Mimo 15-stopniowego mrozu jest pan wierny martensom, w które ubrał pan także Nikę, główną bohaterkę swojej słynnej sagi.
Rafał Kosik: Bo to dobre buty. Od razu uprzedzę kolejne pytanie – firma Martens mi nie płaci.

Nawet za to, że Nika paraduje w martensach na okładkach wszystkich tomów serii?
Nie dostałem od nich złamanego grosza. Nie widzę nic złego w uprawianiu product placement rzeczy dobrej jakości w książkach, ale to nie działa. Na razie żadna firma nie chce tego robić.

Inaczej niż w literaturze, w kinie product placement to codzienność. No właśnie, a na jakim etapie są prace nad filmem według przygód Feliksa, Neta i Niki?
To się ciągnie od czterech lat, ale jest na dobrej drodze do finału. Tyle że to są dwie sprawy – wygrałem polsko-włoski konkurs scenariuszowy na serial dla młodego widza i ten projekt czeka na realizacje w TVP. Będzie też film kinowy według drugiej części serii, czyli „Teoretycznie Możliwej Katastrofy”, do którego kilka miesięcy temu odbył się casting. Mam nadzieję, że produkcja ruszy na wiosnę, wszystko jest dogadane, choć jeszcze brakuje trochę funduszy. Film reżyseruje Wiktor Skrzynecki, zaś producentem jest warszawska WFDiF.


W jaki sposób pokażecie na ekranie nadnaturalne perypetie bohaterów i fantastyczną scenografię literackiego pierwowzoru?
Zastosujemy animacje komputerową, ale taką, która będzie wyglądała naturalnie. To nie będzie coś à la "Shrek". Współproducentem jest firma Night Craft, która ma doświadczenie w efektach specjalnych dla wielkich amerykańskich wytwórni.

Wróćmy do literatury. Przed naszą rozmową zadzwoniłem do kilkunastu księgarń i bibliotek z pytaniem, jakie książki młodzież najczęściej kupuje i wypożycza. Wyszło na to, że pańskie „Feliksy” oraz utwory Małgorzaty Musierowicz. Co trzeba zrobić, żeby napisać młodzieżowy bestseller?
Nie wiem. „Feliks” narodził się trochę z potrzeby chwili. Kiedy mój syn poszedł do szkoły, zaczęliśmy wraz żoną czytać mu książki, żeby wyrobić Jasiowi nawyki czytelnicze. Ja czytałem fantastykę i nagle skończyła mi biblioteka tytułów, które małemu można było podsunąć. I wtedy postanowiłem, że sam coś napiszę. Wspólnie z Kasią wymyśliliśmy, o czym ma być książka. Jeżeli miałbym się przyznać do jakiś inspiracji, byłi to Niziurski oraz Nienacki na czele z „Panem Samochodzikiem”. Tamte tytuły czytałem tak dawno temu, że w zasadzie starałem się przemycić tylko coś z ich ducha. Chciałem napisać książkę, która przypomni mi dzieciństwo. Ciągnęło mnie w stronę czystej fantastyki, ale Kasia pilnowała, żebym nie odleciał za daleko. Na pierwszym miejscu była klasyczna przygodówka, potem fantastyka przemieszana z realizmem plus wątek sercowo-romantyczny, który podsunęła mi Kasia. Staram się do tego dołożyć jeszcze warstwę wychowawczo-edukacyjną, która nie jest widoczna na pierwszy rzut oka, lecz ukryta między wierszami.


Na przykład w ostatniej książce mamy zawoalowany wykład o geologii i dziejach Sudetów.
Bardziej mam tu na myśli promowanie pewnego sposobu na życie, sposoby radzenia sobie z przeciwnościami losu, delikatne podpowiedzi, co robić, żeby być dobrym człowiekiem. Bez nachalnej dydaktyki. Chodzi o to, żeby nie zrobić z dzieci głupków. To jest też bardzo częsty błąd pisarzy dla dzieci. Po sukcesie serii o Feliksie ukazało się kilka podróbek mojej serii. Były nieudane z prostego powodu: autorzy napisali książki głupsze niż dla dorosłych, zakładając, że dzieci mają prostsze umysły. Skoro więc czytelnicy są prości, trzeba dla nich pisać prostym językiem, o prostych sprawach. To ślepy zaułek, dziecko nie lubi być traktowane protekcjonalnie.

Czy bohaterowie Feliksa mają pierwowzory w rzeczywistości?
Moi bohaterowie są tworem wyobraźni. Tylko jedna postać jest wzorowana na prawdziwym człowieku, który kiedyś mnie wkurzył, ale zakamuflowałem to tak, że nikt się nie zorientuje. Wszystko co piszę, to fantastyka. Podczas pracy nie miałem kontaktu z młodzieżą w tym wieku. Przeglądałem blogi, podpatrywałem, o czym piszą, jak rozumują, próbowałem sobie odtworzyć, jak może wyglądać ich życie szkolne. Trudniej było z językiem, bo uczniowski slang błyskawicznie się zmienia, doszedłem więc do wniosku, że niektóre słowa będę wymyślał. Na przykład przymiotnik "przesmaczny" jest moim dziełem. Pisząc pierwszego Feliksa, starałem się stworzyć świat bez ograniczeń i umieściłem akcję w bliżej nieokreślonym państwie w Europie Środkowej. Szybko się okazało, że to nie działa, bo przecież jeśli bohaterowie gdzieś się umawiają, to muszą podać nazwy ulic i budynków, w szkole muszą uczyć się jakiegoś języka. Anonimową metropolię przerobiłem więc na trochę turbodoładowaną Warszawę. W pierwszym tomie akcja kulminuje na ostatnim piętrze budynku Silver Tower, którego oczywiście w stolicy nie ma. Zastanawiałem się, czy nie sportretować któregoś z istniejących wieżowców, ale żaden z nich nie ma na dachu kopuły, która – jak wiadomo – odgrywa w powieści istotną rolę.


Prowadził pan agencję reklamową, a potem przekształcił ją w wydawnictwo książkowe. Polski kapitalizm przyzwyczaił nas raczej do odwrotnych mechanizmów.
Istnieje przeświadczenie, że kiedy człowiek dorasta, to porzuca ideały i bierze się za zarabianie pieniędzy. Mnie się udaje zarabiać bez porzucania ideałów. W pewnym momencie stwierdziliśmy z żoną, że praca w reklamie to bezsensowne mielenie słów. Kiedy po 10 latach pracy trzeba wymyślić 20 różnych sloganów na zareklamowanie kefiru, z czego 19 ląduje w koszu, a klient wybiera jeden, zwykle wcale nie ten najlepszy, to człowiek może się poczuć wypalony.

Utrzymuje się pan z pisania?
Z pisania i wydawania, głównie książek dla młodzieży. Seria Feliksa sprzedaje się co najmniej 10 razy lepiej niż moje książki dla dorosłych.

Jednym z najwybitniejszych autorów science fiction na świecie jest Stanisław Lem. Mamy świetną tradycję, dlaczego więc literatura SF jest u nas postrzegana jako pośledni gatunek.
Można wymienić kilka przyczyn. Lem był fenomenem sam w sobie, jego pozycja nie przekładała się na innych autorów, nie zmieniła przyzwyczajeń czytelniczych. A większość czytelników uważa, że z fantastyki wyrasta się jak z baśni, że nie wypada jej czytać, bo jest dziecinna. Po za tym po 1989 roku wydano u nas mnóstwo niechlujnie przetłumaczonego i fatalnie zredagowanego chłamu z Zachodu. Przyszła moda na fantasy, którego lektura wymaga znacznie mniej wysiłku intelektualnego, bo konstrukcja świata przedstawionego nie musi mieć uzasadnienia naukowego czy nawet logicznego.