Dan Brown mógłby już nie napisać żadnej książki. Dzięki dochodom, jakie przyniósł mu bestsellerowy "Kod Leonarda da Vinci", nie musi martwić się o pieniądze do końca życia. Kontynuacja była potrzebna przede wszystkim fanom "Kodu..." i wydawcy, dla którego książki Browna to żyła złota. Nieustraszony Robert Langdon musiał powrócić.



Sześć lat czekania

Na "Zaginiony symbol" fani Browna czekali aż sześć lat. Książka początkowo miała ukazać się w 2006 r., hucznie zapowiadaną premierę wielokrotnie jednak przekładano. W międzyczasie na sukcesie Amerykanina zarobiło kilku innych autorów, którzy szybko zorientowali się, że badanie fenomenu "Kodu..." to iście złoty interes. Jak dotąd ukazało się kilkanaście książek odwołujących się do bestsellerowej powieści Dana Browna. Pisano o prawdzie i fikcji "Kodu...", wyliczano przekłamania, jakich dopuścił się autor, wytykano mu rażące błędy i niewiedzę.

Brownowi wytoczono dwa procesy o plagiat, tymczasem Hollywood szybko zabrało się za ekranizacje jego powieści. Trudno wyobrazić sobie lepszą kampanię marketingową dla kolejnej książki amerykańskiego autora bestsellerów. Nic dziwnego, że w dniu światowej premiery długo oczekiwanego "Zaginionego symbolu" powieść na pniu rozeszła się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy, stając się w ten sposób najlepiej sprzedającą się książką dla dorosłych wszech czasów.



Po pierwsze pieniądz

"Zaginiony symbol" to przede wszystkim produkt wykalkulowany na komercyjny sukces. Tym razem nie ma mowy o skandalu, jaki towarzyszył ukazaniu się "Kodu Leonarda da Vinci". Głodny sensacji czytelnik nie znajdzie tu herezji ani wywrotowych teorii mających rzekomo podkopać fundamenty zachodniej cywilizacji i zachwiać wiarą milionów czytelników. Uważany dotąd za czołowego bluźniercę naszych czasów Brown w najnowszej książce złagodniał i bacznie dobiera słowa, zupełnie jakby wolał więcej już się nikomu nie narażać. Fakt, nadmiar kontrowersji nie jest mu już do niczego potrzebny.

"Zaginiony symbol" miał być produktem uniwersalnym, który zasmakuje czytelnikom na całym świecie, niezależnie od ich wieku, statusu społecznego i przekonań. Amerykański autor idzie naprzeciw tym oczekiwaniom. Nie stawia już niewygodnych pytań o konflikt wiary i nauki, zamiast tego serwuje lekkostrawne przesłanie o potędze ludzkiego umysłu i uniwersalności odwiecznych dążeń człowieka.




Tajemnice Waszyngtonu

Autor "Zaginionego symbolu" odpuścił już Kościołowi. Tym razem wyrusza tropem masonów i skrywanej od wieków tajemnicy, której rozwiązanie kryje się w zabytkach Waszyngtonu. Znany z wcześniejszych powieści Robert Langdon, światowej sławy specjalista od odszyfrowywania symboli, ma tylko 12 godzin na rozwikłanie zagadki, w przeciwnym razie poleje się krew. Jest tu szaleniec pragnący za wszelką cenę dostąpić najwyższego wtajemniczenia, garść informacji o wolnomularskich praktykach amerykańskich ojców założycieli, kilka frazesów o podobieństwie archetypów i symboli w najodleglejszych kulturach i noetyka, czyli nauka dowodząca, że ludzka myśl to autonomiczny byt posiadający swoją miarę i wagę. Natłok niezwykłych zdarzeń, jakie przypadają na centymetr kwadratowy tekstu, przyprawia o zawrót głowy.

Jeśli jednak rozłożymy powieść na czynniki pierwsze, zorientujemy się, że Brown posłużył się wypróbowaną matrycą, na którą nałożył jedynie nową historię. Konstrukcja jest ta sama jak w "Kodzie Leonarda da Vinci": mamy spiskową teorię dziejów, ukryty skarb, nocną podróż po mieście kryjącym niejedną tajemnicę, a przede wszystkim ulubione przez Browna łamigłówki, które Langdon rozwiązuje bez pudła, nawet gdy śmierć zagląda mu w oczy.



Cymesy w zagadkach

Zagadki to najmocniejsza strona prozy Browna. Pisarz umiejętnie gra z czytelnikiem, podsuwając mu rozwiązanie na chwilę przed tym, zanim znajdzie je Langdon. Dzięki temu czujemy się partnerami superbohatera intelektualisty. W dodatku wyłożone łopatologicznie pseudonaukowe wywody Roberta, wygłaszane pomiędzy jedną brawurową akcją a drugą, dają miłe poczucie, że świat daje się zdefiniować w kilku prostych, choć ładnie opakowanych kategoriach. Szkoda tylko, że Brown nie potrafi wykreować pełnokrwistych postaci, że skupiając się na akcji, buduje drewniane dialogi i że brakuje mu umiejętności, by podjąć grę z konwencją.

Ale autor "Kodu..." nie musi przejmować się krytykami. Zera na koncie podpowiadają mu, że na pisaniu książek zna się lepiej niż niejeden noblista. Dan Brown już zapowiada wydanie kolejnych thrillerów z Langdonem w roli głównej. Możemy być pewni, że będą to rzeczy skonstruowane według sprawdzonego przepisu i nastawione na zmaksymalizowanie zysku.