W BWA Awangarda pokazujesz swoje filmy, a także „dodatki specjalne” – komentarze, sceny, które nie znalazły się w filmie. Kręcąc, wiesz, co wejdzie do ostatecznej wersji filmu, a co zostanie wyrzucone podczas montażu?

Wojciech Doroszuk: Podczas pracy nad każdym filmem operuję innymi, specyficznymi kryteriami. Kieruję się nimi, edytując materiał. W filmie „Raspberry Days” takim kryterium była określona formuła estetyczna – zależało mi na osiągnięciu efektu hipnotycznego obrazu, który przypominałby film przyrodniczy przedstawiający robotników i owady. Dlatego z ostatecznej wersji wypadły sceny zbyt naturalistyczne, pokazujące znój pracy na farmie. Innym przykładem dosyć brutalnej selekcji scen była praca nad „Birkaç Yer”. Ten film kręciłem w Ankarze, podczas jazdy taksówką. Moim przewodnikiem był turecki transseksualista, opowiadał o związanych z jego życiem miejscach, przez które przejeżdżaliśmy. Następnie, podczas montowania materiału w towarzystwie tłumacza, jego słowa zostały przetłumaczone na angielski i polski. Działaliśmy pod wielką presją czasu; to, czego w postprodukcji nie zdążyliśmy przetłumaczyć, musiało wypaść z finalnej wersji filmu. Na wystawie w BWA Awangarda możemy zobaczyć ostatnią scenę, której tłumaczenie zleciłem ostatnio, niemal dwa lata później.

Dlaczego warto pokazywać coś, co już wcześniej z jakichś powodów wyeliminowałeś?

W kinowych produkcjach, jak i w wideo-art, zawsze interesowało mnie drugie dno, cała ta reżyserska kuchnia, decyzje o tym, co ląduje w ostatecznej wersji filmu, a co nie, powody cenzury, autocenzury, rezygnacji z motywów „nieprzystających”. To prosty mechanizm, mający wiele z podglądactwa, zaciekawienia „prawdziwą” rzeczywistością poza kadrem filmowym. Na tym właśnie zasadza się ta ogromna popularność wszystkich dodatków do edycji dvd – dzięki nim możemy podejrzeć alternatywne sceny filmowe, komentarze, zdjęcia z planu, wywiady z aktorami. Całkiem niedawno ponownie przejrzałem moje surowe materiały wideo. Tym razem jednak postanowiłem skupić się zwłaszcza na tych obrazach, które kiedyś skazałem na śmietnik. Uznałem, że warto coś z nim zrobić, że te sceny tworzą zupełnie nową rzeczywistość, odrębną od finalnych realizacji. Jednocześnie obie formy łączy pewne pokrewieństwo i takie „ścinki” mogą stanowić rodzaj autorskiego komentarza.

Sięgasz po wyraziste konwencje – twoje filmy przypominają thrillery, filmy przyrodnicze. W wideo-art jest miejsce na nawiązania do kina gatunków?

Oczywiście, chociaż trzeba zachować pewną ostrożność i być świadomym tego, że łatwo można popaść przy tym w banał. Wiadomo, że to, co robię, nigdy nie będzie konkurować z wielkimi kinowymi produkcjami, są to dwie odrębne dyscypliny, manewrują w granicach odrębnych środków i celów. Konwencją „kinową” można świetnie grać, cytować kody wypracowane przez określone gatunki, jednak podstawą jest tutaj dystans, nawet podejście z przymrużeniem oka. Jeśli sam sięgam po „gatunek”, to przetwarzam go z ironią, traktuję jako tworzywo, nigdy zaś jako cel sam w sobie.

Kilka lat temu niewiarygodną popularnością wśród polskich artystów cieszyło się malarstwo. Teraz coraz więcej twórców zajmuje się wideo-art. O co chodzi? Jesteśmy zmęczeni dwu- i trójwymiarowymi statycznymi obiektami w bezruchu?

Rzeczywiście, możliwości, jakie daje praca z filmem, wydają się bardzo atrakcyjne: to medium procesualne, niezwykle hybrydyczne, oferujące pełne spektrum wizualnych i dźwiękowych środków wyrazu. Popularność wideo wynika też z jego łatwej dostępności. Dziś zdobycie kamery nie jest żadnym problemem. Pamiętam, jak na drugim roku studiów pracowałem nad swoją pierwszą etiudą wideo. Zbyszek Sałaj, prowadzący pracownię interdyscyplinarną na Wydziale Malarstwa, pożyczył mi kamerę i kasetę, na której miał nagraną komunię syna. Na ostatnich wolnych 20 minutach mogłem nagrać swój film.

Popularność wideo wiąże się chyba z zapaścią na rynku sztuki. To medium, które ciężko sprzedawać i kolekcjonować. Odpada cały ten merkantylny kontekst sztuki.

Na pewno można mówić o zwyżce zainteresowania sztuką wideo. Nie łączyłbym jednak tego faktu z kryzysem na rynku sztuki. To chyba nie przypadek, że coraz częściej wideo-art zaczynają się interesować również polscy prywatni kolekcjonerzy (np. całkiem nieźle sprzedały się prace wideo podczas kwietniowej charytatywnej aukcji w Bunkrze Sztuki na rzecz Edwarda Deskura). Przez długi czas nie było jednak wiadomo, jak taki film ma funkcjonować, który nośnik jest najtrwalszy, jak taki film pokazywać i jak go konserwować. Kolekcjonerzy zwracają również uwagę na wątpliwą ekskluzywność medium, które niezwykle łatwo jest powielić. Ile kopii jednego filmu może tworzyć opus? Czy to są rzeczywiście kopie, czy mają one status oryginałów? Wydaje mi się, że te kwestie zostały już uporządkowane, wideo jest niemal powszechnym medium w zbiorach większości instytucji, zdobywając zaś coraz większą popularność i „zaufanie”, śmielej trafia do kolekcji prywatnych.