"Rozejm" (oryg. "La tregua")
Primo Levi
przeł. Krzysztof Żaboklicki
Wydawnictwo Literackie 2009
Ocena 5/6



Trzy wydane po sobie książki Primo Leviego pojawiają się w dziwnym momencie. Herlinga-Grudzińskiego czyta się dziś głównie w szkołach i – jak z lekturami bywa – najczęściej z przymusu. Sołżenicyn przypomniał o sobie w momencie własnej śmierci. Mało kto pamięta, co to była Kołyma. Po latach spolszczoną wielką powieść Grossmana „Życie i los” też zauważyli nieliczni. Któż by dziś myślał o obozach, zagładzie. Skoro śmierć jest tematem passé, niemodne będzie czytanie o eksterminacji. Trzeba do przodu, a nie patrzeć w tył.

Nie piszę tego jako nieskażony myśleniem większości idealista. Ja też lubię, kiedy lektura sprawia radość. A jednak utwory Leviego traktuję jako coś więcej niż czytelniczą przygodę. Ile razy trafiają nam do rąk dzieła do tego stopnia zrośnięte z życiem autora? Czy jakiekolwiek inne książki w podobnej mierze zasługują na miano świadectwa?

Kolejne tomy trylogii trafiają do nas w niewłaściwej kolejności. Najpierw dostaliśmy „Pogrążonych i ocalonych” – rzecz uważaną za testament intelektualny autora, ostateczne rozliczenie z Auschwitz i własnym naznaczeniem piętnem obozu. Potem mieliśmy „Czy to jest człowiek” – pisaną ledwie dwa lata po zakończeniu wojny suchą i drobiazgową relację z roku życia w lagrze. Teraz trafia do Polski „Rozejm”, uznany za najlepszą literacko pozycję w dorobku Leviego. To jest z kolei opowieść o wyzwoleniu obozu i gehennie powrotu do turyńskiego domu autora. Opis tułaczki po spustoszonej wojną Polsce, a potem podróży przez kolejne obce kraje, która po 35 dniach miała zakończyć się u upragnionego celu. Tyle że nic już nie było jak dawniej.


Trudno określić styl Leviego, chociaż tak dobrze zapamiętany z dwóch poprzednich książek. Powiedzieć, że jest suchy, to nie powiedzieć nic. Wiadomo, autor „Pogrążonych i ocalonych” programowo wstrzymuje się od osądów, nie formułuje oskarżeń, nikogo też przesadnie nie wybiela. W swych relacjach interesuje go sam zapis ludzkiego życia na dnie – tak było choćby w „Czy to jest człowiek”. „Rozejm” zmienia w tej kwestii niewiele. Kolejne etapy podróży ku wolności prowadzą do nieuchronnego wniosku, zgłębianego przez Leviego przez całe poobozowe życie. Po Auschwitz wolność nie istnieje, sprowadzony do garści instynktów haftling nr… pozostanie tym samym haftlingiem. Powrót z piekła do pełnoprawnej egzystencji nigdy nie będzie możliwy. Nagość upokorzenia, znój katorżniczej pracy, strach bliskiej selekcji, niewiara w pomyślny koniec pozostaną z nim do kresu. Jakby powiedział Beckett, któremu w paradoksalnie czułej oschłości Levi jest bliski – nic się nie da zrobić.

Także dlatego rozgrywający się w przeważającej części poza drutami obozu „Rozejm” jest książką może jeszcze bardziej wstrząsającą od pozostałych tomów trylogii. To prawda, bywa nawet zabawny, a pisarz z biegłością doskonałego reportera i zaskakującą autoironią wychwytuje groteskowe epizody długotrwałej wędrówki. Pije się tu, flirtuje nawet z dziewczynami, udaje, że cieszy odzyskaną wolnością. Wybuchem pokoju, co wydawał się niemożliwy. Jednak „Rozejm” wychyla się w przyszłość, a ta została unicestwiona przez Auschwitz.

Dlatego czytam Leviego ze ściśniętym gardłem. Mniejsza o doskonałą suchość jego książek. Liczy się, że pisanie dało mu powód do życia. Chociaż na koniec i tak się zabił. „Zmarł po 40 latach w Auschwitz” – powiedział Eli Wiesel.