Zeszłotygodniowy sen o Leo Beenhakkerze nie powtórzył się, nie rozwinął, nie wrócił – wrócił sam Beenhakker. Na łamach 131 numeru „Dziennika” (dycha on jeszcze?) rozmawia z nim Artur Szczepanik. Z rozmowy niestety wynika, że godzina wybiła i Leo powinien jednak odejść. Nie dlatego, że jest złym trenerem – trenerem jest świetnym. Nie dlatego, że popełnia szkoleniowe, taktyczne, wychowawcze czy jakiekolwiek inne błędy – popełnia ich tyle samo, ile popełniają inni wybitni trenerzy. Nie dlatego, że – jak mawiał Kazimierz Górski: „dobry trener, ale nie ma wyników” – na dobre wyniki jest jeszcze szansa. Leo powinien odejść, ponieważ został Polakiem. Swego czasu na łamach „Dziennika” (dycha on jeszcze?) była o polskiej zapaści Holendra mowa – teraz zawał jest masywniejszy, grozi zgonem.

Leo spolszczał, nabrał polskich, pożal się Boże, manier, pełen jest polskich traum, polskich uraz, nawet klnie po polsku. „Zawodnicy POLSKIEJ ekstraklasy są zmęczeni. Ile meczów od lutego musieli zagrać? 15? A powiedzcie mi, ile w tym czasie rozegrała Barcelona? Dwa razy więcej? I co, k…, są zmęczeni?”. Wykropkowane słowo nie wygląda na przekład z angielskiego. Gość z literacką polszczyzną radzi sobie kiepsko, ale po naszemu bluznąć umie nieźle; niby nic rzadkiego, edukację językową często zaczyna się od językowych peryferii – (sam po serbochorwacku na razie wyłącznie umiem, mniejsza o to co) – w tym wypadku jednak są to peryferie wysoce symboliczne.

Osobiście gorąco popierałem i w jakiejś mierze dalej popieram Leo Beenhakkera. Głównym jednak moim argumentem była jego obcość, ergo nie-polskość. Jak jest dwóch tej samej (najwyższej) klasy trenerów i jeden jest nasz, a drugi cudzy, to trzeba brać cudzego, bo ma dystans, bo nie jest uwikłany, bo trenował Real, bo mobilizuje zawodników samą swoją angielszczyzną i innymi europejskościami itd. itp. Ani Strejlau, ani Skorża, ani Engel, ani Smuda (nie mówiąc o mających od Holendra znaczniejsze osiągnięcia Gmochu czy Piechniczku) z pewnością nie są zawodowo gorsi. Jednakże w momencie, gdy przychodził Beenhakker, to, że był „z zewnątrz” i to bardzo „z zewnątrz”, było jego poważnym i jak najsłuszniej rozstrzygającym atutem.

Minęło trochę czasu i gość miast swój dystans zachować – stracił go całkiem. Zamiast my od niego brać, co w nim najlepsze, on jął od nas przejmować, co w nas marne. Miast na europejskie wyżyny nas dźwigać, na nasze niziny się stoczył. Na dobrą sprawę z dawnego Leo tylko nienaganny wygląd zewnętrzny pozostał – posiedzi jeszcze trochę i to się zmieni, brzuszysko mu wyrośnie, włosy wypadną albo potłuścieją, seledynowe garnitury i sandały na skarpety zacznie wdziewać – trzeba chłopa ratować. O ile nie jest za późno – z wywiadu wynika, że wewnętrznie ten człowiek jest już całkowicie przemieniony. Gada tak hałaśliwie i irytująco, jakby w wolnych chwilach nie tylko Feyenoordem się zajmował, ale i debaty polityczne w polskiej telewizji oglądał i trzaskaniem dziobem się zaraził. Nie mówię, że od notorycznego słuchania i gapienia się na Kaczorów przejął sugerowanie, że np. coś wie, ale nie powie – od kogoś jednak insynuacyjną taktykę wziął: „Nie chodzi o to. Ja wiem znacznie więcej. (…) Prawdziwy argument jest inny, ale nie będę o tym mówił”. Itd. itp.

Skąd u tego, w najszlachetniejszym sensie kosmopolity, nagła i – nie podobna nie pomyśleć – iście endecka prorosyjskość? „Teraz Rosja jest wielką siłą, ale gdy Hiddink zaczynał w Moskwie pracę, nie miał odpowiednich boisk treningowych. W trzy miesiące zbudowali mu piękne boiska w centrum miasta. W Warszawie, stolicy Polski nadal musimy prosić o zgodę na trenowanie na Legii lub Polonii”. (Swoją drogą aż trzy miesiące w Moskwie obiekty budowali? Widocznie Putina przy tym nie było!)

Skąd u tego wyniosłego, o rzymskim profilu mędrca niewspółmierne reakcje na jakieś drobiazgi? „W zeszłym tygodniu zrobiono mi przepiękne zdjęcie, kiedy mój samochód przejeżdża przez podwójną ciągłą. Super! Nazwali mnie kamikadze. A ja chciałem tylko wjechać na parking przed domem! Tam jest tylko podwójna ciągła. I co miałem zrobić? Ale to był wielki news! Tylko to was interesuje, nie szkolenie młodzieży! Hu, hu, hu, najlepszy news! Czasami chce mi się płakać”.

Metamorfoza światowego i twardego męża w roztrzęsioną polską galaretę faktycznie łzy wycisnąć może. Podwójna linia to nie problem, przekraczanie podwójnej linii to nie problem, sfotografowanie tego wyczynu to nie problem – problem jest, że na takie bździny Beenhakker reaguje i to jak! Rozlegle i okrzykami! Hu! Hu! Hu! Źle się dzieje – Beenhakker szaleje!

Po cóż zapewnia w wywiadzie, że nigdy więcej nie wyjdzie z meczu 20 minut przed czasem? Niech wychodzi, kiedy chce, ale niech o tym nie gada. Jest w końcu przynajmniej u nas w słowiańszczyźnie przyjęte, że prawdziwi ludzie piłki siedzą do ostatniego gwizdka – sam raz w życiu wyszedłem przed czasem, padało, przeciwnik prowadził 0:4, szanse na wyrównanie nikłe.

Czy aż tak trudno zrozumieć, że jeśli trener reprezentacji z ligowego meczu wychodzi przed czasem, jest to odbierane nie jako świadectwo jego wiedzy o zawodnikach, której to wiedzy końcówka meczu nie poszerzy, ale jako dowód nerwowości? Leo wychodzi przed czasem – znaczy nie tylko jasna, ale wręcz biało-czerwona krew go zalewa.

Jakieś terminy się nie zgadzają? „Pięć razy zapraszano mnie do PZPN-u na szkolenia dla trenerów i pięć razy ten termin pokrywał się z wyjazdem reprezentacji na zgrupowanie” – chyba błogosławiony i dziękczynienia godny zbieg okoliczności, a nie powód do skargi? Za nasiadówkami w Związku i tamtejszym, jak sam powiada – bla, bla, bla – Leo tęskni? Milej chyba z kadrą podróżować? A jeśli takie notoryczne kolizje terminów są świadectwem jakiejś umyślnej złośliwości, jakiejś biurokratycznej wojny, to facet z fasonem o takich rzeczach nie mówi – rozumiem, że denerwują, ale nagłośnione brzmią miałko.

Rozumiem też, że wyraźna nuta arogancji w sposobie bycia Zbigniewa Bońka czy niekonwencjonalna bezkompromisowość Jana Tomaszewskiego mogą drażnić i – tak jest – drażnią nieprzeliczone rzesze i nieprzeliczone rzesze dają swemu rozdrażnieniu wyraz – coach reprezentacji nie powinien tego czynić. Zwłaszcza w takim stylu: „Boniek siedzi jak Mahomet na górze i woła z tej swojej Italii: Słuchajcie, Beenhakker to kłamca i Pinokio. Hu, hu, hu. A później schodzi z tej swojej góry nad Loggio Maggiore i pije pyszny koktajl. (…) Albo sfrustrowany pan Tomaszewski. Czy ktoś jeszcze traktuje go poważnie? Stacje telewizyjne? O to super, ulżyło mi, cieszę się, bo myślałem, że jest już całkiem wyautowany. (…) Co to za poziom dyskusji? Czy tak się powinno rozmawiać o futbolu?”

Pewnie nie, ale tak się rozmawia w Polsce o polityce. Dorysowuje się przeciwnikowi nos Pinokia i sprawdza, jak często i jak pyszne pije drinki. Leo poziom dyskusji kwestionuje słusznie – po cóż, posługując się identycznymi argumentami, bierze w niej udział? Jak się samemu schodzi do tych, co są nisko – nie ma co wydziwiać, że nie jest się wysoko.

Wiadomo, że Leo w wolnych chwilach, poza zajmowaniem się Feyenoordem i poza oglądaniem polskiej telewizji, pisze opowiadania o życiu. Pomijając, że ilość wolnego czasu zadziwiająco się rozszerza, literaturą również wszystkiego się nie usprawiedliwi. W każdym razie nie ma co na niektóre nie dość pochlebne recenzje reagować niczym rozhisteryzowana debiutantka.

Pada też w wywiadzie rytualna, bo od lat powtarzana przezeń klechda, że mianowicie Polska jest śpiącym piłkarskim olbrzymem. „Powtarzam po raz tysięczny: Polska jest śpiącym gigantem”. Powiedzieć, że jest to dwuznaczny komplement – to nic nie powiedzieć. Równie dobrze można orzec, że Mongolia albo – jakby to nasi politycy ujęli – Gabon jest śpiącym piłkarskim olbrzymem. Szczerze mówiąc, wszystkie kraje, w których piłka stoi słabo, w których nie ma systemu szkolenia, pracy z młodzieżą, boisk, zaplecza, pieniędzy etc., etc., to są śpiące olbrzymy. Jak wymienione i liczne inne warunki zostaną spełnione – może będzie o czym gadać. Na razie nie ma ani o czym gadać, ani zwłaszcza kogo budzić. Na razie olbrzym jest w takim letargu i w takiej śpiączce, że prawie nie żyje.