"Nadchodzi noc"
(oryg. "Stundande natten")
Carl-Henning Wijkmark
przeł. Jan Rost
Wyd. Czarne 2010
Ocena: 4/6



Śmierć tematem literackim? To rzecz oczywista. Wieczne życie jak dotąd mają w ofercie tylko religie. Śmiertelność nas definiuje, niezależnie od tego, w co wierzymy (bądź nie wierzymy). Rzecz jednak w – skądinąd zrozumiałej – trudności, z jaką idzie ludzkości zaakceptowanie śmierci samej w sobie, śmierci pozbawionej wymiaru mistycznego i nadziei na to, że na tamtym świecie odnajdziemy jakąś kontynuację własnego bytu. Cywilizację Zachodu przenika smutek maskowany kiczem: wielkie religie monoteistyczne straciły rząd dusz, a w zamian nie dostaliśmy nic, co by nas mogło pocieszyć, wyjąwszy zbiorowe, higieniczne milczenie na temat nieuchronnego końca, przeplatane bohaterskimi opowieściami o terminalnie chorych, którzy udają się w kabotyńską ostatnią podróż i sieją wokół dobrymi uczynkami.

Ciekawe, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy na półkach księgarskich pojawiły się cztery książki, które rzucają wyzwanie temu kulturowemu tabu. Nie chodzi o tajną zmowę wydawców, ale o coś ważniejszego: odwagę zmierzenia się z odchodzeniem w całej jego surowości. Zaczęło się od wspomnień Davida Rieffa „W morzu śmierci” – spisanej piórem syna historii o nierównej walce, jaką Susan Sontag stoczyła ze swoją chorobą. Potem pojawił się błyskotliwy esej Juliana Barnesa „Nie ma się czego bać”, próba wynegocjowania warunków zgody na własne odejście. Nie zdążyliśmy odetchnąć po Barnesie, a już mogliśmy czytać „Sztywniaka” Mary Roach: ostry, bezkompromisowy, żartobliwy reportaż o pośmiertnej ziemskiej egzystencji naszych zwłok. A teraz czas na skromną minipowieść szwedzkiego pisarza Carla-Henninga Wijkmarka „Nadchodzi noc” – prostą, ascetyczną spowiedź umierającego człowieka.

Hasse, emerytowany drugorzędny aktor, leży na oddziale hospicyjnym dużego szpitala. W ostatniej drodze towarzyszą mu trzej inni pacjenci: skłócony z rodziną pięćdziesięciolatek Börje, maniak hazardu, doświadczony przez życie paroma dekadami bezdomności niebieski ptaki Harry oraz tajemniczy Monte, milczący, niemal nieobecny, bo umieszczony za szczelnym parawanem. W sali nr 5 nie ma już nadziei na życie – jest tylko nadzieja, że śmierć będzie dobra i życzliwa.

Wijkmark każe swojemu bohaterowi snuć narrację o kolejnych etapach tej wędrówki, a czyni to z prawdziwie skandynawską bezpośredniością: bez owijania w bawełnę. Jesteśmy z Hassem i wtedy, gdy próbuje się przygotować do exitusu, maniakalnie czytając o śmierci, i wówczas, gdy przeżywa ostatnie platoniczne uczucie do pielęgniarki, i kiedy zostaje sam, bo wszyscy jego koledzy z sali zdążyli już umrzeć. Jesteśmy przy nim, gdy szaleje z bólu i gdy zaczyna tracić przytomność. Krótko mówiąc, trwamy przy Hassem aż do końca.

Szwedzki pisarz umie wyważyć swoją opowieść – unika patosu, a jednocześnie nie spłyca relacjonowanej historii. Jeśli jest w tym wszystkim coś banalnego, to sama śmierć, zawsze przedwczesna, zawsze będąca podsumowaniem życia, które stanowi pasmo zaniechań i utraconych szans; śmierć ze skrajnie różnych perspektyw: widziana oczami umierającego, który dobiega dramatycznego końca, ale też obserwowana z oddali wzrokiem bezdusznego urzędnika szukającego w szpitalu oszczędności czy lekarza technokraty wiecznie wpatrzonego w ekran laptopa.

„Nadchodzi noc” nie ma, rzecz jasna, mocy godzenia nas z nieuchronnym. To nie jest książka terapeutyczna ani też rodzaj substytutu przeżycia religijnego. Ale po takiej solidnej dawce mądrej melancholii będzie może choć trochę łatwiej.