"Teleznowela"

Rafał Skarżycki

wyd. Prozami 2009



Z "Jeżem Jerzym", tworzonym od wielu lat we współpracy z rysownikiem Tomaszem Leśniakiem, łączy debiut Skarżyckiego wyłącznie celna obserwacja miejskiej rzeczywistości. Złośliwa, momentami cyniczna, chwilami boleśnie prawdziwa. Ale "Teleznowela" skupia się przede wszystkim na uczuciach. To temat, na którym potknęło się wielu znacznie bardziej doświadczonych pisarzy. Skarżyckiemu udało się wyjść z tej próby bez szwanku.

Jego powieść to - w dużym uproszczeniu - portret grupy trzydziestolatków, nieco zagubionych w rzeczywistości, szukających ucieczki od codziennej szarzyzny bądź też uważających, że lekiem na całe zło z pewnością jest psychoterapia. Żadna tam pokoleniowa analiza, żadna próba ogarnięcia całości zjawiska - raczej skromny, zabawny, choć jednocześnie gorzki obrazek z życia paru osób. Miłosz jest ambitnym scenarzystą, który po nudnej pracy copywritera, tłumaczącego instrukcje obsługi gadżetów z sex-shopu, dostaje wreszcie szansę od losu i angaż do pisania premierowej telenoweli. Nie jest to może spełnienie marzeń, ale pieniądze dobre i szansa na sukces spora. Gorzej znosi to dziewczyna Miłosza, Agata, która czuje się zepchnięta na drugi plan. Równolegle obserwujemy, jak z wolna rozpada się związek innej pary - Julity i Andrzeja, którzy bardzo chcą mieć dziecko, ale wkrótce okazuje się, że to pragnienie jest jedynym uczuciem, jakie ich łączy.


To mogła być kolejna nijaka powieść o młodych - i mdłych - ludziach z wielkiego miasta, na szczęście Skarżyckiemu udało się uniknąć sztampy i powstrzymać chęć moralizowania. Nie ocenia swoich bohaterów, więcej, właściwie wszystkich traktujemy z równą sympatią, choć - zwłaszcza mężczyźni - potrafią być w "Teleznoweli" irytujący i popełniają więcej życiowych błędów.

W ogóle portret trzydziestolatków opisanych przez Skarżyckiego nie napawa optymizmem. To w większości ludzie, którzy poświęcili uczucia na rzecz kariery, albo tego, co wypada i/lub trzeba robić. Nie oznacza to w żadnym razie, że są niezdolni do miłości - wręcz przeciwnie, tylko jako pokolenie karmione telenowelami, takimi jak ta pisana przez Miłosza, mają na jej temat zgoła niewłaściwe wyobrażenie. Na szczęście Skarżyckiemu udało się uniknąć banalnych pułapek fabularnych. Zręcznie żongluje schematami zaczerpniętymi, a jakże, z telewizyjnych oper mydlanych, ale jednocześnie zachowuje do nich duży dystans. W krytycznych sytuacjach ratuje się też sporą dawką humoru, choć chwilami to śmiech przez łzy.

Nie udało się jedynie Skarżyckiemu uniknąć pokusy zbyt niestety rozbudowanego insajderskiego żartu - Miłosz odwiedzający konwent komiksu (szukał tam natchnienia do skonstruowania jednej z telenowelowych postaci) spotyka tam całą śmietankę polskich twórców, wśród nich także autorów "Jeża Jerzego"... Dla czytelników, którzy nie mają z komiksem nic wspólnego, tej sceny równie dobrze mogłoby nie być. Ale całość i tak przynosi sporo satysfakcji. Zabawna i niegłupia powieść, bez pretensji do zbawiania świata. Jak dla mnie wystarczy.