"Trendologia. Niezbędny przewodnik po przełomowych ideach
(oryg. "Big Ideas. The Essential Guide to the Latest Thinking")
James Harkin
przeł. Mateusz Borowski
Wyd. Znak 2010
Ocena: 3/6



Wielkie ideologie zaczęły chwiać się w posadach już w latach 80. XX wieku, gdy postmoderniści w rodzaju Jeana-Françoisa Lyotarda przypuścili na nie swój atak. Ich ostateczny koniec przypieczętował jednak rok 1989. W ostatnim 20-leciu coraz mniej rozprawiano o walce między komunizmem a wolnością i demokracją. Coraz więcej zaś o światowym „apetycie na nowe idee”, a nawet o „fabryce idei”. Na całym świecie – a zwłaszcza w Ameryce – pojawiły się zastępy tak zwanych intelektualistów publicznych, których głównym zajęciem stało się wymyślanie najróżniejszych atrakcyjnie brzmiących etykietek. „Freakonomia”, „muskularny liberalizm”, „deklinologia” i „teoria czarnego łabędzia” to tylko niektóre z nich.

Tak można w dużym skrócie streścić sposób rozumowania Jamesa Harkina we wstępie do opublikowanej właśnie u nas książki „Trendologia”. Autor przechodzi następnie do charakterystyki 72 etykietek, co czyni w sposób błyskotliwy, choć raczej niewychodzący poza rzetelność wyszukiwarki Google. O spełnieniu obietnicy ze wstępu, że całość ma służyć czytelnikowi jako swoisty detektor bredni (sic!), oddzielający „intelektualne ziarno od plew” raczej nie ma mowy. Chyba nie zdradzę zbyt wiele, pisząc, że książkę kończy swoiste mrugnięcie do czytelnika: kilka kartek zadrukowanych w linie, z nagłówkiem „Twoje idee”.

Wszystko to sprawia, że lektura Harkina okazuje się dość rozczarowująca. A szkoda, bo sam temat idei i ideologii wydaje się bowiem istotny dla zrozumienia epoki, która rozpoczęła się dwie dekady temu. Recenzentowi pozostaje zatem albo polemika z książką, albo tworzenie alternatywnej „trendologii”. Oba te wyjścia stanowiłyby jednak przyjęcie logiki Harkina, którą w gruncie rzeczy uważam za błędną. Proponuję zatem trzecie rozwiązanie: krótki alternatywny przewodnik po świecie idei, oparty na ponownym postawienie pytań autora. Co stało się z ideami i ideologiami w ostatnim 20-leciu? Czy istnieje różnica między sposobem, w jaki są one obecne w debacie publicznej dziś i przed przełomem 1989 roku? A jeśli tak – to na czym ta różnica polega? I wreszcie: Jak stworzyć „detektor bredni”?


Drugie życie ideologii

Harkin od początku przyjmuje błędne założenie, że rok 1989 naprawdę oznaczał zapowiadane przez Francisa Fukuyamę zwycięstwo liberalnej demokracji, wraz z którym skończył się „wiek ideologii”. Choć wiele racji jest w wizji zachodniej debaty publicznej jako supermarketu idei, zanurzonego w liberalnej demokracji, nie wyczerpuje ona przecież opisu współczesnego świata. Wiele racji miał Paul Berman, pisząc o istnieniu silnej ideologii politycznej w krajach Bliskiego Wschodu takich jak Iran. Poza tym, choć Zachód być może wolałby widzieć rzecz inaczej, wprowadzenie kapitalizmu w Chinach nie oznacza końca ideologii komunizmu w tym kraju, a tylko jego przeformułowanie. Wszystko to razem jest powodem, dla którego proponowałabym raczej zweryfikowanie naszego myślenia o ideologiach w dzisiejszym świecie, zamiast odrzucenia ich istnienia w ogóle.



Filozoficzne bestiarium

Gdy poruszamy się natomiast wśród krajów zaliczanych do demokratycznych, stwierdzeniu, że po roku 1989 mamy do czynienia z rozległym rynkiem idei, trzeba przyznać sporo racji. Rynek ów nie składa się jednak z samych pomysłów. Znacznie ważniejsze niż oryginalność tezy jest to, kto ją wypowiada. Jeśli będzie to niczym niewyróżniający się profesor filozofii z niewielkiego uniwersytetu, niewiele dadzą mu nawet najoryginalniejsze tezy. Co innego, gdy pewien nieumiejący usiedzieć ani chwili w jednym miejscu rozczochrany filozof o przerażającym słoweńskim akcencie zacznie mówić językiem Freuda. Nadzwyczajny wygląd może wspierać osobista legenda. Jest tak między innymi w przypadku pewnego filozofa muzułmańskiego, który nie dość, że wygląda jak prawdziwy arabski książę, to jeszcze jest wnukiem słynnego Hassana al-Banny, twórcy Bractwa Muzułmańskiego. Legenda zresztą może służyć za ersatz wyglądu. Było tak w przypadku kilku co najmniej spin doktorów administracji George’a W. Busha, między którymi trwał spór nie tylko o kształt polityki amerykańskiej, ale również o to, którego z nich chętniej słucha prezydent. Sławoj Zizek, Tariq Ramadan, Robert Kagan – bo o nich mowa – nigdy nie zaszliby tak daleko, gdyby wyłącznie wypowiadali interesujące tezy.


Idea najlepsza na kryzys

Współczesny rynek idei może do złudzenia przypominać rynek w typowym społeczeństwie dobrobytu, proponujący społeczeństwu samochody, perfumy, odtwarzacze mp3 i wiele innych. Z jedną różnicą: idee sprzedają się świetnie niezależnie od koniunktury gospodarczej. Od sierpnia 2008 roku, gdy po raz pierwszy ogłoszono kryzys, powstało co najmniej kilkanaście głośnych teorii recesji, w tym na przykład teoria Petera Sloterdijka. Jak to się stało, że profesor Sloterdijk wygrał z empetrójką? To bardzo proste. Nawet najbardziej chłonny rynek w końcu wypełni się przedmiotami. Zaś idei nigdy nie jest zbyt wiele. Jeśli nadpobudliwy Zizek troszkę nam się znudzi, zawsze możemy sięgnąć po kogoś innego, na przykład jednego z Friedmanów. Którego – Miltona, George’a czy Thomasa? Wszystko jedno!



Paradygmat amnezji

Kalejdoskop idei rządzi się niepodzielną zasadą, że mamy prawo do tego, by dowolnie nim potrząsać i przestawiać wątki, nie przejmując się kontekstami, z których pochodzą. Innymi słowy – nasze idee cierpią na daleko posuniętą amnezję. A skoro tak, twierdzi wielu, nie ma nic zdrożnego w obnoszeniu się z dziełami Lenina pod pachą. To modne i koniec, a jeśli ktoś próbowałby argumentować, że hołubienie jego pism równa się fascynacji przemocą, może zostać co najwyżej wyśmiany. W świadomości przemocy, jaką niesie ze sobą ów śmiech – ów terror „fajności”, leży klucz do upragnionego detektora bredni...



Paradygmat westernizacji

A jak wygląda polski pejzaż idei po 1989 roku? Niestety, niezbyt ciekawie. W wielkim skrócie powiedzieć trzeba, że owszem, całkiem dobrze jest, co prawda, wśród idei politycznych. Stąd niesłabnąca popularność naukowców, potrafiących o nich zajmująco opowiadać – Jadwigi Staniszkis, Pawła Śpiewaka, Ireneusza Krzemińskiego i innych. Wciąż mało jest natomiast ciekawych diagnoz wychodzących poza tę tematykę. Co więcej, problemem, z którego jeszcze niestety nie wyrośliśmy, jest prawdziwa mania sprowadzania wszystkiego z Zachodu. Środowiska, w myśleniu których obowiązuje paradygmat wyjątkowości miejsca, z którego się wywodzimy, są wciąż nieliczne lub powiązane z niebezpiecznymi skrajnościami. Tymczasem wydaje się, że to właśnie tu może tkwić wskazówka naszej przyszłej kreatywności.