O utopii - definiowanej jako społeczną imaginację „szczęścia wyobrażonego”, „kraju, którego nie ma”, „ideału” - myśli się dziś inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Nowoczesną tożsamość przenikają co najmniej dwa zasadnicze wyobrażenia. Pierwsze z nich to utopia budowania własnego ja. Dotycząca - co bardzo istotne i warte podkreślenia - nie społeczeństwa, ale przede wszystkim jednostek. Budowanie owego ja może odbywać się na różnych poziomach: psychologicznym lub cielesnym, a zawsze ma być wyrażeniem jakiejś wykoncypowanej „naturalności” czy „autentyczności”. Jak wskazuje w swojej najnowszej książce wybitny niemiecki filozof Peter Sloterdijk, utopia ta najczęściej połączona jest z okrzykiem: „musisz zmienić swoje życie!”, rozumianym na najróżniejsze sposoby. Musisz wyzwolić się spod presji innych, odchudzić się (dopasować do telewizyjnych kanonów piękna), osiągnąć wewnętrzne szczęście, przestać jeść mięso… Ta wizja to nic innego jak upowszechniona wiara w zbawienne oddziaływanie postfreudowskiej psychoanalizy.

Drugie, zupełnie świeże wyobrażenie, to utopia bądź antyutopia ekologiczna. Klasyczne wyobrażenia umieszczały utopię zwykle gdzieś poza znaną przestrzenią i czasem, nie tłumacząc, w jaki sposób można ją zbudować. (Anty)utopia ekologiczna zakłada, że nowe społeczeństwo zostanie zbudowane w następstwie bliżej nieokreślonej katastrofy naturalnej. Efekty tego myślenia widać choćby w opublikowanej właśnie „Ślepej wierze” Bena Eltona (patrz rec. poniżej). Innymi dobrymi przykładami są kinowe hity z ostatnich lat: „Ludzkie dzieci” czy „12 małp”. Podobne elementy zawiera także ostatnia katastroficzna superprodukcja „2012”. Cóż, w dobie kryzysu finansowego trudno o myśl przyjemniejszą niż ta, że największe kataklizmy przyniesie ze sobą wcale nie ludzka działalność, ale niezależne od naszej woli siły natury.


Najlepszy ustrój państwa

Utopie mają jednak również swoją historię jako gatunek filozoficzno-literacki. Od setek lat stanowią nie tyle przedmiot zabawy humanistów, ale raczej pewną tradycję wprawiania w ruch wyobraźni socjologicznej. Miały pozwalać na stworzenie swoistego „eksperymentu”, polegającego na opisaniu rzeczywistości z definicji nieistniejącej. Ich celem była zwykle próba zdiagnozowania społeczeństwa, w którym przyszło żyć autorowi.

Przyczynkiem do nadania nazwy całemu gatunkowi stał się nieco przydługi tytuł dziełka Thomasa More’a z 1516 roku „Książeczka zaiste złota i niemniej pożyteczna jak przyjemna o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii”. Szybko zaczęto wskazywać również na wcześniejsze utopie, z których za pierwsze uznano „Państwo” Platona. Powstawały też liczne nowe utopistyczne socjofikcje. Po tekście Morusa do najbardziej znanych można zaliczyć „Państwo Słońca” Tommasa Campanelliego czy „Nową Atlantydę” Francisa Bacona.

Najbardziej intensywnym pod względem obecności utopii stuleciem był jednak wiek XX. Nie tylko opublikowano liczne książki, takie jak „Na białym kamieniu” Anatola France’a, „Ludzie jak bogowie” Herberta George’a Wellsa czy „Walden Two” Burrhusa Frederica Skinnera. Za każdą rewolucją w tym niespokojnym stuleciu stała jakaś utopia. Czas ów przyniósł również w obrębie gatunku swoisty zwrot. Stopniowo coraz większą sławę zyskiwały te wizje, których autorzy w realizacji utopii widzieli bynajmniej nie największe szczęście, lecz wręcz przeciwnie: bliskie i realne niebezpieczeństwo. Tak pojawił się nurt antyutopii, z których najsłynniejsze to z pewnością „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya, „My” Jewgienija Zamiatina, „Pożegnanie jesieni” Stanisława Ignacego Witkiewicza, „Rok 1984” George’a Orwella i „451 stopni Fahrenheita” Raya Bradbury’ego. Klasyczne utopijne wizje traciły wiarygodność i wydawały się naiwne.


Utopia zrealizowana

Dlaczego tak się stało? „Przychodzą mi do głowy dwa powody – pisał badacz utopii Chad Walsh. – Jednym jest niepowodzenie utopii, drugim jej sukces”. I rzeczywiście. Często twierdzono, że antyutopie zrodziły się z rozczarowania panującą co najmniej od czasów Oświecenia ideą postępu. Widząc, że nauka i technologia nie są władne uczynić naszego świata perfekcyjnym, zajęto się, jak pisał wybitny znawca i twórca antyutopii Stanisław Lem, „prezentacjami wykolejeń i zwyrodnień” dawnych ideałów. Jeszcze bardziej przekonująco brzmi wytłumaczenie, że na zwątpienie w wielkie wizje wpłynęło europejskie doświadczenie utopii zrealizowanej – totalitaryzmu. Wobec totalitarnych zbrodni i ich bezprecedensowej eskalacji podczas II wojny światowej, w łagrach i obozach śmierci, nawet Huxley i Zamiatin wydawali się, by użyć metafory Hannah Arendt, dziećmi błądzącymi w ciemnościach. Dotychczasowe przekonania w najpoważniejszy sposób podkopała sama rzeczywistość.

Konkluzja, że w takim razie XXI-wieczna ludzkość nareszcie wyleczyła się z naiwności i zaprzestała myślenia utopijnego, byłaby jednak przedwczesna. Przypomnijmy sobie symboliczny początek wieku XXI – nie materialny, w postaci przełomu demokratycznego w państwach komunistycznych, ale ten, który dokonał się w dziedzinie idei. Pewien szerzej jeszcze wówczas nieznany amerykański politolog opublikował esej zatytułowany „Koniec historii”. Francis Fukuyama – bo o niego właśnie chodzi – twierdził, że skoro komunizm upadł, świat prędzej czy później powinien doczekać się ostatecznego zwycięstwa liberalnych demokracji. Teza politologa z Waszyngtonu spotkała się z ostrą krytyką. Zarzucano mu przede wszystkim krótkowzroczność, zachodocentryzm i nienaukowość. Jednak tylko niewielu zwróciło uwagę na to, co w rozumowaniu Fukuyamy było o wiele bardziej szokujące. Oto po zamknięciu się wieku XX – stulecia „koszmaru utopii zrealizowanej” – myślenie utopijne miało się zupełnie dobrze!


Uprościć i wyidealizować

Jak to możliwe? Wyśmienitą odpowiedź proponuje wybitny polski znawca utopii Jerzy Szacki. Wskazuje on bliskie pokrewieństwo utopii i antyutopii będące w istocie pokrewieństwem sposobów widzenia świata. Utopizm – twierdzi autor „Spotkań z utopią” – polega, jak się wydaje, na tym, że świat rozpatrywany jest jako rozszczepiony na dobro i zło, bez światłocieni. W utopiach pozytywnych daje się sumaryczne ujęcie cech doskonałego społeczeństwa; w utopiach negatywnych – równie sumaryczne ujęcia społeczeństwa złego, jakie mogłoby zaistnieć lub jest bliskie zaistnienia. A zatem, zarówno utopie, jak i antyutopie, oparte są na tym samym – w istocie błędnym – zabiegu myślowym: uproszczeniu i wyidealizowaniu.

Biorąc pod uwagę rozpowszechnione współcześnie społeczne wyobrażenia utopii nowoczesnej, można powiedzieć, że wciąż opanowani jesteśmy swoistą nostalgią za tego rodzaju ideałami. W końcu, „aby działać, ludzie potrzebują urzeczenia niemożliwym” – pisał Emil Cioran. Chciałoby się powiedzieć: niestety. Być może bowiem czas wreszcie nauczyć się, że nowych wielkich (anty)utopii lepiej w ogóle nie tworzyć. Lekcja przeszłości, jaką przyniósł wiek XX, wciąż jest jeszcze silna. A z niej wynika prosta prawda: wyobrażenia o ideale mogą się różnić nie tylko w obrębie jednego kontynentu, ale też jednego kraju. Nie istnieją żadne arbitralne kryteria, które pozwalałyby stwierdzić, który sposób na realizowanie szczęścia jest właściwy. Dlatego nie warto narażać innych na przemoc i ból w imię własnych wyobrażeń.