Inga Iwasiów jest literaturoznaczynią, krytykiem literackim i profesorem Uniwersytetu Szczecińskiego. Zajmuje się literaturą polską XIX. i XX. zieku z perspektywy krytyki feministycznej. Jako pisarka zadebiutowała w 1998 roku zbiorem opowiadań "Miasto-ja-miasto". "Bambino" jest jej pierwsza powieścią.



"Bambino" jest przede wszystkim powieścią założycielską, opowiadającą bolesną historię powojennego Szczecina. A jednak wielu recenzentów, interpretując pani książkę zaczyna od feminizmu....
Inga Iwasiów*:
Bo mnie kojarzy się z feminizmem. Choćby dlatego, że moja poprzednia książka, zbiór opowiadań „Smaki i dotyki”, jednoznacznie interpretowano jako feministyczną.

W tym wypadku feminizm nie jest sprawą pierwszoplanową.
Nie może być, bo w narracji nie ma miejsca na ujawnienie światopoglądu pisarki. Feminizm oczywiście tkwi w tej opowieści, w jej głębszych warstwach. Światopoglądu nie zostawia się przecież w przedpokoju, kiedy przystępuje się do pisania książki. A więc jest to przede wszystkim opowieść o kobietach. Ale z drugiej strony, jeśli spojrzeć na to z perspektywy historycznej, to kto odgruzowywał miasta polskie po wojnie? Głównie kobiety. Na wystawie fotograficznej, która dokumentowała pierwsze lata powojenne w Szczecinie, najwięcej było zdjęć kobiet z dziecinnymi wózkami, w których woziły gruzy, nie dzieci.

Pani bohaterami są m.in.: Niemka, polski Żyd, chłopak z poznańskiego i dziewczyna z Kresów. Wszyscy zaczynają nowe życie w nowym mieście. Ich losy dowodzą jednak, że biografie mieszkańców powojennego Szczecina siłą rzeczy musiały być naznaczone głęboką traumą. Tą trauma było wykorzenienie...
Niestety w to wierzę, choć nie wiem, czy to jest fatum Szczecina. Rzeczywiście, tę powieść czyta się jako szczecińską, tożsamościową. Ale przede wszystkim jest to powieść przesiedleńcza. W gruncie rzeczy chodzi o to, że w tym mieście skumulowało się doświadczenie, które jest najbardziej typowym doświadczeniem XX. wieku.

To doświadczenie pozostawało dotąd niewypowiedziane?
Przez pierwszych kilkadziesiąt lat o przesiedleniach opowiadało się w konwencji bohaterskich historii zdobywania Dzikiego Zachodu. To był ten podstawowy mit, podstawowa narracja, przy pomocy której starano się uporządkować prawdziwe doświadczenie tamtych ludzi. To mogło nawet dodawać siły. Lepiej jest być zdobywcą Dzikiego Zachodu niż ofiarą wypuszczoną z bydlęcego wagonu. Dlatego nawet dzisiaj trudno jest ludziom wydrzeć opowieść ich życia, która byłaby opowiedziana inaczej. To jest prawdziwa wyrwa w ich biograficznej świadomości. Kiedy rozmawia się z ludźmi widać, że ona w nich tkwi.

Co zatem takiego się stało, że o doświadczeniu przesiedleń nagle zaczęło się mówić w sposób otwarty?
Myślę, że działa tutaj coś, co można by nazwać biologią pamięci. W ostatnich latach życia ludzie zaczynają przypominać sobie to, co wcześniej odsunęli. Wielu z nas ma to doświadczenie w rodzinach. Niektóre historie oczywiście są dobrze znane i przy okazjach rodzinnych powtarzane wielokrotnie, ale i one nagle doznają jakiegoś przyspieszenia. Pewne szczegóły, które wcześniej nie były potrzebne czy też może po prostu o nich nie pamiętano, zaczynają wypływać na powierzchnię.


Napisanie powieści założycielskiej Szczecina okazało się możliwe dopiero teraz?
Przez całe lata nie było żadnych wielkich projektów narodowych narracji, które obejmowałyby akurat to doświadczenie. One zaczęły powstawać dopiero kilkanaście lat temu. Otworzyły się szufladki z opowieściami o rodzinach. Nie znaczy to, że w poprzednich dekadach coś takiego w ogóle istniało. Były choćby nadsyłane na konkursy pamiętniki rodzin szczecińskich. Ale kiedy się je dzisiaj czyta, wydają się trochę wypracowaniami na temat. Nie chcę powiedzieć, że są nieautentyczne, bo wtedy oceniałabym ludzi, którzy je pisali. Ale wydaje się, że świadomość tego, co wypada, a czego nie wypada, co wolno i gdzie jest limit szczerości, była w ludziach bardzo silna. Do tej pory nie odbyło się coś takiego, jak opowiadanie, które by było aktem oczyszczającym, ale też aktem pocieszycielskim.

Demitologizując historię przesiedleń, przy okazji demitologizuje też pani polską rodzinę. Wszyscy pani bohaterowie, choć pochodzą z różnych stron, wychowali się w rodzinach, w których nie ma miejsca na miłość i prawidłowe, ciepłe relacje.
Jeżeli wojna zdekomponowała świat, musiała zdekomponować też rodzinę. A w dodatku ta rodzina często z korzeniami chłopskimi, oparta na bardzo patriarchalnej tradycji, nie była idealna nigdy. Idealizowało się ją tylko w opowieściach, i to opowieściach dość naiwnych, które nie próbowały mierzyć się ze światem, a wybielały doświadczenia biograficzne. Moi bohaterowie mają bardzo dużo dobrej woli. Przynajmniej na początku, kiedy zawierają związki. Ale kiedy wydaje się, że jest lepiej, w ich życie wkracza historia, pojawia się wątek nie tylko doświadczenia wojny, które jest kluczowe dla tego pokolenia, ale doświadczenia wczesnego PRL-u.

W życiu pani bohaterów polityka stanowi jednak zaledwie tło.
Wydaje mi się, że dla każdego przeciętnego człowieka, w jego codzienności polityka jest sprawą drugoplanową. Chyba że ktoś był aktywnym działaczem, tak jak mój bohater Janek, funkcjonariusz bezpieki, który nie ma poglądów politycznych, a chce zrobić karierę. „Bambino” nie opisuje rozgrywek partyjnych, decyzji podejmowanych przez Komitet Centralny, ani rodzących się ruchów opozycyjnych, po prostu dlatego, że w życiu tych przeciętnych ludzi nie ma na to miejsca. Okaże się jednak, że nie ma w nim także ścisłej prywatności. W tym sensie to jest powieść polityczna, bo opowiada o tym, że nawet w sypialni Urszuli nie ma miejsca na spełnienie, bo przychodzi rok 68 i jej ukochany Stefan wyjeżdża z Polski.

Nie podziela pani powszechnej dziś nostalgii za PRL-em?
Drażni mnie moda na PRL, która polega na tym, że opowiadamy sobie historie, będące kondensatami rożnych dziwnych przekonań. Właściwie wszystko jedno czy mówimy o okresie stalinowskim czy o latach 80., to wszystko jest do siebie podobne. I wszystko może być przedmiotem zabawy, bo PRL był właściwie śmieszny - posługiwaliśmy się niesprawnymi urządzeniami, oszukiwaliśmy władzę, a wszystko było na miarę śmiechu. Nie podoba mi się taka wersja historii.