Norman Mailer nazwał ją "kobiecym kamikadze". "Jedyny powód, dla którego jej nie wyrzucą, to że jest zarazem Azjatką i feministką" - wyznał w jednym z wywiadów. Susan Sontag twierdziła: "jej recenzje są kretyńskie, płytkie i nie na temat", a Salman Rushdie uznał ją za "dziwną kobietę, która ma potrzebę na przemian głaskać i rozdawać klapsy". Nieco inna była jednak opinia jurorów Nagrody Pulitzera, którzy nagrodzili Kakutani "za jej odważne i przekonujące oceny".

Obelgom pisarzy nie ma się co dziwić, każdy z nich padł ofiarą kakutanizacji, jak mówią amerykańscy wydawcy. O książce Mailera "Ewangelia według syna" napisała: "Zapewne można się było spodziewać, że pisarz, który nigdy nie był znany ze skromności, popełni w końcu dzieło w formie autobiografii Jezusa". Jej zdaniem jednak Jezus brzmi tam "jak gość programu Oprah", ponieważ "Mailer zrobił z niego jedynie to, na czym się zna - gwiazdę". Pisarz próbował naciskać na "New York Timesa", żeby nie publikował negatywnych recenzji pióra Kakutani przed ukazaniem się książek. "Dla wielu prowincjonalnych gazet jest ona jedyną zauważaną recenzentką" - ubolewał w liście do redakcji. Jeszcze kiedy miał 82 lata, wysunął tezę, że Kakutani "nienawidzi białych autorów płci męskiej" i sam siebie uznał za jej ulubiony cel.

Kochanka Woody’ego Allena?

Ale kim jest właściwie Michiko Kakutani? Wiadomo, że ma 54 lata, jest córką znanego matematyka z Yale i absolwentką wydziału literatury angielskiej tego uniwersytetu. Była uczennicą Johna Herseya, autora najsłynniejszego reportażu w historii amerykańskiego dziennikarstwa - materiału relacjonującego wybuch bomby atomowej w Hiroshimie. Krążą plotki, że łączyła ją kiedyś bliższa zażyłość z Woodym Allenem. Trzeba go o to zapytać przy jakiejś okazji, bo Michiko Kakutani wywiadów nie udziela.

Recenzentka "New York Timesa" wyróżnia się w świecie krytyki literackiej (nie tylko amerykańskiej) tym, że nie chodzi na bankiety, nie spoufala się z pisarzami i stroni od mediów. Mało kto w nowojorskim świecie literackim w ogóle ją widział. To kolejny powód, dla którego jej nienawidzą - w rozgadanym środowisku chłodny profesjonalizm nie jest dobrze widziany. John Updike zapytany publicznie o bohaterkę odpowiedział: "Cóż, podróżuje człowiek po kraju i wszędzie słyszy, jaki jest wspaniały. Michiko Kakutani potrafi sprowadzić go na ziemię".

Ale nieprzyjemne rzeczy usłyszała o sobie także czarnoskóra Toni Morrison, jak i kanadyjska feministka Margaret Atwood. O wydanej w 2003 roku powieści "Oryks i Derkacz" napisała: "Atwood znowu wyprodukowała pokraczny miszmasz: powieść, która jest dydaktyczna, miejscami intrygująca, ale ostatecznie gruntownie nieprzekonująca". By w puencie nazwać ją "kulawym kawałkiem kitu SF". Wszystkie te epitety są barwne i stanowią o atrakcyjności pióra Kakutani; niektórzy Amerykanie przyznają zresztą, że czytają jej teksty ze słownikiem. W 2002 roku felietoniści rozpętali nawet dyskusję o tym, czy Kakutani nie nadużywa ezoterycznego słowa "limn"- i co ono właściwie znaczy ("opisywać wyraźnie"). Dyskusja toczyła się w kilku gazetach naraz, a bohaterka oczywiście nie wzięła w niej udziału.

Krytyczka tępi wydumane fabuły, moralizatorstwo i jednowymiarowość - czyli wszystko, co sztuczne. Ceni zaś rozmach i autentyczność - wcale niekoniecznie szukając nowatorstwa. Lubi dobrze napisaną, przekonującą prozę; po prostu jej zdaniem niewiele książek spełnia te warunki.

Atwood, poproszona przez "Dziennik" o wyrażenie opinii na temat recenzji Kakutani, odmówiła odpowiedzi. Podobnie zachowali się Don DeLillo oraz Julian Barnes.

Depresja Carrie Bradshaw

Kakutani recenzuje też czasami autorów europejskich i nie ma dla nich taryfy ulgowej. O powieści Jonathana Littella "Łaskawe", która ukazała się w USA w lutym tego roku (kupiona przez amerykańskiego wydawcę za astronomiczną sumę około miliona dolarów), napisała: "Fakt, że taka powieść zdobyła dwie z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich, jest dowodem na perwersyjność tamtejszego gustu". Krótko mówiąc, pisarze mają powody, by nienawidzić Kakutani. Są to zresztą te same powody, dla których czytelnicy ją uwielbiają. Nikt nie chce czytać mdłych laurek ani ostrożnych omówień (poza, rzecz jasna, ich bohaterami) - a Kakutani, kiedy nie lubi, to nienawidzi, a kiedy lubi, to kocha. W licznych tekstach publicystycznych, których stała się bohaterką, czepiano się jej, że umie wyłącznie streścić książkę i wyrazić wobec niej aprobatę lub dezaprobatę, nie wdając się w bardziej wyrafinowane rozważania. To prawda - ale z jakiegoś powodu cały światek literacki nadal kupuje "New York Timesa" po to, by dowiedzieć się, "co sądziła Michiko".

Stała się też bohaterką amerykańskich seriali i popkultury. W jednym z odcinków serialu "Seks w wielkim mieście" Carrie spędza bezsenne noce, czekając na recenzję Michiko Kakutani ze swojego zbioru felietonów. A kiedy recenzja (pozytywna) w końcu się ukazuje, i tak wpada w depresję, bo znalazła w niej zdanie, że "mężczyźni w świecie Carrie Bradshaw są przedmiotami jednorazowego użytku". A jednak, mimo że serial rozsławił nazwisko Kakutani w kręgach, w których strony literackie "New York Timesa" raczej nie są obowiązkową lekturą przy porannej kawie, to krytyczka nie zrewanżowała się Candace Bushnell. Recenzja z jej powieści "Za wszelką cenę" była negatywna, w dodatku napisana w formie listu bohaterki "Legalna blondynka".

Pewien satyryczny portal internetowy opisał ją jako postać wymyśloną przez pewnego studenta Yale. Student ten wcielał się w Kakutani niczym doktor Jekyll w pana Hyde’a, kiedy chciał "przedstawić kulturę amerykańską jako minoderyjną, skoncentrowaną na sobie, pretensjonalną podróbkę, którą jest w rzeczywistości". Kiedy student, przebrany za Kakutani, znalazł się na egzaminie ustnym z literatury, po prostu nazwał Zorę Neale Hurston (kanoniczną czarnoskórą pisarkę amerykańską) "przereklamowanym miszmaszem czczonym przez trzy pokolenia masochistycznych, cierpiących na poczucie winy białych mężczyzn".

Talenty literackie Baracka Obamy

Ostatnio jadowita krytyczka popełniła esej o książkach, które ukształtowały Baracka Obamę - i, jak się okazało, bohater wypadł w nim niezwykle pozytywnie. Kakutani z podziwem wyraziła się o jego młodzieńczym zainteresowaniu Nietzschem i Świętym Augustynem, przeanalizowała zamiłowanie do twórczości Toni Morrison oraz Melville’a, a przy okazji zrecenzowała jego pierwszą książkę "Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu". Tytuł ten - pisała - "ujawnia instynktowny talent do opowiadania (który potem tak bardzo pomógł autorowi w czasie kampanii wyborczej) oraz tę dziwną kombinację empatii i dystansu, którą posiadają zdolni powieściopisarze". Zdaniem bezwzględnej recenzentki utwór ten "był zarazem pełnym pytań bildungsromanem oraz autobiograficznym poszukiwaniem własnych korzeni".

Cóż, szczęśliwy kraj, który ma tak utalentowanego prezydenta. Szkoda tylko, że Obama raczej nie będzie miał teraz czasu na pisanie powieści, i Amerykanie muszą się zadowolić "kulawą, niesmaczną twórczością" Philipa Rotha oraz "rozczarowującymi powieścidłami" Dona DeLillo.

Zobacz książki amerykańskiego prezydenta w sklepie LITERIA.pl >