"Pielgrzym nad Tinker Creek"
(oryg. "Pilgrim at Tinker Creek")
Annie Dillard
przeł. Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie 2010
Ocena: 5/6



Młoda literaturoznawczyni i początkująca pisarka, 26-letnia wówczas Annie Dillard, w 1971 przeszła niemal śmiertelne zapalenie płuc. Dochodziła do zdrowia w wiejskim domu w stanie Virginia, w górach Blue Ridge. Tam też, nad strumieniem Tinker Creek, zaczęła robić notatki do książki, która stała się jednym z najgłośniejszych amerykańskich esejów XX wieku.

Trudno zresztą właściwie powiedzieć, jaki gatunek literacki reprezentuje „Pielgrzym nad Tinker Creek” – to po części istotnie esej, ale też traktat teologiczny, wielkiej urody samotnicza medytacja filozoficzna, a przy okazji również opowieść o przyrodzie Appalachów, rozpisana na cztery pory roku drobiazgowa, niekiedy gorączkowa i pełna pasji, obserwacja piękna i okrucieństwa natury.

Analogia z „Waldenem” Henry'ego Davida Thoreau jest tu oczywiście jak najbardziej na miejscu – Dillard pisała, nawiasem mówiąc, pracę dyplomową z tego kultowego, zwłaszcza w Ameryce, XIX-wiecznego manifestu wolności, niezależności i duchowych poszukiwań. I choć inspiracja „Pielgrzyma…” wydaje się klarowna, pytania, które młoda pisarka musiała sobie w swojej samotni zadać na przełomie trzeciej i czwartej ćwiartki XX stulecia, musiały siłą rzeczy brzmieć już inaczej: widziana przez pryzmat epoki, książka Dillard przez swój solipsyzm i eskapizm doskonale wpisuje się w czasy kontrkulturowej rewolucji, a jednocześnie – i w sumie na szczęście, bunt bowiem starzeje się najszybciej – pozostaje wolna od mętnej ideologii new age.


Niech was zatem nie zmylą opisy ptasich gniazd, pajęczych sieci i obyczajów godowych żuków: nie ma tu nic z pensjonarskiej afektacji, nie ma też nic z irytującej maniery pedagogicznej. Z zachwytu (i przerażenia) przyrodą rodzą się dla Dillard najważniejsze refleksje dotyczące samego sedna naszego istnienia w świecie. Tak jak w polskiej literaturze Jarosław Marek Rymkiewicz, opowiadając o ogrodzie w Milanówku, pisze o śmierci i przemijaniu, tak Dillard znad brzegów strumienia Tinker Creek z młodzieńczą werwą i niespodziewaną dojrzałością kreuje szczególnego rodzaju teodyceę.

Czy natura sytuuje się poza dobrem i złem? Czy Bóg – wbrew temu, co się zdawało Einsteinowi – jednak gra w kości? Świetna książka, nie bez przyczyny otrzymała w 1975 roku nagrodę Pulitzera.