LUCKY LUKE: Szyny na prerii. Lucky Luke kontra Joss Jamon. Kuzyni Daltonów"
scenariusz: Rene Goscinny
ilustracje: Morris
Wyd. Egmont Polska 2009
Ocena 5/6



Ludzkim Luckiem nazwał Lucky Lucke’a nieoceniony Tytus (w księdze XII, czyli opowieści o Operacji „Bieszczady”). Komiks jest więc w Polsce dobrze znany – pierwsze odcinki ukazały się jeszcze w latach 60. na łamach magazynu „Na przełaj”. Nigdy jednak seria nie doczekała się pełnego wydania, choć dotychczas ukazało się 19 (z 73 opublikowanych w oryginale) zeszytów. Nowy album – zbierający w jednym tomie trzy odcinki przygód Luke’a: „Szyny na prerii”, „Lucky Luke kontra Joss Jamon” oraz „Kuzyni Daltonów” – powoli zaczyna wypełniać braki w polskiej edycji. Do pełni szczęścia jeszcze daleko, ale to krok w dobrym kierunku.

Wydany właśnie tom zgromadził odcinki dla rozwoju serii kluczowe – to pierwsze trzy albumy, do których pod koniec lat 50. napisał scenariusze Rene Goscinny, twórca Mikołajka i Asteriksa. Lucky Luke zaistniał na komiksowym rynku już wcześniej – pierwszy tom został opublikowany w 1949 roku, a prasowe historyjki jeszcze dwa lata wcześniej – ale wówczas był autorskim dziełem belgijskiego rysownika Morrisa. Jednak dopiero gdy Morris rozpoczął współpracę z Goscinnym, seria o Luke’u nabrała rumieńców.




Co prawda w pierwszych częściach nie znajdziemy jeszcze wielu elementów, które stanowią o niepowtarzalnym charakterze komiksu: Lucky Luke wygląda tu inaczej niż w późniejszych tomach, a koń Jolly Jumper nie kontruje jego przemyśleń cynicznymi komentarzami, nie ma także ciapowatego psa Bzika. Są za to bracia Daltonowie, finałowa piosenka „I’m a poor lonesome cowboy” oraz zabawna żonglerka westernową ikonologią i zgrabne nawiązania do filmowej klasyki. Ale krzywe zwierciadło, w którym odbija się Dziki Zachód, wcale nie zmusza Goscinnego do unikania trudnych tematów. Zachodnie rubieże Ameryki w „Lucky Luke’u” to – mimo komediowej fasady – wciąż kraina bezprawia i zbrodni, fortun budowanych na cudzej krzywdzie i nieustannej walki między Dobrem i Złem.

Wielu czytelników może uznać to za herezję, ale uważam cykl o Lucky Luke’u za lepszy od przygód Asteriksa. Jest spójniejszy, mniej brawurowy, mniej nachalnie epatujący nawiązaniami do współczesności, za to pozwala na więcej refleksji – o ile komiksy o dzielnych Galach przypominały rozpędzony (na dodatek wspomagany magicznym napojem) pociąg, o tyle akcja w albumach o Luke’u z reguły posuwa się w tempie galopującego przez prerię konia. Lucky Luke miał też więcej szczęścia – po śmierci Goscinnego serial o Asteriksie stoczył się po równi pochyłej.
Autorom, którzy zastąpili twórcę „Mikołajka” przy pracy nad „Lucky Lukiem”, udało się utrzymać w miarę równy poziom całej serii, kontynuowanej do dziś, choć osiem lat temu zmarł także Morris. 73. album serii ukazał się na francuskim rynku rok temu i nic nie wskazuje, żeby cykl miał zmierzać ku końcowi. W końcu kto byłby w stanie pokonać Lucky Luke’a – rewolwerowca, który strzela szybciej od własnego cienia.