Daniel Odija: Życie kreśli sztukę
"Ja nie robię sztuki. Nie zastanawiam się nad tym, jaka barwa może pasować albo nie pasować. Po prostu życie kreśli sztukę. To życie wyznacza tematy moich książek" - wyznał nam Daniel Odija. Z autorem "Kroniki umarłych" rozmawiamy o muzyce, demoniczności polskiego morza i... szaleństwie.
- Walka z głupotą wydaje mi się beznadziejna
- Thomasa Bernharda Sokrates tragiczny
- Elementarz wybitnego reportażu
- Taki będzie rok 2010 w literaturze
- Małe arcydzieło współczesnej eseistyki
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-23

temp. min 8°C max. 31°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Mateusz, jeden z bohaterów pana powieści, jest niespełnionym muzykiem uwielbiającym jazz. Pan lubi jazz?
Daniel Odija: Tak, słucham jazzu – głównie Milesa Davisa, Johna Coltrane’a, Dona Cherry’ego, ale też i wielu innych… Przede wszystkim jednak słucham rocka:
od klasycznego po progresywny, od punka po industrial, często też funk i reggae, trochę muzyki eksperymentalnej, ambientu spod znaku Briana Eno, a z muzyki poważnej lubię minimalistów.
Naprawdę dużo słucham. W ogóle jestem zakochany w muzyce.
Pytam, bo mam wrażenie, że nie jazz, ale jakiś rodzaj rozdzierającej muzyki poważnej pasowałby jako ilustracja do pana nowej powieści – jest ona bowiem utrzymana w dość
posępnej stylistyce. Podobnie jak ostatni film Smarzowskiego „Dom zły”, tak i pana książka jest przesiąknięta śmiercią, złem, pesymizmem. Myśli pan, że można robić
sztukę, używając głównie barwy czarnej?
Ja nie robię sztuki. Nie zastanawiam się nad tym, jaka barwa może pasować albo nie pasować. Po prostu życie kreśli sztukę. To życie wyznacza tematy moich książek. Przez pisanie próbuję
spokojniej przemyśleć to, z czym się zderzyłem. Nawet jeśli pewne historie są dodane na potrzeby powieści, zawsze wynikają z prawdziwego zdarzenia. Jeszcze jedno: gdybym w życiu skakał z
radości, pewnie i książka byłaby radośniejsza. Z drugiej strony zdarzało się, że swoje najśmieszniejsze rzeczy pisałem w smutku. Sam nie wiem… A jeśli chodzi o to, jaka muzyka bardziej
pasowałaby do mojej powieści, i że raczej nie jazz – muzyka poważna na zilustrowanie smutku to stereotyp tak ciężki i ograny, że aż mdli. Największą samotność i rozpacz można
przeżywać na dyskotece.





















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!