Tekst Piotra Kofty o kondycji literatury polskiej to kolejny głos w debacie nad stanem kultury narodowej po odzyskaniu wolności. Dotychczas zaprezentowaliśmy wypowiedzi Jacka Wakara (teatr), Michała Mendyka i Marcina Staniszewskiego (muzyka poważna i rozrywkowa) oraz Wojtka Kałużyńskiego (film). W najbliższych numerach zamieścimy artykuły poświęcone sztukom plastycznym oraz architekturze.



Każdy z nas miał w klasie takiego kolegę. Chodził wiecznie głodny, ubrany w ciuchy po starszym bracie, robił dwa błędy ortograficzne w słowie "but", a na przerwach służył szkolnym bandziorom za worek treningowy. Kiedy po latach dowiadujemy się, że udało mu się skończyć zawodówkę, a nawet zaocznie zdać maturę, rośnie w nas duma; wprawdzie lekko zalatująca hipokryzją, ale jednak. Toż to wielki sukces - mówimy - przecież miał takie ciężkie dzieciństwo.

Otóż zdaje mi się, że polska literatura dorobiła się przez ostatnie dwie dekady takiej właśnie marki - została pokaleczonym przez życie chłopcem, który mimo wszystko jakoś sobie radzi. Rzecz w tym, że kiedy on zdawał spóźniony egzamin dojrzałości, wszyscy inni mieli już doktoraty. Ale to bez znaczenia - etat wiecznej ofiary przynosi jeden podstawowy profit, a mianowicie pobłażanie bliźnich. W takich okolicznościach łatwo zostać królem w kałuży, uchodząc na przykład za twórcę, który "jak na polskie warunki" pisze świetnie, a poza tym odważnie eksperymentuje językowo i porusza ważkie kwestie. "Polskie warunki" są tu terminem kluczowym. W oczach rozumnego czytelnika nie powinny uchodzić za komplement.


Byłbym niesprawiedliwy, gdybym wszystko sprowadzał do złośliwej anegdoty. Po pierwsze w przypadku poezji sprawy mają się chyba nieco inaczej (o czym świadczy choćby Nagroda Nobla dla Wisławy Szymborskiej), a ja niestety na poezji znam się bardzo słabo, więc nie podejmę tematu. Po drugie zaś problemy i traumy, z jakimi po upadku PRL musiało się skonfrontować - nigdy przecież nie nazbyt wybitne - polskie pisarstwo, były realne i pełne nierozwiązywalnych w gruncie rzeczy sprzeczności.

Dopiero teraz dociera do nas, z jakiego rodzaju kulturowym, politycznym i cywilizacyjnym szokiem mieliśmy do czynienia pod koniec lat 80. Dla literatury transformacyjne reformy sprowadzały się początkowo do kwestii pieniędzy. Wolny rynek wysadził w powietrze istniejące struktury. Zaroiło się od wydawniczych efemeryd, dla których liczył się wyłącznie szybki zysk. Dramatycznie spadły nakłady książek. Nie wystarczyło pisać – trzeba było nauczyć się sztuki sprzedaży tego, co się napisało. A już życie z pisania stało się idealistyczną mrzonką. Tym bardziej że pogrążone w kryzysie państwo w tej akurat kwestii bardzo dokładnie umyło ręce: wspieranie kultury odłożono do czasu osiągnięcia dobrobytu, czyli ad Kalendas Graecas.

Ale rok 1989 był czymś więcej niż tylko przewrotem w dziedzinie finansowania twórczości artystycznej. Pojawiły się istotne pytania o to, jak scalić polskie literatury, krajową i emigracyjną, oficjalną i podziemną, które rozwijały się od pewnego momentu całkiem osobno, w jaki sposób przywrócić pisarstwu pion po upadku cenzury, czy warto od nowa zaczynać spór o istotę polskości (Maria Janion wyraziła nadzieję, że mamy wreszcie szansę na porzucenie "romantycznego paradygmatu"), jak rozliczyć się z ciężarem totalitarnej przeszłości.


Z drugiej strony na powrót włączona w światowy krwiobieg kultury literatura miała sporo do nadrobienia: ominęło ją parę rewolucji (choćby seksualna i feministyczna) oraz parę modnych prądów intelektualnych (z postmodernizmem i ekologią na czele).



Eskapizm i głód arcydzieł

Paradoksalnie rozwiązaniem okazał się prowokacyjny eskapizm, inspirowany przez środowisko krakowskiego bruLionu, najgłośniejszego zjawiska literackiego początku lat 90. Odchodzili, umierając albo wycofując się z pisania, starzy mistrzowie (Herbert, Miłosz, Konwicki, Mrożek), zaś ich potencjalni następcy nie byli zainteresowani "wielkimi tematami". Wręcz przeciwnie, pociągała ich poetyka banalnej, wulgarnej codzienności, a także pokusa wycofania się w świat intymności, dzieciństwa, prowincji, baśni. Najważniejsi debiutanci zarania III RP nie chcieli odpowiadać na żadne istotne społecznie kwestie, włączać się w publiczny dyskurs. Stasiuk uciekł w góry, Pilch do rodzinnej Wisły, Tokarczuk do Prawieku, Huelle do grassowskiego Gdańska. To była właściwa strategia: wszyscy oni, a także tacy pisarze jak Bart, Kruszyński czy Rylski, z zasady trzymający się na uboczu, stanowią dziś niezagrożoną czołówkę polskiej prozy artystycznej. "Życie chwytane na gorąco / nieraz sparzyło chwytających" - napisał kiedyś Jonasz Kofta i jest w tym stwierdzeniu chyba sporo prawdy: relacja z oka cyklonu wydaje się tyleż trudna, ile niemiarodajna. Ci, którzy próbowali wówczas zmierzyć się z publicystyczną magmą współczesności, polegli z kretesem.

Ów eskapizm był jednak dla krytyki i publiczności literackiej irytujący – panował wielki (i naiwny) głód arcydzieła, które da nam mocny obraz Polski dziś, a jednocześnie wywróci do góry nogami zastane hierarchie. Problem w tym, że w tej kategorii wagowej startowali twórcy raczej średni, choć wytrwali w powielaniu wytartych stereotypów. Z braku laku pewne wydarzenia pompowano sztucznie. Pamiętam komercyjny rumor wokół przeciętnej "Siostry" Małgorzaty Saramonowicz, idiotycznej "Panny Nikt" Tomka Tryzny czy wtórnego i niezdarnego "Zwału" Sławomira Shuty oraz słusznego i trafiającego w modny temat "Gnoju" Wojciecha Kuczoka. Niemniej literaturze polskiej przydarzyła się Dorota Masłowska.


Pisanie masłem

19-latka z Wejherowa rzeczywiście była na przełomie 2001 i 2002 r. objawieniem. "Wojna polsko-ruska..." stanowiła przede wszystkim dowód na to, że da się ożywić zmurszałą książkową polszczyznę: Masłowska z genialną intuicją zmiksowała dresiarski, uliczny slang, telewizyjny bełkot, pozostałości po drewnianej mowie PRL. Po latach nie mam pewności, czy owa powieść była właśnie tym arcydziełem, na które wszyscy czekali (poza formalną wirtuozerią nie oferowała bowiem zbyt wiele), ale z pewnością miała moc zmiany literackich obyczajów: debiutujące wówczas nowe pokolenie twórców przestało się wstydzić swojego języka, zaś wydawcy znów, po blisko 10-letnim okresie zastoju, zaczęli z uwagą przyglądać się młodym pisarzom.

Nie dało to jednak tak wybujałych owoców, jakich się spodziewano. Masłowska okazała się zjawiskiem unikalnym, kopiowanym mniej lub bardziej zmyślnie przez "piszących masłem" epigonów. Inni grzęźli w publicystycznych agitkach (Bieńkowski), drętwych wypisach z zachodnich buntowników (Drotkiewicz), postgombrowiczowskich groteskach bez większego sensu (Karpowicz). Zabrakło warsztatu. Na tle tego jałowego, autoerotycznego mielenia słów eskapiści lat 90. wyrastali na dostojnych mistrzów. A poza tym prawdziwe konfitury przeniesiono tymczasem na inną półkę.



Triumf popu

Dwie kwestie wydają się istotne. W pierwszej kolejności to, że po 20 latach od przełomu udział literatury przekładowej na polskim rynku wynosi niemal 50 proc. (dla porównania w Niemczech ten współczynnik oscyluje w okolicach 7 proc., we Francji 14 proc. - dane za "Raportem o książce" opracowanym w 2009 r. na zlecenie MKiDN). Co znaczy tyle, że w warunkach wolnego rynku czytelnicy nie preferują polskiego pisarstwa. Czyżby ze względu na jakość?


Drugą ważną kwestią jest gwałtowny rozwój rodzimej literatury popularnej. Po szoku transformacji i potopie niesłychanych ilości importowanej tandety do głosu doszli polscy autorzy książki gatunkowej. Katarzyna Grochola czy Małgorzata Kalicińska mogą nakłady swoich powieści liczyć w setkach tysięcy. Podobnie jak Andrzej Sapkowski albo Andrzej Pilipiuk. Ożyło pisarstwo kryminalne i horror. Ze środowiska fantastów wywodzi się najwybitniejszy współcześnie młody polski prozaik Jacek Dukaj, autor przynajmniej dwóch powieści, "Innych pieśni" i "Lodu", które można uznać za rzeczywiste arcydzieła. Podejrzewam, że to dopiero początek trendu: twórcy literatury popularnej coraz częściej będą próbować desantu na tereny zastrzeżone dotąd dla tzw. kultury wysokiej. I z wzajemnością: poważni artyści zostaną zmuszeni do aktywniejszego penetrowania popkultury.

Spójrzmy zatem na dorobek minionego dwudziestolecia z punktu widzenia międzynarodowego obiegu wydawniczego - na półkach księgarń Paryża, Berlina czy Londynu znajdziemy po krótkich poszukiwaniach ledwie parę polskich nazwisk: Lem, Kapuściński, Gombrowicz, Mrożek, Miłosz, Szymborska. Z ostatnich 20 lat raczej nikogo. Czas prawdopodobnie przyznać się, że jesteśmy literacką prowincją, zamkniętą w więzieniu egzotycznego języka, skazaną na brak oryginalności. Przestańmy wyczekiwać na nowych wieszczów, bo oni się nie zjawią. Liczmy na książki po prostu nadające się do czytania - na progu drugiej dekady XXI wieku zasługujemy już na wytchnienie od aberracyjnej manii wielkości. Cieszmy się, że mamy chociaż tę maturę, mogło być gorzej.