Inga Iwasiów podobno wcześnie chodzi spać, bo gromadzi sny do kolejnych powieści. To dużo mówi o jej pisaniu. Bo mimo że pisarka tworzy realistyczną prozę obyczajową, to raz po raz ucieka od dosłowności i konkretu, zawieszając zdarzenia między jawą a snem, między realnym wydarzeniem a stanem ducha. Już zresztą sam tytuł – „Ku słońcu” – choć troszkę razi podniosłością, jest niejednoznaczny.

„Ku słońcu” to kontynuacja głośnego „Bambino” (książki docenionej przez krytyków, nominowanej do Nike, Angelusa i Cogito). Tam mieliśmy próbę zmierzenia się z problemem kształtowania tożsamości w obcym miejscu, jakim był dla wielu powojenny Szczecin. Splatały się w nim losy czworga bohaterów: Marii, Jana, Anny i Uli, którzy w trudach próbowali ułożyć sobie życie w odmienionej przez wojnę rzeczywistości.

Iwasiów wbijała się więc tamtą książką w naszą PRL-owską bliznę, której żelaznym symbolem pozostawał bar mleczny: tytułowe „Bambino”. Nową powieścią Inga Iwasiów wybiera się we współczesność. Choć znaczna jej część zanurzona jest w niezałatwionej przeszłości, to jednak pisarka tym razem największą uwagę przykłada do bardzo aktualnych spraw – sporów o polską codzienność. Nie bez powodu najważniejszą bohaterką tej wielowątkowej, książki jest Magda, córka Jana i Marysi znanych z kart „Bambino”.

Magda jest wcieleniem nowoczesności – kobietą wykształconą, wolną, znającą obce języki, bezustannie przemieszczającą się po świecie. Wszędzie czuje się dobrze, ale chyba nigdzie do końca u siebie. Teraz zaś musi wrócić do Szczecina, by zaopiekować się umierającą ciotką Ulą i zmierzyć z własną przeszłością. Bo wszystko, co dziś uwiera i odbija się czkawką, ma u Iwasiów przyczynę w przeszłości. Czy będzie to historia osobistych traum rodzinnych, czy naszych zbiorowych, narodowych, politycznych, społecznych.

Stąd w „Ku słońcu” mamy polskie spory o komunizm, lustrację, feminizm, a nawet subtelną ręką prowadzony wątek odmienności seksualnej. Jednym z najciekawszych wątków nowej powieści szczecińskiej pisarki wydaje się sprawa romansu profesor Małgorzaty z ambitnym doktorantem Markiem. Osobliwa para próbuje wspólnie rozszyfrować tajemnicę spuścizny literackiej mniszki Hildegardy, która wedle niektórych nigdy nie istniała.

Plączą się tu echa powieści uniwersyteckiej, gatunku zacnego, a w Polsce niestety nieuprawianego, no i rzecz jest bardzo współczesna – zarówno związek podległości zawodowej, jak i sprawa wieku, bazują tu na odwróceniu tradycyjnego porządku (ona starsza i mądrzejsza, do tego właściwie jest jego przełożoną). Jeśli coś zgrzyta w „Ku słońcu”, to kwestia mnogości podejmowanych tematów, rozpisanych na wielu bohaterów.

Nie zawsze udaje się pisarce utrzymać jednakową uwagę czytelnika na prowadzonych wątkach. Bo też i zamiar był niebywale ambitny – przedstawić panoramę dziejów postkomunistycznej Polski przy użyciu całej plejady postaci reprezentujących niemal wszystkie znane współcześnie postawy. Mamy tu i wykształconego studenta, i byłego działacza „Solidarności”, i mężczyznę uwikłanego we współpracę z poprzednim systemem, i profesorkę feministkę...

Chwilami w tym gąszczu brakuje oddechu – zwłaszcza że sposób pisania Iwasiów nie należy do łatwych. „Ku słońcu” to książka wymagająca, o drgającym pulsie. Bez skupienia nie sposób jej czytać. Po lekturze też ma się wrażenie, że wyszłoby tej literaturze na dobre, gdyby Iwasiów wystartowała do niej z nieco skromniejszymi ambicjami. Ale może po prostu się czepiam.

>>> Przeczytaj wywiad z autorką książki