O losach polskich zesłańców nie myślimy dziś inaczej jak o Golgocie Wschodu. Naszą wyobraźnię w tej materii ukształtował Juliusz Słowacki swoim na poły martyrologicznym, na poły mistycznym „Anhellim”. Ale literatura tworzona przez prawdziwych zesłańców kryje wiele niespodzianek odbiegających od tego szkolnego stereotypu. Wystarczy wspomnieć osławione, niedawno zaś zrehabilitowane dzięki wysiłkom Edwarda Kajdańskiego pamiętniki Maurycego Beniowskiego, przewyższające barwnością opisanych przygód wszelkie zmyślone opowieści spod znaku płaszcza i szpady.

Nie mniej brawurowe są wspomnienia brygadiera Kopcia – pierwszego Polaka, który przedstawił nad wyraz realistycznie działanie środków halucynogennych, stosowanych przez syberyjskich szamanów. Na swoich odkrywców czekają jeszcze inne, dziś pokryte bibliotecznym kurzem świadectwa. Jednym z nich jest na przykład wydana w roku 1867 w Lipsku książeczka „Dziesięć lat niewoli moskiewskiej”. Jej autor – ukrywający się pod pseudonimem Jasieńczyk – nie tylko przeżył niebywałe przygody jako rosyjski żołnierz gdzieś na dalekich rubieżach imperium pomiędzy Chiwą, Bucharą czy Kokandą, ale opisał je z ironią i błazeńską werwą godną „Przygód dobrego wojaka Szwejka”.

Taką właśnie haszkowską figurą jest choćby przełożony Jasieńczyka Christofor Christoforowicz który „po wielu trudach i pałkach” sam dosłużył się wreszcie stopnia porucznika. Wypełniając ankietę personalną polskiego zesłańca, ten poczciwy oficer łamał sobie głowę, by nie narazić się zwierzchności, aż w końcu wpadł na genialny pomysł: „Napiszę tak: stopień wykształcenia: dobrze; sposób myślenia: dobrze; czym się trudni: dobrze, a niech tam sobie przyjdą i sprawdzają. Powiedzą, że źle, no to teraz źle, a dawniej było dobrze”.

Jednak „Dziennik syberyjski” Juliana Glaubicza Sabińskiego to dzieło zupełnie innego kalibru, które w literaturze zesłańczej nie ma sobie równych. Już przed 20 laty krążyły wśród historyków plotki, że liczący ponad 3000 stron zapomniany manuskrypt ukaże Golgotę Wschodu w zupełnie nowym świetle.

Z pogłosek tych trudno było wywnioskować, o jaki dokument konkretnie chodzi i kto jest jego autorem. Pozostałe szczegóły brzmiały natomiast sensacyjnie. XIX-wieczni polscy zesłańcy, których oczyma wyobraźni widzieliśmy dogorywających w kibitkach i syberyjskich kopalniach, mieli się na katordze całkiem dobrze. Tajemniczy dokument pozwalał bowiem zweryfikować tyleż naszą martyrologiczną legendę, ile oficjalne raporty carskich czynowników. Ci ostatni, pełniąc swoje funkcje z dala od Petersburga, nie mieli wcale zamiaru marnować potencjału polskich patriotów – ludzi kulturalnych i dobrze wykształconych. Fałszowali więc notorycznie swoje raporty, a zesłańców trzymali przy sobie w roli guwernerów, lekarzy bądź „dżentelmenów do towarzystwa”. Tyle plotka.

Dziś już wiemy, że dotyczyła ona „Dzienników...” Sabińskiego, a same „Dzienniki...” – rejestrujące nie tylko losy ich autora, lecz i szerokiego grona jego towarzyszy – możemy przeczytać w bardzo starannej, trzytomowej edycji. Czy zatem pozwalają one istotnie obalić kolejny narodowy mit? Czy – mówiąc bardziej kolokwialnie – na zsyłce Polakom było fajnie?

Pewnego razu w Irkucku Sabiński rozmawiał z majorem Mewiusem. Rzekł mu wtedy prosto w oczy: „Wiem to, żem skazany do ciężkich robót i wykonywać je gotów jestem”, na co tamten nieco „zmieszany” odpowiedział: „Dajmy już pokój ciężkim robotom...”. Kilkanaście miesięcy później ten sam Mewius zlecił Sabińskiemu przekład niemieckiego podręcznika o ważeniu soli, a nasz rodak uznał to zadanie za „katorgę”, bo książka była – wedle jego słów – „ramotą”. Skarga ta, podobnie jak wiele innych w zapiskach Sabińskiego, brzmi na pozór szokująco. Nie dość, że nasz rodak jest dobrze traktowany, to jeszcze na swój los wyrzeka. Ale tak można go oceniać tylko wedle miary ustalonej przez patriotyczną, martyrologiczną legendę. Gdybyśmy natomiast dostrzegli w Sabińskim nie fałszywego bohatera, lecz prawdziwego człowieka, ujrzelibyśmy też XIX-wieczną Golgotę Wschodu w jej autentycznie ponurym kształcie.

Sabiński nie jest urodzonym awanturnikiem jak Beniowski. Syberyjscy tubylcy odurzający się muchomorami nie budzą w nim takiego zainteresowania jak w brygadierze Kopciu – protoplaście naszych rodzimych syberyjskich zesłańców-etnografów. Wreszcie – jego własne przygody nie bawią go tak jak ironistę Jasieńczyka. Sabiński, udzielający korepetycji z francuskiego, tłumaczący nudne niemieckie książki i uczestniczący w błahych rozrywkach rosyjskich elit prowincjonalnego Irkucka, ma poczucie, że rozmienia się na drobne. Że traci zdrowie i najlepsze lata swojego życia w zimnym, dzikim kraju, który go w ogóle nie obchodzi. Od pewnego momentu robi to już zresztą celowo, a obowiązków codziennych sam sobie dokłada, by – jak powiada – „nie oszaleć” z tęsknoty.

Sabińskiego można w tym względzie porównać do jakiegoś nieszczęśliwego Anglika, którego zawistny los rzucił na tropikalne Andamany, Zanzibar lub do Anglo-Egipskiego Sudanu, a który strasznie się tam męczy, ckliwie wspominając rodzinne Somerset albo Hampshire. Co więcej, Sabiński – świetnie wykształcony poliglota i „fanatyk swej narodowej idei” (takim zapamiętali go Rosjanie) – nie znajduje nawet pociechy w tym, że cierpi za Ojczyznę. Do końca twierdzi, także już po powrocie z 19-letniej zsyłki, że jest ofiarą pomyłki sądowej. Powtarza uparcie, że nie uczestniczył w wolnościowej konspiracji, za co go skazano. Jest ofiarą systemu, w kwiecie wieku oderwaną od małych dzieci i kochającej żony, dla której zaczął spisywać swój dziennik, za którą nie przestawał ani na moment tęsknić, a której już nigdy miał nie ujrzeć.

Monumentalne dzieło Glaubicza Sabińskiego jest nie tylko ważnym świadectwem historycznym i egzystencjalnym. Jest też znakomitym utworem literackim, który powinien wreszcie zająć należne miejsce w literaturze polskiej. Czytane we fragmentach dzieło to dostarcza wielu znakomitych portretów i scen rodzajowych. Niektóre wpisy dzienne przybierają wręcz postać małych samodzielnych nowelek – nie powstydziliby się ich pisarze dziś uznawani za wybitnych.

Czytane w całości dzienniki Sabińskiego mają z kolei wymiar prawdziwie epicki. I chociaż w porównaniu z XX-wieczną literaturą Gułagu epopeja spisana przez Polaka jawi się niczym „mała apokalipsa”, to swoim artystycznym rozmachem nie ustępuje utworom Sołżenicyna czy Herlinga- Grudzińskiego. Oczywiście jest mało prawdopodobne, by nieznany szerzej zesłaniec po stu kilkudziesięciu latach milczenia wdarł się przebojem na literacki parnas tylko dlatego, że wydano jego odręczne zapiski w nakładzie 400 egzemplarzy. Jednak lektura „Dziennika syberyjskiego” powinna pomóc dziś przynajmniej w odpowiedzi na palące pytanie, czy mamy trzymać się tradycyjnej martyrologii, czy też ją porzucić, oddzielając się od niej grubą kreską? Sabiński bowiem takiej odpowiedzi poniekąd nam udziela, odsłaniając przed obecnymi czytelnikami czysto ludzki, pozbawiony teatralnego patosu wymiar cierpienia dawnych Polaków.