Na świecie trwa wielkie przeglądanie historii i konfrontowanie się z niewygodnymi, przemilczanymi faktami. W Azji również?

Malezja jak wiele innych państw została doświadczona przez II wojnę światową, komunizm i do dziś boryka się ze swoimi trupami w szafie. Ci sami ludzie w różnych okresach życia byli uwielbiani lub potępiani. Tak jak bohater powieści, kupiec Johnny, wzorowany na Lai Teku, przywódcy komunistycznej partii Malezji z pierwszej połowy XX wieku. Wielu widziało w nim herosa, nim pod koniec lat 40. zniknął z partyjnymi pieniędzmi. Historycy są przekonani, że już od początków wojny działał jako potrójny agent. Pracował dla komunistów, Brytyjczyków i Japończyków.

Johnny twierdzi, że śmierć zaciera po nas wszystkie ślady i wspomnienia. Zgadza się pan z nim?

Nawet jeśli zniszczy się wszystko, co do kogoś należało, pozostają wspomnienia innych ludzi. Malezyjczycy znają problem dyktatury, donosicielstwa czy wojny domowej. Bez przeszłości byłoby łatwiej, ale wspomniane trupy z szafy są nieusuwalne.

Zanim został pan pisarzem, przez cztery lata pracował jako prawnik w londyńskim city. Wówczas przekonał się pan, jak trudno wydawać sądy o innych ludziach?

Podczas ślęczenia nad kodeksami nauczyłem się analitycznego myślenia i zrozumiałem, jak ciężko być obiektywnym. Nie lubię oceniania ludzi, bo pozory często mylą. Dlatego podzieliłem książkę na trzy części. W pierwszej dowiadujemy się, że Johnny był oszustem i popełnił wiele zbrodni. Potem okazuje się, że był też wrażliwym człowiekiem i nieszczęśliwym zdradzanym mężem. Amerykańscy czytelnicy byli bardzo rozgoryczeni, że nie znaleźli jednoznacznego podziału na czarne i białe.

W pana powieści Brytyjczycy piją różowy gin, ale Johnny, urodzony w Chinach Malezyjczyk, odmawia. A pan raczy się czasem tym trunkiem?

Nie cierpię go. To zwykły gin w szklance oblanej angosturą, czyli bardzo gorzką czerwoną wódką, która barwi drink na różowo. Pili go XIX-wieczni brytyjscy marynarze i kolonizatorzy, bo według nich świetnie odkaża organizm z egzotycznych zarazków.

To ulubiony drink angielskiego pisarza Williama Sommerseta Maughama.

Tak, wiele napisanych przez niego historii rozgrywa się w Malezji w latach 30. i 40. XX wieku. Ale ja chciałem odciąć się od tych kolonialnych powieści, które upraszczają obraz Azji. Pokazują ją jako miejsce, gdzie biali panowie w garniturach popijają różowy gin, kontemplując przyrodę, a kolorowi kultywują swoje osobliwe, niezrozumiałe zwyczaje.

Jednak pana bohaterowie nawet w środku dżungli czytają Dickensa, wspominają obrazy Tycjana i grają Chopina. Dlaczego nie przywołuje pan malezyjskiej sztuki?

Lubię zderzenie kultur. Barokowy obraz, który wisi w barokowym pałacu, nie rzuca się w oczy. Dopiero azjatyckie otoczenie podkreśla jego piękno. Świat się zglobalizował i tradycja oznacza już co innego niż dawniej. Podczas malezyjskiej stypy urządzonej według starych zwyczajów pali się ogromne papierowe wycinanki przedstawiające przedmioty ważne dla nieboszczyka. Już w latach 40. najczęściej płonęły mercedesy. Wtedy też zapanowała moda na hollywoodzkie imiona jak Humprey czy James, a dzieci uczyły się w brytyjskich szkołach. Ale jednocześnie w Malezji książka to towar luksusowy, a tradycja ustna jest bardziej rozwinięta niż literatura. Ludzie do dziś siadają razem i opowiadają sobie różne historie, często dotyczące wojny albo komunizmu. Historia zmienia się w zależności od tego, kto ją przekazuje.

Którego narratora "Faktorii..." lubi pan najbardziej?

Snow, żonę Johnny'ego. Kobiece pamiętniki mówią zazwyczaj o sprawach domowo-intymnych. Na przekór tej tradycji w jej dzienniku dominuje akcja, tajemnicze zabójstwo i przygoda, czyli wszystkie typowe cechy literatury męskiej. Snow to kobieta z pokolenia mojej babci, która musiała odnaleźć się w patriarchalnym społeczeństwie. Nie tylko malezyjskim. Brytyjczycy też nie wpuszczali do swoich klubów zwierząt i kobiet. Na szczęście to naród, który potrafi śmiać się z siebie, więc na razie nie planuję wyprowadzki z Londynu.