"Mały Książę"
Joann Sfar
na podst. Antoine'a Saint-Exupéry'ego
Wyd. Znak 2009


Autor "Kota rabina" i "Klezmerów" jest jednym z najbardziej utalentowanych i pracowitych twórców komiksowych, cieszącym się zasłużoną sławą nie tylko w rodzimej Francji.

Nic więc dziwnego, że spadkobiercy Antoine’a de Saint-Exupery’ego zwrócili się właśnie do niego z prośbą o stworzenie komiksowej wersji słynnej baśni. Któż inny mógłby oddać jej głębię, specyficzną atmosferę i poetycką aurę, jeśli nie autor wykorzystujący w swojej twórczości wszelkie magiczne motywy od golemów po wampiry, nielękający się najtrudniejszych filozoficznych treści i posługujący się oryginalną, nieco oniryczną, a przy tym ciepłą kreską?

Strona plastyczna dziełka Sfara jest doskonała. Mały Książę nabrał życia i wyrazu, czytelnik od razu tonie w jego wielkich błękitnych oczach, a wykreowany przez Sfara świat pozostaje jednocześnie realistyczny i bajkowy. Lis i Róża zyskują formę idealną, trudno wyobrazić sobie doskonalszą. Pojawia się też postać autora narratora, której Sfar nadał oczywiście rysy Saint-Exupery’ego... i tu coś zaczyna się psuć.


Obrazowa dosłowność odbiera tej wspaniałej baśni o przyjaźni, stracie i tęsknocie uniwersalność. Niedomówienie zawsze pozostawia większe pole do popisu dla wyobraźni, pozwala nam dowolnie wypełniać zarysowane przez autora książki ramy.

Ponadto zwarta narracja rozłożona na komiksowe kadry staje się rozwlekła i nie budzi tak wielkich emocji jak lektura książki. Słynne cytaty, łącznie z wygłaszaną przez Lisa maksymą, że ȁE;dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczuȁD;, brzmią ckliwie i wręcz podejrzanie, jak z newage’owego poradnika. Komiksowe medium okazuje się w tym przypadku bardzo nieporadne.

Czy to znaczy, że "Mały Książę" Sfara jest dziełem całkowicie nieudanym? Na pewno nie, jednak w żaden sposób nie może zastąpić oryginału, choć stanowi jego piękne plastyczne dopowiedzenie. Czytajmy więc Sfara razem z Saint-Exuperym, a nie zamiast niego.