W gronie trzech wieszczów czeskiej prozy drugiej połowy XX wieku Josefovi Szkvoreckiemu przypadła rola Zygmunta Krasińskiego. Tak się złożyło, że - podobnie jak Krasiński przy Mickiewiczu i Słowackim - Szkvorecky (rocznik 1924) w trójcy z Kunderą i Hrabalem pełni rolę dopełniającą. To oczywiście absurd, wynikający z ludzkiej potrzeby porównywania rzeczy nieporównywalnych. Dość powiedzieć, że polska literatura nie dorobiła się po II wojnie prozaika choćby w części tak wybitnego i wszechstronnego jak autor "Przypadków inżyniera ludzkich dusz" (debiutujących w czasach dwudziestolecia Gombrowicza i Iwaszkiewicza tu nie wliczam).



Rozrywka dla koneserów

Choć twórczość Josefa Szkvoreckiego jest u nas obecna od lat, nigdy nie zaistniała - to nadal wyrafinowana rozrywka dla koneserów i pewnie nawet nagroda Angelusa niewiele w tej kwestii zmieni. Na czym więc polega ów fenomen nieprzenikalności prozy Szkvoreckiego? Przez lata za autorem "Fajnego sezonu" ciągnęła się fama twórcy silnie osadzonego w lokalnym kontekście, co miałoby skutkować nieprzekładalnością jego prozy. To jednak nieprawda: Szkvorecky jest najbardziej amerykańskim z czeskich pisarzy; czytając jego książki, czuje się i Faulknera, i Hemingwaya, i J.D. Salingera, nie wspominając już o przenikającej te teksty głębokiej fascynacji jazzem.


Skandal czułego spojrzenia

Prawdopodobnie mówimy więc po prostu o niezbyt fortunnym zbiegu okoliczności – zwłaszcza że biografia Szkvoreckiego nieźle nadaje się do budowania legendy. Już jego powieściowy debiut "Tchórze" wydany w Czechosłowacji w 1958 roku, ale napisany dekadę wcześniej, wywołał skandal. Rzecz jednak nie w tym, że ta świetna książka "demaskowała asekuranctwo czeskiego mieszczaństwa pod koniec wojny", jak brzmi hasło z polskiej Wikipedii. Za pomocą tragikomicznych "Tchórzy" Szkvorecky zadeklarował brak zainteresowania fałszywym kultem bohaterów, odarł wojnę z patosu, wyśmiał stalinowską estetykę, a przede wszystkim powiedział w imieniu swojego pokolenia, że nie da sobie odebrać radości życia, że nie godzi się na jej upolitycznienie.

Poczynając od "Tchórzy", autor pisze zresztą coś w rodzaju fabularyzowanej quasi-autobiografii, układającej się w cykl wybitnych powieści z jego alter ego, Dannym Smirzickim. Zwieńczeniem tego cyklu (w skład którego wchodzą też "Batalion czołgów", "Cud" i "Fajny sezon") są właśnie nagrodzone Angelusem dygresyjne i improwizowane "Przypadki inżyniera...". (Dodajmy, że w 2004 roku ukazały się "Zwykłe życia", faktyczne zakończenie serii).


Giedroyc po czesku

Powieści Szkvoreckiego - przy całym swoim amerykańskim luzie - są zresztą kwintesencją ironicznego i czułego spojrzenia na losy człowieka urodzonego w kiepskich czasach w środku Europy. Kiedy wspominamy o "czeskim humorze", to w gruncie rzeczy mówimy właśnie o Szkvoreckim, z jego umiejętnością podkreślenia roli potocznego, banalnego, często rozpaczliwego człowieczeństwa w każdych - nawet najtragiczniejszych - okolicznościach politycznych czy społecznych.

W dwóch kwestiach autor "Batalionu czołgów" zdecydowanie odróżnia się od swoich znakomitych towarzyszy z panteonu czeskiego pisarstwa. Jest kimś w rodzaju czeskiego Jerzego Giedroycia: po emigracji w 1969 roku osiadł z żoną w Toronto, gdzie wspólnie założyli wydawnictwo ’68 Publishers i opublikowali ponad 200 książek, które nie mogły ukazać się w reżimowej Czechosłowacji.


Milan Kundera w swojej najnowszej książce "Spotkanie" pisze z wdzięcznością: "Naród czeski nie narodził się (parokrotnie) z militarnych podbojów, lecz dzięki literaturze. (...) Mieszkałem w Paryżu i serce mojego rodzinnego kraju biło dla mnie w Toronto".

Po drugie pisarz rodem z Nachodu przejawia wielkie upodobanie dla kultury popularnej. Jest bowiem znawcą literatury kryminalnej (i autorem paru powieści detektywistycznych), a także znakomitym teoretykiem i historykiem filmu. To widać w jego książkach: nie ma w nich śladu wystudiowania, są tak bliskie codziennego życia, jak tylko się da. Jeśli szukacie czeskiego kina w książkach, to znajdziecie je u Szkvoreckiego.