieluchy, z wysmarowanym na piersi napisem "Hell", ustatkował się, został ojcem, ożenił z modelką Susie Bick. I upodobał sobie garnitury. Maciej Maleńczuk, choć najchętniej słucha starych płyt Australijczyka, wciąż mówi o nim z sympatią: - Nie można cały czas żyć na krawędzi. Gdy próbujesz robić to w wieku 40 - 50 lat, wygląda to na próbę samobójczą. Z czasem też można nabrać obrzydzenia do ciągłego uwalania się".

Cave nie stracił scenicznej charyzmy, jednak artystyczne ekscesy, dawną pasję i obłęd zastąpił klasyczną formułą. Z szamana stał sie znakomitym showmanem. Maleńczuk wspomina swoje spotkanie z Cave’em w 2001 r. podczas festiwalu piosenki aktorskiej we Wrocławiu: "Okazał niedużym facetem, który powalał głosem. Niemal wyrywał krzesła. Ale cenię też jego teksty. Na płycie <Murder Ballads> jest misterna ballada, która ma 48 wersów, bo jakiś głupek zastrzelił przed laty 48 osób, a Cave wygrzebał tę historię w australijskich kronikach czy rejestrach więziennych" - zauważa Maleńczuk.

Także Mariusz Czubaj - autor kryminałów "Aleja Samobójców" (wraz z Markiem Krajewskim") i "21:37", zwraca uwagę na narracyjny talent lidera The Bad Seeds. "Facet potrafi opowiadać historie. Jak w tradycji bluesowej, gdy siada muzyk z gitarą i zaczyna gawędę".

O ile brzmieniowo Cave z każdą kolejną płytą łagodniał, tematem jego utworów są nieodmiennie postacie tragiczne, wyrzutki, figury ze społecznego marginesu: zaginiony cyrkowy kuglarz, włóczęga, wariat niemowa, skazany na śmierć. "Ten jego <język przemocy> sprawił, że nauczyłem się obcować z ciemnymi rewirami. Być może nie zająłbym się pisaniem powieści kryminalnych, gdyby nie on" - przyznaje.

Podobno dwie dekady wstecz brytyjscy dziennikarze obstawiali między sobą, który z rockandrollowych utracjuszy pierwszy przedawkuje na scenie - Nick Cave czy Ketih Richards? Wydawało się, że dla Cave’a, poety wściekłości i wrzasku, nie ma innej drogi. Niegdyś diaboliczny Black Crow King, dziś jednak króluje na salonach. Po ponad 15 latach metodycznej autodestrukcji nauczył sie kontrolować swoje demony, a obłęd zastąpił gorzką autoironią, dzięki której unika rockowego banału. Nowe płyty Cave’a, choć już nie zaskakują, wciąż mają klasę. A kto ma dość odwagi, może sięgnąć mroczne klasyki, które wciąż przyprawiają o dreszcze.