O Magdalenie Samozwaniec czytelnicy zaczynają przypominać sobie dopiero od niedawna. Jeszcze parę lat temu, jeśli ktoś w ogóle o niej słyszał, znał ją przede wszystkim jako siostrę Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i córkę Wojciecha Kossaka...
Rafał Podraza: Rzeczywiście, od 2007 roku, kiedy wyszła moja pierwsza książka „Magdalena, córka Kossaka” nastąpił renesans twórczości Samozwaniec. W przeciągu dwóch lat ukazało się wiele wznowień i szykują się kolejne, a Polacy znów coraz chętniej ją czytają. Cieszę się z tego, bo ludzie potrzebują uśmiechu, a książki Samozwaniec, która słusznie przez krytyków była nazywana pierwszą damą polskiej satyry, to zapewniają. Coraz więcej młodych czytelników zaczyna interesować się pisarką i to nie tylko za względu na Marię Pawlikowską-Jasnorzewską czy Wojciecha Kossaka. Przez jej książki odkrywają, że to fajna, równa babka.

37 lat od jej śmierci ukazuje się zupełnie nowa, niepublikowana dotąd książka. Jak do tego doszło?
Przeglądając materiały po Magdalenie zdeponowane w rodzinnych archiwach, zupełnie przypadkiem trafiłem na pożółkły maszynopis. Gdy zacząłem go czytać, uświadomiłem sobie, że nigdy nie widziałem tego w formie książki. Z dopisków na marginesach wywnioskowałem, że prawdopodobnie miały to być gawędy radiowe. Parę wspomnień w książce się powtarza, są odwołania też do „Marii i Magdaleny” czy „Zalotnicy niebieskiej”, ale wiele rzeczy jest zupełnie nowych. Fragmenty typowo powojenne: o kobietach, o relacjach damsko-męskich czy gawęda o filmie przedwojennym to istne perełki. Pomyślałem: czemu tego nie wydać, skoro takie ciekawe?

Część wspomnień to przede wszystkim barwnie nakreślony portret minionej epoki. Ale niektóre spostrzeżenia, jak te doczyczące przemian obyczajowych, wciąż wydają się niezwykle trafne.
Samozwaniec potrafiła umiejętnie filtrować rzeczy stare i łączyć je z nowymi. Mnie najbardziej urzekły rady, co powinna zrobić kobieta, żeby utrzymać męża i w drugą stronę – co powinien zrobić mężczyzna, żeby nie stracić żony. To wszystko okazuje się dziś bardzo aktualne!


Magdalena Samozwaniec nie byłaby sobą, gdyby przy okazji nie wykpiła kilku kobiecych przywar. Naśmiewa się na przykład z leciwych pań, które próbują ubierać się jak lolitki.

Mówiła, że kobiety kocha miłością wielką, bo najpiękniejszy okaz tego gatunku widzi codziennie rano w lustrze. Poświęciła kobietom trzy książki i nieźle, także pod względem finansowym, na tym wyszła. Czasem musiała się miarkować w swoich opiniach, by nie narazić się wiernym czytelniczkom. Z drugiej jednak strony to właśnie za tę ciętość i bezkompromisowość w poglądach kobiety ją kochały.

Była skandalistką i prowokatorką, a przez to nie wszyscy za nią przepadali. W jakich kręgach miała najwięcej wrogów?
Na pewno nie lubili jej arystokraci. Wręcz jej nie cierpieli po „Błękitnej krwi”, w której obnażyła całą hipokryzję ponującą wśród wyższych sfer. Kraków też ją tępił i – co ciekawe – do tej pory o Samozwaniec w niektórych krakowskich kręgach nie wypada mówić! Choć blisko 40 lat po jej śmierci może się to wydawać dziwne.

Kiedyś w radiu śmiertelnie obraziła Hankę Bielicką, choć zreflektowawszy się, przysłała przeprosinowe kwiaty. Często zdarzało jej się przesadzić z ciętością wypowiadanych uwag?
Może nie obraziła, a wyeksponowała w krzywym zwierciadle jej szczególne cechy. Wojciech Kossak uczył swoje córki, że powinny mówić głośno to, co myślą, a nie to, co wypada powiedzieć. Madzia wcielała w życie tę zasadę nagminnie. Zanim pomyślała, już zdążyła powiedzieć. Tak było na przykład z Niną Andrycz. Premierowa na jakimś bankiecie bardzo żałowała, że nie żyje już Wojciech Kossak, bo miałaby – na pewno – w sypialni piękny portret z konikiem w tle. Na co Magdalena zripostowała, że portret konika byłby na pewno, ale czy obok znalazłaby się postać Andrycz, to już nie byłaby taka pewna, gdyż Tatko malował TYLKO ładne kobiety... Powiedzieć coś takiego żonie premiera, było oczywiście wielkim skandalem, ale Samozwaniec nie miała z tym problemu. Jak podejrzewam, wiedziała, że może sobie na wiele pozwolić.


Nawet w czasach nowej władzy?
Władze komunistyczne trochę się bały ją atakować. Po pierwsze miała wielu wysoko postawionych przyjaciół, a po drugie, była ostatnim chodzącym reliktem okresu przedwojennego. Jawny atak na Magdalenę Samozwaniec, córkę Kossaka, mógłby zostać przez ówczesne społeczeństwo odebrany jako atak na tamten ład i porządek. Oczywiście władze robiły jej inne problemy – blokowały wydanie paszportu albo ograniczały nakłady książek.

W „Pamiętniku niemlodej już mężatki” autorka z wielkim sentymentem opisuje czasy przedwojenne i lata spędzone w rodzinnej Kossakówce. W czasie wojny straciła nie tylko oboje rodziców, ale i ukochaną Lilkę. Siostrzana relacja pomiędzy Marią a Magdaleną wydaje się szczególna.
Zawsze były we dwie. Wychowywane razem, wszędzie jeździły razem, razem płakały przez swoich mężów i razem z nich się naśmiewały. Kiedy Lilka zmarła na obczyźnie, Magdalena zaczęła ją trochę gloryfikować. Poświęciła jej dwie książki „Marię i Magdalenę”, a potem „Zalotnicę niebieską”, którą pisała, będąc już ciężko chorą.

Czyli możemu powiedzieć, że to Samozwaniec wypromowała poezję Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej po II wojnie światowej?
Wyłącznie ona! Po wojnie, w Polsce Ludowej, Lilka była personą non grata. Powód: wyemigrowała do Londynu, zamiast zostać w kraju. A w nowej Polsce nie było miejsca dla takich poetek. Zapomniano, że Jasnorzewska musiała uciekać z kraju, bo za swoje antyhitlerowskie teksty zostałaby rozstrzelana! Magdalena wiedziała, że poezja jej siostry jest niemile widziana w nowym ustroju, uruchamiała więc literackie znajomości: Broniewskiego, Przybosia, Tuwima, a przez Iwaszkiewicza uderzała do Putramenta, który był wówczas decydentem w kwestiach wydawniczych. Naciskała, żeby pozwolił wydać tomik wierszy Pawlikowskiej. Dopięła swego. Z drugiej strony Magdalena Samozwaniec po wojnie miała wyłączność na Pawlikowską. Stąd tak mało dzisiaj wiemy o poetce, bo ci, którzy znali ją dobrze, woleli nic o niej nie pisać, by nie narazić się na ataki ze strony jej siostry. Przez to w naszej świadomości pozostał przesłodzony obraz Pawlikowskiej, jaki Magdalena nakreśliła w swoich książkach. Pisarka bowiem skutecznie zatykała usta wszystkim, którzy mogliby powiedzieć coś krytycznego o Lilce.

Dzięki siostrze Pawlikowską uznano w końcu za jedną z najważniejszych poetek dwudziestolecia między wojennego. Tymczasem o Samozwaniec zapomniano...
To ironia losu. Ale mam wrażanie, że dzięki mojej pierwszej książce w końcu zaczynają iść ramię w ramię.