Odbiył mi dekel, chyba mom ptoka [1] i niy wiym, jak pisze sie książka. Ida na to, ale niy byda chcioł nikogo zbawić ani za dużo fanzolić [2] o złym losie. Łon, tyn los, jeździ po swoich szynach i mogymy mu kole rzici luft plompać [3]. Możesz być mądrzejszy abo gupszy, ale i tak za swoje dostaniesz. Książki różne majom początki, to kożdy wiy. Dejmy na to: „Z sierpniem wschodziło słońce nad moim kopcem” abo „Czas był niepewny, a Wiesia znowu mnie odeszła…”. Moim zdaniem take początki są zmierzłe.

Każdy muzykant od instrumentu dętego wiy, że wszystko zależy łod tego, jak pódzie ci pierwszy dmuch. Teroz mie czeko take zadanie: skąd go wziąć? Tyn dmuch! Bo jo jest na zakręcie swojego żywota. Stało się minionej niedzieli i chyciło mnie jak nocna zmora, która zwiastuje śmierć. Zdowało mi się, że napęczniało mi w gowie i przeloz żech na jej drugo strona. Zobaczyłem widoki z dzieciństwa i miejsca, w których nigdy nie byłem: przesuwały się, jakbym jechał bryczką po okolicach Bojszów, w których byłem tylko raz w życiu. Totyż, bez mała po dwudziestu latach, poleciołech wyspowiadać sie i wykomunikować. Hostia przylepiła mi sie do podniebienio, wydoła mi sie jakoś wielko i niy mioła żodnego smaku. Jezu! Czy t a m wszystko bydzie ołny? [4]

Teraz moga już mówić i opisać w s z y s t k o, co muli mnie od wielu miesięcy. Medytowałem nad pisaniem w haźlowatej [5] bezsenności, i teraz czuja sie jak jaki zdeptany pet pod naszym kościołem na Roździeniu. Im bardziej gerowało [6] we mnie moje pokoślawione życie, tym większego nabierałem szacunku dla artystów niedzielnych i domorosłych filozofów, bo łoni som z bożej łaski i słyszą śląskiego bluesa. Jeszcze go słyszą, widzą, czują. Prowadzą prosty rachunek ze światem: na tak abo na niy. Dlatego szacunek budzi we mnie nieżyjący już Lompa, bardziej go szanuja niż niejednego pisarza czy filozofa. Choć, jak się zastanowić, każdy filozof i prawdziwy pisarz też musi być kopnięty.

Dlatego zaczna ta skiba łod Albina Lompy, boch go przez minione lata niy docenioł. Od niego zacznę snuć swoją karuzelową opowieść, wyspowiadom sie, boch cały napęczniały od duchowej udręki. Pora nabrać pełny dych powietrza w płuca, przyhaltować je w sobie aż w gołkach zacznom lotać gwiostki, potym wypuścić tyn zużyty luft na głos, czyli westchnąć głośno, przeżegnać się i hajda z górki! Zrobiłech to i od tej chwili będę wytopioł smalec z własnej szpyrki. Boże, jake to dziwne mieć swoją uzdę we własnych dłoniach i moc nad samym sobą. Czuja, jakbych sie wdropoł na własny szczyt!


Albin Lompa był górnikiem, mieszkał na Wilhelmie opodal Morgenrołtu, a więc niedaleko stąd, zjeżdżał na dół i dowoził górników na przodki, a po szychcie nazod pod klota [7] – wte i wewte – dzień w dzień, przez dwadzieścia lat brusił szyny swoim elektrycznym wehikułem i nagle go chyciyło. Któregoś dnia, przy ostatnim kęsie chleba z marmeladą ze śliwek, postawił sobie pytanie: skąd to wszystko sie wziyno? Jak powstało? W jednej chwili otworzyły się przed nim nieba i poczuł, jakby mu ktoś siekierą odciął jego dotychczasowy żywot.

Wszystko przestało go interesować – tylko to pytanie się ostało. I ono go zniszczyło. Stawiał je sobie i stawiał, ale nie znajdywał odpowiedzi. Zawziął się i zaniemówił, bo postanowił odpowiedzieć na nie sam. O własnych siłach. Zamknął się w sobie na dicht do tego stopnia, że przestał chodzić na spotkania z powstańczymi kompanami do „Julki” na piwo. Jezu, nawet powstania wyparowały mu z głowy! Jak mioł szychta na noc, to zamykał się w izbie i medytował, jak na dzień, to wymykoł się po robocie na wilhelmińsko hołda, bo zawsze była ciepła od środka. Przytulna była. Kładł się na niej, by ulżyć obolałym kręgom i nie zesztywnieć w karku. Gapiył sie w niebo i medytował. Odpływał kaś daleko w kosmos. Po wielu godzinach wstawał z wysiłkiem, rozluźniał gnaty, a potem biegał w kółko. Trzepotał ramionami jak ptak.

Z czasem zaczął ostrzej popijać, ale nie było go stać na pięć cyjntli [8] dziennie, więc przeszedł na bryna, zwana także charą, to znaczy na denaturat. Po jakimś czasie radykalnie zerwał z osamotnieniem i jął garnąć się do ludzi, niczym pies po potrąceniu przez auto. Każdemu napotkanemu zadawał swoje pytanie: „Skąd się to wszystko wziyno, hę?”. Jakoś nie było chętnych do odpowiedzi. Zwykle wystawał za mostem kolejowym przy schodach, które prowadziły na Helgoland. Wdrapywał się po nich za każdym napotkanym człowiekiem, z innym wracał w dół, i towarzyszył im aż poza most, pod restaurację Früaufa. Czasem wynosiło go jeszcze dalej, za drugi most, aż pod kościół parafialny pod wezwaniem Świętej Jadwigi. Tam przechodził na przeciwną stronę asfaltu, pod publiczny szalet. Po załatwieniu potrzeby stawał przed wspólnym haźlem i tu zaczepiał ludzi. To był jego ostatni stały punkt nagabywania bliźnich. Wysiłki starego Lompy nie zdały się na nic. Nikt nie chciał go słuchać, a natręctwo sprawiło, że ludzie omijali go z daleka.

Tylko dzieci chciały go słuchać. Często toczyła się za nim buła podrostków, sam byłem między nimi, stąd to wiem; wyprowadzał nas pod wilhelmińską hałdę, opodal swojej jamy wyżłobionej w amarantowym żużlu. Chował się w niej w słoty, zapalał ognisko i czytał niemiecką książkę. Tę samą, bo go nieustannie zajmowała. Widywałem go często w jego dołku; hałda sąsiadowała z naszym szutrowym klepiskiem. Tu rozgrywaliśmy dziesiątki wetek [9] z tymi z Morgenrołtu, Pridwitza, Bagna, Burowca, Roździenia, Morawy i Drugich Szopienic. To tu słuchałem Lompy z rozdziawioną gębą, kiedy rozprowioł o dziwnych światach, które były miliony lat temu. Nieraz po jego opowieściach śniły mi się księżycowe landszafty.


Pewnego razu, kiedy ganialiśmy za szmacianką braci Marynioków, a oni słynęli z tego, że robiyli dwa salta do tyłu z miejsca, jakoś tak pod wieczór zjawił się Lompa z pakunkiem owiniętym w gazetę. Gwizdnął na palcach i przywołał nas ręką. Ledwo ruszyliśmy za nim, odsłonił gazetę i ukazała się gomóła spleśniałego twarogu. Sięgnął po swoja zasmarkano sznuptychla [10], usiadł i położył na niej śmierdzącą kulę. Była większa od ludzkiej głowy. Powiedział dobitnie jak ksiądz w kościele: „Zaroz nadejdzie oczekiwano chwila. Tyn moment jak żodyn inny. Zaroz obejrzycie, skąd sie wziyno życie na ziemi jakeś sześćdziesiąt milionów lot tymu nazod”. I zaczął nam demonstrować początek życia na świecie. Buczoł i chuchoł w jedno miejsce buły do siódmych potów, charkał i smarkał, a my obsiedliśmy go zwartym kręgiem z rozdziawionymi gębami i czekaliśmy na cud.

I cud nastąpił, bo nagle skorupa pękła, biała glizda wygramoliła się ze środka i majdała cielskiem na wszystkie strony świata. Stary Lompa zerwał się, jakby go kto oblał wrzątkiem, i zaczął wrzeszczeć na całe gardło: „Klynkejcie narody! Klynkejcie możni i biedni tego świata! Mocie! Mocie! Teroz sami widzicie, że tak być musiało!!”. Z radości jął tańczyć wokoło nas. Poszliśmy za nim w barbarzyński tan i w bezecne wrzaski na cały regulator. Nasze wyzwolenie nie trwało długo, bo matki przylatywały jak fojermany do pożaru, każda dopadała swojego najducha i jak jakie kwoki zaganiały do familoków. Stary Lompa został na łące. Sam. Usiadł nad śmierdzącą gulą, spojrzał w niebo i zaczął modlić się na głos. Łzy spływały po jego policzkach i wsiąkały w siwą brodę. Łkał jak pies zostawiony na środku Sahary.

Niedługo potem zasłynął w okolicy z manii uwalniania zwierząt z chlewików. Zakradał się pod osłoną ciemności i wypuszczał na wolność gołębie, króliki, kozy i świnie. Co się dało. Pracował szybko i nim się kto spostrzegł, już go nie było. Lament bezradnych stworzeń, które nie wiedziały, co począć z niespodziewaną wolnością, alarmował ludzi. Wylatywali z familoków i gonili ogłupiałe zwierzęta. Powstawał nieopisany zgiełk, jakby miało dojść do powtórki biblijnego potopu.

Po takim zdarzeniu baby trzymały w oknach warty, a kiedy psy po domach szczekały unizono, wiedziały, że Lompa jest blisko. Wtedy rabaniły fyrlikami w kastrole [11] i obrzucały go wyzwiskami, często bardzo sprośnymi. I przepędzały Albina Lompę z osiedla. Jego zła sława rosła, a pole działania kurczyło się. Wyprawiał się w coraz odleglejsze dzielnice, aż nadszedł dzień, kiedy nie miał już gdzie pójść. Ostatki miał na Szabelni, a Szabelnia to trzy wiejskie chałupy na krzyż nad Brynicą, pomiędzy Mysłowicami a Modrzejowem. Nad starą granicą. Modrzejów już był po tamtej stronie, w Rosji, a Mysłowice jeszcze u nos. Na Szabelni go dopadli, złamali mu dwa żebra i prawy ząb trzonowy, patrząc od jego strony.


Świat Albina Lompy dobił kresu, bo nigdy nie wyraził nosa poza Roździeń, bo cały świat poza Roździeniem i Szopienicami, no, może jeszcze Nikiszem i Giszowcem, nie miał dla niego znaczenia. Mógł nie istnieć. Odechciało mu się mocować ze światem, dokładnie z soboty na niedzielę pierwszego tygodnia maja. Był już wtedy na emeryturze, miał dobrą rentę i mógłby jeszcze pożyć. Popatrzył onego dnia przy kolacji na dorastających synów, na żonę i oświadczył całkiem zwyczajnie: „Niy chce mi sie już żyć. Dom se z tym pokój”.

Od tej chwili przestał się do kogokolwiek odzywać i gasł niejako od środka; chudł, słabł, zmniejszał się i po trzech tygodniach, ze wschodem słońca drugiego czerwca, już się nie przebudził. Ale oporządził się na spotkanie ze światem wiekuistym. Rano znaleźli go na podłodze. Leżał na dywaniku przy łóżku, w odświętnym ubraniu, na czarno, w białej koszuli i swoim filcoku ze Skoczowa na głowie. W zamkniętych dłoniach trzymał pomięte kartki z wielokrotnie poprawianymi cyframi w pionowych kolumnach.

(...)

Ja nie mam tak wielkich problemów jak stary Lompa, ale świerzba mam podobnego – i być może on mi go zaszczepił – choć trapi mnie też pytanie: skąd bierze się poszczególny człowiek – w tym przypadku jo – co się na niego składa, co jego własne, a co cudze, co dziedziczne, przejęte, a co niepowtarzalne. Te i podobne pytania zaprzątają moją głowę od niedawna. Bo moje bytowanie odmieniło się niedawno raptownie, mój los jakby się przepołowił i przyszedł czas na śląskie zakiszenie. Na ferment we łbie. Dlatego mam odwagę udzielić sobie samemu głosu, żeby wymusić na sobie zgodę na dalszy żywot, a nie jestem do tego przygotowany.

„Kto się nie mierzy, nie urośnie” – mawiała ciotka Ancia znad swojej robótki. Haftowała białe orły na sztandarach, bo zaś przyszła na nie moda. Nie wiem, czy podołam sprawie, czy uda mi się poukładać wszystko od nowa, choć nie opuścił mnie rajc do życia, ta pogańska paskuda. Tak czy siak, nie podetnie mi to nóg ani życia nie zwichnie, bo wiem pod kerym kasztanem pies pogrzebany. Tak mi się zdaje.


[1] To jest typowe śląskie porzekadło i w prostym tłumaczeniu brzmi: „Uderzyło mi do głowy, chyba zwariowałem” albo: „W głowie trzepoce mi ptak, czuję nadchodzące szaleństwo”. Stosowane jest przede wszystkim jako autokomplement, kiedy udało się znienacka dokonać czegoś zaskakującego dla innych. Znane i rozpowszechnione poza Śląskiem jest także drugie porzekadło z „ptokiem”, które odnosi się do sytuacji nieodwracalnych. Na przykład Ślązak powie o kradzieży: „Złodziej wraziył mi ręka do tasi (teczki) i było po ptokach”. Albo matka powie: „Syn poszed na wojna i było po ptokach”, to znaczy, że nie wrócił z wojny. Albo: „Dołech mu w pysk i było po ptokach”, opowiadający wymierzył komuś sprawiedliwość nokautem. „Po ptokach” w gwarze jest uniwersalnym skrótem, a w mowie da się stosować na równi z solą w kuchni.

[2] fanzolić – pierdolić, ględzić.

[3] Możecie mi (albo w ogóle) „kole rzici luft plompać, szyny kraść, szwajsować” (możecie mi koło tyłka pompować powietrze, szyny kraść i spawać) jest żartobliwym fragmentem robotniczego protest songu z czasów wielkiego kryzysu z lat trzydziestych ubiegłego wieku, znanego autorowi z czasów dzieciństwa. Stało się porzekadłem, używanym w dwóch sytuacjach: całkowitej bezradności albo całkowitego bezpieczeństwa. Na przykład kiedy sąd ogłosi ostateczny wyrok, powiedzieć można: „Możemy sędziemu kole rzici luft plompać”. Albo kiedy uda nam się uciec przed prześladowcą po drabinie i wciągnąć ją za sobą, wtedy powiedzenie ma charakter tryumfalny.

[4] Z niem. ohne – bez, np. ohne Geschmack – bez smaku. W prostym domyśle: „Czy w niebie wszystko będzie jałowe, czyli bez jakiegokolwiek smaku?”. W gwarze używane jako słowo wytrych, skrót, często aluzyjny. Na przykład dziewczyna przychodzi na randkę i mówi chłopcu – „Jo jest ołny”, czyli bez majtek, co stanowi zachętę do działań prokreacyjnych. Albo: „Alfred jest zawsze ołny”, to znaczy bez pieniędzy, czyli jest skąpcem i nie nadaje się do towarzystwa.

[5] haźlowata – wychodkowa.

[6] gerować – fermentować.

[7] klota – winda górnicza.

[8] pięć cyjntli – pół litra.

[9] wetka – mecz rewanżowy.

[10] sznuptychla – chustka do smarkania.

[11] rabaniły fyrlikami w kastrole – łomotały mieszadłami w garnki.

Copyright © by Kazimierz Kutz
Książka ukaże się 8 lutego 2010 roku nakładem wydawnictwa Znak
Tytuł i skróty pochodzą od redakcji