Dziennik.plKsiążki

Czwartek, 16 lutego 2012

Imieniny: Danuty, Julianny, Daniela

Pogoda: Warszawa Dziś

temp. -4°C

Łukasz Orbitowski: Gram na dysonansach

2010-02-19 | Ostatnia aktualizacja: 21:42 | Komentarze: 0 | skomentuj

Pogoda

POLSKA

Czwartek 2012-02-16

temp. min -13°C max. 2°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Twoje opowiadania i powieści były dotąd stricte współczesne. Skąd w „Nadchodzi” zwrot ku historii?

Z potrzeby i fascynacji. No proszę, już się muszę odwoływać do własnej biografii (śmiech). Zaczynałem od takich osiedlowych opowiadanek i do tamtego świata przynależałem. Potem siedziałem w Ameryce, pracowałem na budowie i pisałem wspominkową powieść „Tracę ciepło”, która się rozgrywa w czasach mojego dzieciństwa. Wróciłem do współczesności w „Świętym Wrocławiu” i poczułem, że muszę zrobić coś nowego – zgodnego z tym, co lubię, a zarazem niebędącego powtórką z rzeczy wcześniejszych. Przecież nie napiszę książki o tym, jak zostałem pisarzem – to by dopiero była nuda. A jeszcze mam tę cechę, że za doświadczenia z własnego życia biorę się literacko dopiero wtedy, kiedy te doświadczenia dobiegną końca. To stara zasada: nie należy pisać o sytuacji, w której się właśnie tkwi. I wtedy zauważyłem, że mało kto zajmował się u nas dotąd łączeniem historii z horrorem. Przypominam sobie „Bestię” Marka Świerczka, rzecz o wilkołaku grasującym w czasach powstania styczniowego. Niezależnie od wartości literackiej – kogo, do ciężkiej cholery, obchodzi powstanie styczniowe? Przecież to są pradzieje. Pomyślałem więc, że byłoby fajnie sięgnąć do historii, która jeszcze ma zdolność wpływania na teraźniejszość, na ludzi współczesnych. Taki, na przykład, „Popiel Armeńczyk” jest próbą komentarza do naszej polskiej wizji historii, według której łapaliśmy wszystkich na lasso, ogłuszaliśmy, a potem dzwoniliśmy po lekarza. I żeby było jasne – ja nie mam nic przeciwko temu, żeby Polak w czasie wojny był brutalny i okrutny. Na tym polega wojna.


A z drugiej strony w opowiadaniu tytułowym mamy ubeka, który wykańczał leśnych pod koniec lat 40.

No właśnie. Znowu istnieje punkt zaczepienia w dniu dzisiejszym – mamy przecież spór o przywileje dawnych pracowników bezpieki, o ich emerytury, a to przecież w istocie jest spór historyczny. Nie usiadłem jednak i nie pomyślałem: o, to teraz napiszę tekst rozliczeniowy, jakąś „Hańbę polską”. Bzdura, to było całkiem inaczej. Miałem na warsztacie konflikt ojca i syna, a bardzo mi zależało, żeby czytelnik zyskał całkowitą pewność, że ojciec jest kawałem drania. Przyszło mi wtedy do głowy, że mało kto cieszy się u nas tak złą opinią jak ubecy _– i już wiedziałem, co ojciec będzie dźwigał na barkach. Poza tym – może zabrzmię tu nieco patetycznie – ważne jest też ocalanie od zapomnienia. Najczęściej pragniemy ocalić rzeczy dobre i piękne, a ja postanowiłem ocalić od zapomnienia rzecz brzydką. Pewnego razu wpadła mi w ręce wydana w latach 60. książka niejakiego pułkownika Wałacha. Ów pułkownik bywał literatem, ale przede wszystkim pracował jako oficer bezpieki, zajmujący się likwidacją leśnych dziadków – operował na Podhalu i Sądecczyźnie. I napisał o tym wspomnienia, sporządzone zresztą niesamowitym językiem raportowym. Rzecz absolutnie przerażająca, choćby ze względu na autorską perspektywę. Miałem poczucie, że to zaginie na pewno – mało kto pamięta o tych partyzantach, a już na pewno nie zechce przywołać perspektywy drugiej strony. Nie mówię o przyznawaniu racji – choć dopuszczam możliwość, że w wielu przypadkach wcale nie było to takie oczywiste.


Polska historia w ogóle ma chyba wielki potencjał demoniczny?

Owszem. I to niewykorzystany. Nie wiem zresztą, dlaczego tak jest. Nie umiem odgadnąć, dlaczego ludzie czegoś nie robią. Odkrywałem te moje tematy jako coś w rodzaju wielkiego skarbu. Rany boskie, przecież o tym trzeba pisać! – myślałem. To było tak, jakby ktoś mnie wpuścił do pokoju, w którym leży góra forsy i nikt się o nią nie upomina.

Rozmawiał Piotr Kofta
Źródło: Dziennik.pl
« poprzednia1234
Walentynki w
Dziennik.pl Walentynki w Dziennik.pl

Najczęściej komentowane

«