To był najbardziej surrealistyczny anons o śmierci literata od lat. Otóż głosił on, że wybitny pisarz Jerome David Salinger zmarł – z przyczyn naturalnych – 27 stycznia bieżącego roku, w wieku 91 lat. W komunikacie wykryć można parę nieścisłości. Primo, literat Salinger umarł z powodów jawnie nienaturalnych, bo z własnej woli. Secundo, miało to miejsce co prawda w styczniu – i tylko to się tu zgadza – ale roku 1965, i chyba nie był już w tym okresie autorem wybitnym. Ostatnią oznaką jego aktywności pisarskiej było opowiadanie "Hapworth 16, 1924" opublikowane na łamach The New Yorkera 19 stycznia roku, w którym Beatlesi nagrają albumy "Help!" i "Rubber Soul", a USA wyślą armię do Wietnamu.

Od tego czasu nie wydrukował już nic. Ostatnie pół wieku spędził na dobrowolnym wygnaniu w Cornish w stanie New Hampshire, gdzie w 1953 roku uciekł z Nowego Jorku. Początkowo goszczący okolicznych studentów, rozczarowany zdradą, jaką była publikacja wywiadu nie na szeregowych szpaltach szkolnej gazetki, ale na bardziej nobliwych stronach, zerwał nawet te kontakty. I otoczył posiadłość wysokim płotem; odizolowany od świata, nieudzielający wywiadów mruk.



Książka jako dysonans

Co robił przez te wszystkie dekady? Podobno dużo pisał. Ponoć w szafach jego domu w Cornish zalega kilkanaście powieści.

Salinger, jak sam mawiał, tworzył dla przyjemności, akt wydania książki postrzegając jako dysonans, naruszenie prywatności. Niewykluczone jednak, że bał się konfrontacji z własną legendą – legendą autora genialnej powieści "Buszujący w zbożu" (1951). Jedynej, jaką wydał. Reszta to opowiadania, choć czasem całkiem opasłe. Sprawnie napisane, niekiedy wybitne, godne miejsca na półce w biblioteczce, ale jednak mniejszego nie tylko wymiarem kalibru.

Żadne nie mogło równać się z opowieścią o siedemnastolatku Holdenie Caulfieldzie, który po wylaniu z kolejnej szkoły włóczy się po Nowym Jorku. Czy Salinger przejdzie do historii jako autor jednego tytułu, przekonamy się zapewne już w najbliższych latach, gdy dzieła z szuflady ukażą się drukiem. Być może narodzi się dla nas jako literat na nowo.




Lektura niepogodzonych

"Buszujący w zbożu" praktycznie natychmiast po wydaniu stał się jedną z najważniejszych ewangelii buntu w literaturze. Obowiązkowa lektura bitników, a potem hippisów, latami wzbudzała kontrowersje, królując na listach książek w purytańskiej Ameryce potępionych.

Publicyści mediów chrześcijańskich skrupulatnie podliczali wszelkie bluzgi, choć zakochanym w powieści czytelnikom pewnie w życiu nie przyszłoby do głowy, by sprawdzać, ile razy padło w niej p...one słowo "fuck" (raptem sześć) lub cholerne "goddam" (237). Jeszcze w latach 70. zdarzało się, że nauczyciele, którzy mieli odwagę wciągać "Buszującego w zbożu" na listę szkolnych lektur, wylatywali z pracy. Z drugiej strony dzieło Salingera hołubiły środowiska akademickie.

Moda na Holdena Caulfielda - czy też na Salingera: Holden ma jego rysy, są tu motywy autobiograficzne - nie przemija. Co roku znika z księgarni ćwierć miliona "The Catcher in the Rye".



Klasyk inicjacji

"Buszujący w zbożu" zdobył jednak status klasyka znacznie wcześniej. Jest doskonałym studium inicjacji w dorosłość, na którą nie ma zgody - tu przedstawioną jako świat bez złudzeń i bez litości. Kapitalna scena z prostytutką, z której usług chłopiec ostatecznie nie korzysta, określa go jako beznadziejnego, w głębi duszy romantycznego outsidera. To zarazem wyraz zagubienia i lęków wobec wpisanych w cennik atrakcji świata, do którego Holden, czego ma świadomość, nie pasuje najlepiej, ale i gorzka zapowiedź nieodwołalnej utraty niewinności - mimo wszystko zdrada pielęgnowanej w sercu niespełnionej miłości.

Naturalny, soczysty język Holdena podkreślający autentyzm spisywanej w pierwszej osobie relacji z niedawno zaszłych zdarzeń, jego pozorna szorstkość, maskująca zagubienie i niepoślednią inteligencję, sprawiają, że łatwo staje się bliski zbuntowanym nastoletnim nadwrażliwcom. Lektura powieści Salingera w wieku lat 15-17 ma rangę i moc rite de passage. "Buszujący w zbożu" przeczytany w młodości może pozostawić w umyśle głęboki ślad, krystalizując ważne intuicje. Może dodać odwagi i determinacji. No i cholernie (goddam!) potrafi wzruszyć.



Polsko-żydowski wegetarianin

Rodzice Jerome’a Davida Salingera pochodzili z Bydgoszczy. Ojciec był praktykującym żydem, a matka chrześcijanką pochodzenia szkocko-irlandzkiego. Na prośbę przywiązanej do hebrajskiej tradycji rodziny swojego przeszłego męża zmieniła imię z Marii na Miriam. Po ślubie małżonkowie prowadzili dobrze prosperujący sklep rzeźnicki. Tuż przed przyjściem na świat Jerome’a w 1919 r. wyemigrowali do Nowego Jorku i osiedli na Manhattanie. W 1937 r. Salinger przyjechał do Polski i odwiedził Bydgoszcz. Przyszły pisarz podjął nawet pracę w miejscowej rzeźni, ale szybko ją porzucił i wrócił za ocean. Po latach wyznał, że doświadczenia zdobyte podczas pracy w polskiej rzeźni skłoniły go przejścia na wegetarianizm.