"Aktor"

Wywiad-rzeka Michała Komara z Wojciechem Pszoniakiem

Wyd. Wydawnictwo Literackie 2009




Można powiedzieć patetycznie – Wojciech Pszoniak nosi piętno swych wielkich ról. Moryc Welt, Robespierre, Korczak, kreacje w spektaklach Konrada Swinarskiego, Andrzeja Wajdy, Zygmunta Hubnera. Całkiem zasłużone miano artysty wybitnego, jednego z wielkiej trójki z „Ziemii obiecanej” – tych, dla których Polska stała się za ciasna, więc stanął przed nimi otworem najpierw francuski teatr i film, potem cała Europa.

Można powiedzieć prościej – oszałamiający sukces Pszoniaka uczynił z niego niewolnika. Znaczenia wymienionych już ról nikt nie mógł kwestionować, błyskawicznej kariery i zagranicznych splendorów również. Tyle tylko, że przynajmniej z polskiej perspektywy kogoś, kto polskie kino i teatr obserwuje mniej więcej od dwóch dekad była to wielkość raz zdobyta i na zawsze zadekretowana. Legendarne przedstawienia Swinarskiego („Klątwa”, „Sen nocy letniej”, „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”) to jest końcówka lat 60. i początek 70., „Biesy” Wajdy – rok 1971, jego „Sprawa Dantona” – 1975, „Lot nad kukułczym gniazdem” w reżyserii Hubnera powstał dwa lata później, kiedy po „Ziemi obiecanej” Pszoniak był u absolutnego szczytu formy. A potem? Genialny Robespierre w „Dantonie” Wajdy, rozjaśniony wewnętrznym światłem, po ludzku heroiczny doktor Korczak z jego późniejszego filmu.

Sensacją stał się jego powrót do warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie zagrał tytułowego Garderobianego w sztuce Ronalda Harwooda, inscenizowanej przez Hubnera. A jednak tam po raz kolejny można się było przekonać, bardziej od ruchu uwagę przykuwa trwanie, a słowa przegrywają z milczeniem. Sira grał bowiem Zbigniew Zapasiewicz i chociaź obu znakomitych wykonawców połączyło szlachetne partnerowanie, właśnie do niego należał przde wszystkim ten seans. A potem ileś ról z razdka głównych, a częściej drugiego planu, które oglądało się z satysfakcją, ale i świadomoscią, że dla artysty klasy Wojciecha Pszoniaka są jak strzepnięcie kurzu z marynarki.

W kinie w „Bajlandzie” Dederki, w „Nadziei” Muchy, ostatnio w „Mniejszym złu” Morgensterna. W teatrze sprawa jest bardziej skomplikowana. Pamiętam z jaką lekkością i wyczuciem specyfiki francuskiej wyrafinowanej farsy wcielił się Pszoniak w Pignona – owego dobrodusznego idiotę z „Kolacji dla głupca” w warszawskim Ateneum. To była wyższa szkoła jazdy. Widziałem potem w tej samej partii w filmie „Plotka” świetnego Daniela Auteila – Pszoniak z pewnością nie był gorszy. Potem zaś przyszedł „Belfer”, monodram, z którym aktor zjeździł pół Polski. Popis czysto gwiazdorski, zdawało się, że dawny Robespierre marnuje talent i siłę na błyskotki pośredniego gatunku, w dodatku do cna jest zachwycony władzą nad zakochaną w nim, przybyszu z paryskich salonów, publicznością. Apetyty wzbudzil udział Pszoniaka w „Waszej ekscelencji” Dostojewskiego, przygotowanej przez Izabelę Cywińską we Współczesnym. Tym razem mocy zabrakło całemu przedstawieniu, a aktor skupił się na technicznych trickach, jakby na oczach widzów ćwiczył zdolność scenicznej transformacji.


Wreszcie niedawny wieczór poświęcony Mrożkowi we Współczesnym i Pszoniak czytający listy Adama Tarna. Może to tylko złudne wrażenie, ale robił to z mniejszą jakby siłą niż wcielający się w rolę Mrożka Andrzej Zieliński. Zatem zadyszka?

Nie, to nie to. Powiem uczciwie, po wydanej właśnie książce „Aktor”, czyli rozmowie-rzece, jaką z Pszoniakiem przeprowadził Michał Komar, nie obiecywałem sobie zbyt wiele. To będzie pomnik wzniesiony samemu sobie, manifestacja samozadowolenia rozpieszczonego artysty, potok, słow gładkich i niewiele znaczących – przypuszczałem. Zdziwiłem się. Po lekturze „Aktora” Wojciech Pszoniak wydaje mi się twórcą, który sam dla siebie pozostaje zagadką. Owszem, zna własne miejsce w szeregu i jest o sobie dobrego zdania, ale nie zwalnia go to z obowiązku trzeźwej samooceny. Nasz ogląd jego dokonań nie może być pełny, bowiem nie znamy przecież francuskich ról aktora. Nie powstawały jak największe kreacje na świeczniku Comedie Francaise i nie odwiedzały Polski. A jednak pozycja Pszoniaka w tamtejszym obiegu jest niepodważalna, nigdy nie skarżył się na brak propozycji.

„Aktor” próbuje odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule książki: czym mianowicie jest aktorstwo? Czyni to poprzez anegdoty, opisy sposobu pracy Swinarskiego, Wajdy, Hubnera, a więc tych twórców, którzy dzisiejszeego i dawnego Pszoniaka ulepili. Odpowiedzi te nie są być może odkrywcze, nie jest to rzecz na miarę „Spotkań teatralnych” Tadeusza Łomnickiego ani „Pejzażu” napisanego przez Maję Komorowską i Barbarę Osterloff. Jednak już one wystarczają, by zadać kłam powszechnemu przekonaniu, że aktorska konsekracja wcale nie przyszła Pszoniakowi łatwo, że okupiona była zwątpieniami, chwilami słabości, a czasem wykuta zwykłym sprytem.

Dlatego portret bohatera zaskakuje, wymyka się efektownie brzmiącym formułkom. Po „Aktorze” inaczej patrzy się na aktora Pszoniaka. Sukces przestaje mieć tak słodki smak, a sam Wojciech Pszoniak wydaje się artystą niedokończonym, wciąż czekającym na powtórne szanse, powtórkę z Wierchowieńskiego, Puka, Korczaka. Nie wiem, czy o to chodziło bohaterowi „Aktora”, ale jego opowieść o sobie samym układa mi się w portret artysty niespełnionego. Tak czy inaczej przynosi to satysfakcji. Każe na nowo otwierać sztukę Wojciecha Pszoniaka, wierzyć, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.