Andrzej Stasiuk, laureat Nagrody Literackiej "Nike" za książkę "Jadąc do Babadag", znany jest głównie jako prozaik. Jest jednak także autorem trzech sztuk teatralnych. Do księgarń trafia właśnie kolejny dramat pisarza - "Ciemny las". Opowieść o robotnikach ze Wschodu, którzy w lasach Zachodu rąbią drewno i czekają, żeby zająć miejsce swych pracodawców. Bo jak twierdzi pisarz, taka jest kolej rzeczy, najpierw ludzi Zachodu zastąpią Europejczycy z naszej części kontynentu, a potem na ich miejsce przyjdą sklonowani Chińczycy. Andrzej Stasiuk nie zrezygnował jednak z prozy i swych ulubionych, środkowoeuropejskich pejzaży. Mają powrócić one w nowej powieści, nad którą właśnie pracuje autor. Wkrótce na ekrany kin wejdzie także film, którego scenariusz stworzył Stasiuk na podstawie własnych "Opowieści galicyjskich".

Max Fuzowski: Lubi pan bawić się stereotypami ludzi ze Wschodu? Robi to pan zarówno w swojej najnowszej sztuce "Ciemny las", jak i poprzedniej - "Nocy".
Andrzej Stasiuk:
Wie pan, obydwie te sztuki to są komedie, to właściwie nawet teatr buffo, po prostu błazenady, burleski. No i nic dziwnego, że trzeba się było posłużyć stereotypami, kliszami, postaciami i sytuacjami niemal gotowymi. Ale te stereotypy w równym stopniu dotykają Wschodu i Zachodu. A czy ja je lubię? Nie zastanawiam się nad tym. Po prostu z nich korzystam, bo to jest doskonały materiał literacki, właściwie gotowy półprodukt. Można je przetwarzać, wzmacniać, osłabiać, zmieniać ich sens na przeciwstawny, można je w końcu unicestwiać. A potem się i tak okazuje, że nie potrafimy bez nich żyć, nie potrafimy bez nich poradzić sobie ze światem.

Uważa pan, że te stereotypy są nadal bardzo aktualne?
Wydaje mi się, że coraz bardziej. Od maja 1945 nie było w Europie takiego spotkania Wschodu z Zachodem. To jest spotkanie na niebywałą skalę. Berlińscy bezdomni klną po polsku. Siedzą w metrze z tymi swoimi owczarkami niemieckimi, pij piwo i co drugie słowo "kuhrwa" z pięknym niemieckim akcentem. No ale jednocześnie to spotkanie Wschodu i Zachodu odbywa się w skrajnie stereotypowej przestrzeni: biedni spotykają się z bogatymi, pracownicy z pracodawcami, jałmużnicy z żebrakami i tak dalej. W dodatku spotykają się raczej na Zachodzie, więc dodatkowo nie ma tutaj równowagi. No i w ogóle cały świat zrobił się tak zmienny i skomplikowany i tylko stereotyp daje nam złudzenie, że coś pojmujemy. Popkultura, która stała się naszym naturalnym środowiskiem, to nic innego jak zbiór stereotypów.

"I wyjeżdżać i nigdy się to nie skończy. Dopóki oni nie wymrą i nie przestaną nas potrzebować" - mówi pochodzący ze Wschodu bohater pańskiego dramatu pracujący na Zachodzie. To nie jest zbyt optymistyczna wizja. Widzi pan przyszłość w tak ponurych barwach?
To nie ja. To bohater. Ale rzeczywiście moja wizja jest dość ponura. Taki mam charakter. Bawią mnie ponure wizje. Wizje optymistyczne nie mają dostatecznej dramaturgii ani komizmu. Po prostu skonstruowałem jakąś sytuację nieco zakorzenioną w rzeczywistości i pozwoliłem jej się swobodnie rozwijać. Zresztą ta wizja nie jest taka do końca ponura, bo przecież Wschód w jakiś sposób zajmuje wymarzone miejsce po uśmierconym Zachodzie i całkiem błyskotliwie naśladuje nieboszczyka. Nie, ta wizja nie jest do końca ponura. Ona jest nawet w pewnym sensie radosna.

Sztukę napisał pan dla teatru w Grazu. Straszy Austriaków, że najpierw my, a potem Chińczycy zajmą ich miejsce. Dlaczego w momencie, kiedy politycy namawiają do zatrudniania Polaków, pan robi coś zupełnie odwrotnego?
Myśli pan, że moja sztuka może zachwiać rynkiem pracy w Unii Europejskiej? Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym. Tak, to pewna lekkomyślność. No ale ja w ogóle raczej nie myślę o polityce i politykach, gdy zabieram się do poważnych zajęć, do pisania komedii zwłaszcza. Zresztą politycy tylko udają, że mają coś do powiedzenia. Rzeczywistość toczy się kompletnie bez ich udziału. Oni mogą wygadywać dowolne rzeczy, a Unia po prostu nie przetrwa bez nas, a potem bez Chińczyków czy też sklonowanych w Chinach robotników. Przecież nie da się cofnąć czasu, nie da się cofnąć zmian cywilizacyjnych i zawód zamiatacza albo robotnika budowlanego raptem nie odzyska prestiżu w Luksemburgu albo we Francji. Tak mi się wydaje. No ale oczywiście mogę się mylić. Dziwne rzeczy dzieją się na świecie. Ostatnio rząd węgierski ogłosił, że mają deficyt niektórych zawodów. Na przykład filozofów i literatów.

Odnoszę wrażenie, że "Ciemny las" posiada wydźwięk antyunijny. Wynika z niego, że przyjęcie krajów środkowej Europy wyrządza zarówno mieszkańcom Unii, jak i nam wielką krzywdę.
Nie posiada takiego wydźwięku. Czy to się w ogóle dzieje w Unii? Czy jest jeszcze jakaś Unia Europejska? To jest raczej rzeczywistość jakiejś wielkiej wędrówki ludów, to opowieść o tym, że nic się nie zmienia, że Unia czy nie Unia to Wschód jak tysiąc lat temu wędruje starym szlakiem na Zachód. Jak Hunowie, Awarowie, Frankowie, Longobardowie, Słowianie i tak dalej. To wciąż trwa, to jest rzeczywistość. Ze Wschodu na Zachód. Niemcy w minionym stuleciu próbowali odwrócić ten fatalizm, ale się nie udało. Tak więc ja bym nie zamykał tego w jakichś unijnych ramach, nie. Ani to jest antywschodnie, ani antyzachodnie. Wszyscy tam są jednakowo paskudni i śmieszni. Teraz sobie myślę, że "Ciemny las" jest chyba feministyczny nawet. Tam jest chyba taka sugestia, że w końcu zamiast mężczyzn, jeźdźców, robotników i tak dalej nadejdzie kiedyś Kobieta ze Wschodu i nareszcie nastąpi jakieś uspokojenie, jakaś harmonia, utopia prawie.

Aleksander Kaczorowski napisał, że Europa Środkowa odegrała już swoją rolę i czas ją pogrzebać. Podziela pan ten pogląd?
Alek pewnie ma rację, ale z drugiej strony cała ta tak zwana Europa Środkowa nie mogła jakoś definitywnie przepaść. Zawsze była bytem fikcyjnym, wymyślonym, a takie byty przepadają najtrudniej. Natomiast w coś się zmieniają, ulegają metamorfozie. Niewykluczone, że nowe kraje w Unii w jakiś sposób są spadkobiercami Europy Środkowej. W bardziej czy mniej świadomy sposób. Przecież muszą się skądś wywodzić i wolą z mitologicznej Europy Środkowej niż z jak najbardziej realnego sowieckiego komunizmu. Ale być może to moje złudzenie. Natomiast z grzebaniem w literaturze to lepiej się nie spieszyć. Literatura to jest jednak pewna odmiana życia wiecznego.

Jak wygląda więc jej rola we współcześnie powstającej literaturze?
Bardzo dobrze wygląda. Bardzo żywy trup to jest cały czas. Cały czas odbywają się jakieś wskrzeszenia. Ostatnio na Ukrainie na przykład. Jurko Andruchowycz porządnie wskrzesza w swoich książkach. Taras Prochaśko w swoich "Niezwykłych" też robi to wręcz genialnie. Albo Ádám Bodor, Węgier z Siedmiogrodu ze swoją mroczną, nieokiełznaną, transylwańską wyobraźnią. To są tylko takie najbliższe mi przykłady, bo te książki akurat wyszły w naszym wydawnictwie. Wie pan, w literaturze dobrze mieć jakąś geografię - zawsze się wtedy lepiej pisze - nawet jak to jest geografia wymyślona. Jak się cuda dzieją w niebie, to nie jest nic niezwykłego. Ale jak już w geografii, to robi się ciekawie. I ta literacka Europa Środkowa to jest taka kraina cudów. Jurko Andruchowycz zawsze powtarza, że to jest dobra rzecz być pisarzem z Ukrainy, z Galicji, bo jak jedziesz na Zachód, to możesz opowiadać niestworzone rzeczy, możesz snuć jakieś nierzeczywiste narracje, a publiczność będzie w to święcie wierzyła, ponieważ dzieje się to "gdzieś indziej", w "niezupełnej" Europie, w świecie niby-realnym, a jednocześnie tak egzotycznym jak jakieś trochę zimniejsze Macondo. Tak więc ta Europa Środkowa dla pisarza to jest dobra rzecz: dekadencka, sfermentowana, nadpsuta, a zarazem cały czas dość żywa.

Mieszkańcy Europy Środkowej zdążyli już ją odkryć? Z pańskich książek można wyczytać, że raczej nie.
Kompletnie nie wiem, co odkryli mieszkańcy, naprawdę. Europa Środkowa to koncept paru pięknoduchów, a wcześniej niemiecki pomysł polityczny, pomysł na niemiecką dominację w tym regionie. Niemieckie marzycielstwo, niemiecki romantyzm: zdominować region, który nie istnieje. Natomiast mieszkańcy żyją w swoich wsiach, miastach i państwach, ale chyba nie w regionach stworzonych przez wyobraźnię. Czasami jeszcze mój sąsiad wspomina, że przed wojną, tą pierwszą, z Wołowca chodziło się na zarobek na Węgry. I to nie górne Węgry, czyli dzisiejszą Słowację, ale na prawdziwe, na Nizinę Węgierską, bo tam żniwa i sianokosy zaczynały się znacznie wcześniej. Więc można było zarobić trochę forintów i jeszcze wrócić i obrobić swoje pole w Wołowcu. No ale to wspomnienie, ten sentyment pewnie dotyczy raczej Cesarstwa, Austro-Węgier niż jakiejś tam Europy Środkowej.

Jak idzie panu praca nad nową powieścią?
Powoli i systematycznie. Prawie codziennie do niej sobie zaglądam i sprawdzam, co nowego u bohaterów. No ale wolno, powoli, bo piszę dwie inne książki równocześnie. Nigdy nie potrafiłem pisać tylko jednej.

Podobno wraca pan w niej do miejsc znanych z "Jadąc do Babadag".
No to jest trochę taka powieść drogi i bohaterowie po prostu się przemieszczają starą furgonetką gdzieś między Beskidem Niskim a Siedmiogrodem. Po takich trasach, po których sam podróżowałem w ostatnich latach. Lubię te strony i chciałem sobie o nich jeszcze trochę popisać. No ale teraz jak najbardziej fabularnie, czasami wręcz sensacyjnie. Teraz na przykład moi bohaterowie są w Miedzilaborcach na Słowacji. Pod muzeum Andy’ego Warhola handlują używanymi ubraniami. To muzeum jest tam naprawdę, bo to rodzinne strony artysty. Poza tym nic tam nie ma. Chińska hurtownia ubrań i dużo Cyganów. To są dobre okoliczności dla powieści.

Niedawno mówił pan, że chce umieścić w powieści bohaterów znanych z "Opowieści galicyjskich" i "Dziewięć".
A tak. To prawda. Powoli zaczynam się starzeć i chcę ich wszystkich mieć przy sobie. Nie chciałbym któregoś porzucić, zdradzić. Jak już ich wymyśliłem, to jestem trochę za nich odpowiedzialny. Dlatego spotykają się w najnowszej książce i w tym moim wymyślonym świecie gdzieś między Wołowcem a powiedzmy Siedmiogrodem. To się z czasem jakoś tak samo układa. Całkiem naturalnie, bez wysiłku. Jakiś taki kosmos się z tego robi i tak już pewnie zostanie.

Co będzie dokładnie działo się między tym Wołowcem a Siedmiogrodem? O czym będzie ta powieść?
O dwóch czterdziestoparoletnich mężczyznach z niewielkiego miasta. O takich facetach, którym wieje wiatr w oczy, ale się nie poddają. Mają długi, starą furgonetkę, ale walczą. To są prawdziwi bohaterowie codzienności, Polski powiatowej, ale pewnie i reszty świata, powiedzmy, powiatowego. No i jest tam oczywiście miłość, miłość do dziewczyny z wędrownego, słowackiego wesołego miasteczka, są obce kraje: Węgry, Rumunia, są wielkie marzenia, przygoda, przemoc, stracone złudzenia, no w ogóle same cuda i cudowności.... Sam jeszcze nie wiem do końca, bo jestem dopiero w połowie. Ale lubię o nich, o bohaterach myśleć. Sprawia mi to przyjemność. Po prostu.

Cały czas czekamy na premierę filmowej adaptacji "Opowieści galicyjskich". Pan już je widział. Jak ocenia pan ten film?
To pewnie głupio brzmi, ale podobał mi się. Tyle lat to trwało - chyba z dziesięć - od napisania "Opowieści galicyjskich" do samego filmu. Oglądałem to jak coś już obcego, coś, z czym dawno straciłem kontakt. Tak to jest z filmami. Reżyser w momencie realizacji, zdjęć, produkcji jest podekscytowany, a ty już nie nadążasz z emocjami. Tak więc potem, jak już widziałem w miarę skończoną wersję, to mi się podobała jako cudzy film, cudza już historia. No fajne. Taka trochę baśń to jest, komedia trochę metafizyczna, przypowieść ludowa. No i pod prąd to jest trochę, że tak powiem, nie ma tam zbyt wielu elementów krytyki społecznej ani znamion rozczarowania bieżącą rzeczywistością. Poza tym udało się w końcu międzynarodowe przedsięwzięcie. Główne role grają Słowaczka i Czech, Zuza Fialová i Jiří Macháček, i taki pograniczny film powstał.

Uważa pan, że reżyser Dariusz Jabłoński poradził sobie z przełożeniem pańskiej prozy na język filmu?
No co ja mam panu powiedzieć? Przecież Darek to zaraz przeczyta. Ja panu powiem, że ja się na tym nie znam: poradził, nie poradził. Mnie się podobało. Niech się Darek martwi, czy sobie poradził. A zresztą to już jest jego opowieść, jego historia. Jestem tylko widzem.