Dan Brown polubił Watykan
Autor "Zaginionego symbolu" odpuścił Kościołowi. Tym razem wyrusza tropem masonów. Niestety książka dowodzi, że pomysły Dana Browna szybko się wyczerpały, a pisarz ogranicza się już tylko do żonglowania wypróbowanymi chwytami i odcina kupony od sukcesu "Kodu Leonarda da Vinci".
- Tylko poprawny nowy Dan Brown
- Audrey Tautou: Nie jestem otwartą księgą
- Dan Brown znów na listach bestsellerów
- Rzecz o śmierci pozbawionej kiczu
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 3°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Dan Brown mógłby już nie napisać żadnej książki. Dzięki dochodom, jakie przyniósł mu bestsellerowy "Kod Leonarda da Vinci", nie musi martwić się o pieniądze do końca życia. Kontynuacja była potrzebna przede wszystkim fanom "Kodu..." i wydawcy, dla którego książki Browna to żyła złota. Nieustraszony Robert Langdon musiał powrócić.
Sześć lat czekania
Na "Zaginiony symbol" fani Browna czekali aż sześć lat. Książka początkowo miała ukazać się w 2006 r., hucznie zapowiadaną premierę wielokrotnie jednak przekładano. W międzyczasie na sukcesie Amerykanina zarobiło kilku innych autorów, którzy szybko zorientowali się, że badanie fenomenu "Kodu..." to iście złoty interes. Jak dotąd ukazało się kilkanaście książek odwołujących się do bestsellerowej powieści Dana Browna. Pisano o prawdzie i fikcji "Kodu...", wyliczano przekłamania, jakich dopuścił się autor, wytykano mu rażące błędy i niewiedzę.
Brownowi wytoczono dwa procesy o plagiat, tymczasem Hollywood szybko zabrało się za ekranizacje jego powieści. Trudno wyobrazić sobie lepszą kampanię marketingową dla kolejnej książki amerykańskiego autora bestsellerów. Nic dziwnego, że w dniu światowej premiery długo oczekiwanego "Zaginionego symbolu" powieść na pniu rozeszła się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy, stając się w ten sposób najlepiej sprzedającą się książką dla dorosłych wszech czasów.
Po pierwsze pieniądz
"Zaginiony symbol" to przede wszystkim produkt wykalkulowany na komercyjny sukces. Tym razem nie ma mowy o skandalu, jaki towarzyszył ukazaniu się "Kodu Leonarda da Vinci". Głodny sensacji czytelnik nie znajdzie tu herezji ani wywrotowych teorii mających rzekomo podkopać fundamenty zachodniej cywilizacji i zachwiać wiarą milionów czytelników. Uważany dotąd za czołowego bluźniercę naszych czasów Brown w najnowszej książce złagodniał i bacznie dobiera słowa, zupełnie jakby wolał więcej już się nikomu nie narażać. Fakt, nadmiar kontrowersji nie jest mu już do niczego potrzebny.
"Zaginiony symbol" miał być produktem uniwersalnym, który zasmakuje czytelnikom na całym świecie, niezależnie od ich wieku, statusu społecznego i przekonań. Amerykański autor idzie naprzeciw tym oczekiwaniom. Nie stawia już niewygodnych pytań o konflikt wiary i nauki, zamiast tego serwuje lekkostrawne przesłanie o potędze ludzkiego umysłu i uniwersalności odwiecznych dążeń człowieka.














































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!