Żona wstępna
Canal+, sobota, 25 kwietnia, godz. 17.30
__________________________________________________________

Molly Kagan była bogata i wpływowa, jak jej mąż - szef hollywoodzkiego studia filmowego. Po rozwodzie została na lodzie, więc z pomocą pary przyjaciół - uzależnionej od alkoholu Joan (nagrodzona Emmy Judy Davis) i geja architekta Rodneya (Chris Diamantopoulos) - stara się poukładać życie na nowo. Wychowuje siedmioletnią córkę, znajduje nowy dom, pracę oraz... kolejnych mężczyzn. Wszystko jak w życiorysie z bestsellerowej powieści Georgianne Levangie Grazer, byłej połowicy Briana Grazera, producenta takich hitów jak „Kod Da Vinci” czy „Oszukana”. Na podstawie jej książki nakręcono sześcioczęściową miniserię, a następnie 10-odcinkowy serial - błyskotliwą mieszankę „Gotowych na wszystko” z „Californication”. Zabawną, ale nie tak pikantną.

„Żona wstępna” miała być początkowo tylko sześcioodcinkowym miniserialem...

Debra Messing: Owszem, i ten miniserial na dobrą sprawę objął całą fabułę powieści Georgianne Levangie Grazer. Ale widzom bardzo się spodobał, dostaliśmy aż dziesięć nominacji do Nagrody Emmy, więc pojawił się pomysł zrealizowania pełnego serialu. Były długie rozmowy, a potem nakręciliśmy cały sezon – dziesięć nowych odcinków.

W pierwszym z nich twoja filmowa córeczka domaga się telefonu BlackBerry. Jak zachowujesz równowagę i chronisz dzieci przed szalonym stylem życia w Hollywood?

Rzeczywiście, siedmiolatki domagające się telefonów komórkowych to tam norma. Nasz serial jest satyrą na takie absurdalne sytuacje i za to bardzo go lubię. Moją receptą na przetrwanie w Hollywood jest trzymanie się starych przyjaciół i rodziny z Nowego Jorku. Jestem typem samotniczki oraz domatorką, więc nie mieszam się w życie towarzyskie Fabryki Snów.

Urodziłaś się na nowojorskim Brooklynie, dorastałaś w Providence. Co najbardziej cię zaskoczyło po przeprowadzce do Hollywood?

Pierwszą rzeczą, która mnie zadziwiła, było to, że w Kalifornii wszystko zleca się innym. Nawet odebranie ubrań z pralni. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie także samo miejsce. Jest pięknie – cały czas świeci słońce i wszędzie otaczają cię urodziwi ludzie, bo jak wiadomo, do Los Angeles mają wstęp albo piękni, albo chudzi. Żartuję oczywiście, ale prawdą jest, że Hollywood zawsze otaczała aura blasku i sławy. Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat zainteresowanie celebrytami bardziej wzrosło, a ludzie z jeszcze większą ciekawością niż kiedyś przyglądają się ich życiu.

Takie jest Los Angeles w „Żonie wstępnej”.

Staramy się pokazywać różne śmiesznostki związane z życiem tutaj. Małe grzeszki i wypaczone zasady. Choćby przykładanie ogromnej wagi do odchudzania i diet. Bo w Los Angeles jada się tylko malutkie porcje. Cheesburgery są właściwie jedną czwartą kanapki, jaką podają w Nowym Jorku. A i tak odkąd tu przyjechałam, nie widziałam, aby ktoś takiego minicheesburgera jadł. Ale scenariusz w dużej mierze bazuje na rzeczywistości i porusza również tematy uniwersalne. Na przykład rozwody - mają miejsca wszędzie. I wszędzie kobiety po czterdziestce, zaczynające życie od nowa, muszą zarówno odnaleźć się w roli samotnych matek, jak i pomyśleć o własnej karierze czy chodzeniu na randki. Takie problemy spotykają kobiety na całym świecie.

Pokazywanie się na czerwonym dywanie to dla ciebie konieczność czy dobra zabawa?

Dla mnie to taka zabawa w przebieranie się. Czuję się jak mała dziewczynka, która buszuje po maminej szafie, zakłada wysokie obcasy, maluje usta szminką. Interesuję się designem, a haute couture to dla mnie rodzaj sztuki do noszenia. Dlatego uwielbiam zakładać kreacje od najlepszych projektantów. Z drugiej strony takie gale są stresujące, bo dochodzą emocje związane z nominacjami, nagrodami i ciągłymi wątpliwościami: czy zostanę doceniona?

Najważniejsze spośród wyróżnień w branży telewizyjnej, czyli Nagrodę Emmy, już dostałaś za sitcom „Willa & Grace” (w Polsce pokazywany jako „Para nie do pary” - red.).

Tak! Na dodatek byłam w trzecim miesiącu ciąży i nikt o tym jeszcze nie wiedział. To nadało temu wydarzeniu szczególne znaczenie. Szczerze mówiąc, byłam nominowana do tej nagrody już kilka razy i nie wierzyłam, że Emmy kiedyś naprawdę mi przypadnie. Jednak gdy usłyszałam ze sceny swoje nazwisko, poczułam się wspaniałe. Podwójnie wspaniale.

W „Will & Grace” grałaś przez osiem lat. Czy wciąż utrzymujesz kontakt z ekipą serialu?

Jasne! Uwielbiam ich. Oczywiście nie widujemy się już tak często, ale przez lata intensywnej współpracy bardzo się zżyliśmy i ci ludzie na pewno pozostaną w moim życiu na zawsze.