Po raz pierwszy spotkali się w 1952 w Krakowie. Mieli razem studiować orientalistykę, ale Mrożek tylko pokazał indeks komisji poborowej i zajął się dziennikarstwem. Brak bojowego zaangażowania rekompensował bojową publicystyką spod znaku młota i kielni.

Kiedy w 1955 roku przejrzał na oczy i stał się prawdziwym pisarzem, cała czytająca Polska zaczęła "mówić Mrożkiem". W PRL-owskim więzieniu jego literacka i teatralna groteska stała się językiem wolności."Ale na pełne otwarcie na rzeczywistość i na samego siebie musiałem jeszcze poczekać aż do emigracji" - wspomina Mrożek w autobiograficznym "Baltazarze".

Decyzję o pozostaniu we Francji podjął wtedy, gdy radzieckie czołgi wjechały do Pragi. Podobnie Skalmowski, który na wieść o wydarzeniach marca 1968 roku nie wrócił ze stypendium w Iranie i zaczął wykładać na uniwersytecie w Leuven. Naukowa specjalizacja nigdy mu jednak nie wystarczała. Pod pseudonimem Maciej Broński zaczął publikować w paryskiej "Kulturze" wyśmienite szkice i recenzje, m.in. o twórczości Mrożka. W 1970 roku dawni koledzy spotkali się w Nowym Jorku.

Zapalnikiem ich fascynującego dialogu stała się łagodna reprymenda, jakiej pisarz udzielił profesorowi. Mrożek zauważył, że mówiąc o Polsce, Skalmowski patrzy na swoją sytuację oczami człowieka sprzed dwóch lat... To wystarczyło, by przez ponad trzy dekady wymieniać ze sobą listy, które obu korespondentom zastąpiły po prostu dziennik. Mrożek i Skalmowski piszą w nim o polskości, emigracji, komunizmie i stanie kultury zachodniej; komentują nowe dramaty Mrożka i analizują wspólne lektury (głównie Nabokova!); zawsze żywo reagują na bieżące wydarzenia polityczne. W gruncie rzeczy jednak pytają o siebie: kim jestem?, jak się zmieniam?, co mogę jeszcze zrobić, a czego już nie? Autorefleksja dwóch wybitnych intelektualistów wchodzących powoli w wiek dojrzały jest sednem tej korespondencji.

Formuły dla opisania własnej sytuacji szuka głównie Mrożek: "Byłem za duży na Polskę (nie dlatego, że ja ogromny, tylko owa Polska akurat była trochę mała, kwestia proporcji, to wszystko), jestem za mały na świat. Ale świat, czy on istnieje? (…) Polska istnieje, na pewno, jak istnieje ZSRR czy Chiny, ale reszta?" - napisze w jednym z listów.

Mrożek od początku dostrzegać będzie w emigracji szansę poznania swojej prawdziwej wartości. Dlatego nie pozwala sobie na żadne postękiwania... Skalmowski jednak świetnie wyczuwa jego skrywaną rezygnację: „>urządziłeś się<, nie >złamałeś sobie kariery<, nie lejesz się przez ręce, ale nie jesteś u siebie, tzn. to, co Cię otacza, mało Cię obchodzi. Ze mną jest podobnie".

Dwie rzeczy zbliżają ich do siebie zasadniczo: nonkonformizm i dojmujące poczucie życia w "kosmicznej” pustce (jak powiedzą za Witkacym). Nieprzejednani krytycy komunizmu, dystansują się zarówno wobec środowisk emigracyjnych, jak i intelektualnej "warszawki". Oczywiście najbliżej im do paryskiej "Kultury", ale ich stosunek do Giedroycia jest ambiwalentny.

Mrożek zapamięta Redaktorowi jego niechęć do "Emigrantów", Skalmowski - sympatię dla nielubianego Michnika, który na obiedzie w Maisons Laffitte "perororował jak młody goszysta na Zachodzie przeciwko >zasranym antykomunistom<, którzy poza tym nic nie robią, gdy tymczasem byli stalinowcy itp. narażaj się, siedzą po więzieniach etc.". "Zaczyna się już ustalać moda na nawrócenia" - relacjonował Skalmowski.

Mrożek nie wspomina młodzieńczych zaangażowań, obsesyjnie natomiast akcentuje swoje przywiązanie do hierarchii w kulturze i społeczeństwie. "Prawicowy typ to więc taki - tłumaczy - który domaga się systemu wartości, według którego będzie lepszy od innych, a od innych gorszy, przy czym chce swoją lokatę podnieść". Lewicowa natomiast będzie dla niego cała kultura współczesna, z jej tendencją do ujednolicania wszystkiego i wszystkich: "Nie ma już sfer, kręgów, stopni (…). Jest kupa na płaskim".

Im mocniej zdawał sobie z tego sprawę, tym bardziej dostrzegał absurd swojego położenia. "Uciekłem z kraju, który jest ponad moją miarę nie w porządku, do Europy, która jest ponad miarę nie w porządku, w okresie, który sprzyja wyłącznie nieporządkom". W tej sytuacji jedyną logiczną postawą stała się dla niego obrona resztek porządku. „Wariat wioskowy ma sens, kiedy jest wioska” – tłumaczy Mrożek, ale jego dowcipne formuły podszyte s coraz większą goryczą.

Najbardziej przejmująco brzmią jednak te partie listów Mrożka, w których pisarz jasno dostrzega granice swojej egzystencji. Pewnego dnia stwierdza, że liczba sztuk teatralnych, które zdoła jeszcze ułożyć, jest skończona... Coraz częściej robi rachunek swoich życiowych możliwości i coraz bardziej zamyka się przed światem. Z listów do Skalmowskiego wyłania się prawdziwie tragiczna twarz autora "Pieszo".

Obaj pragnęliby uciec z "pudełka" czasu (określenie Mrożka), należą jednak do tej formacji XX-wiecznych intelektualistów, którzy ocalenia przed rozpaczą szukali już tylko w wyniosłym sceptycyzmie. "Mój Boże, jak oni to robili" - pyta na początku ich korespondencji Mrożek, zastanawiając się nad "wielkimi przygodami ducha" św. Pawła, Pascala i Kierkegaarda.

"Czy oszukiwali się aż tak kolosalnie, czy rzeczywiście dotknięci autentyczną łaską, tak mi nie znaną…". Żaden z nich nigdy nie dokończył tego zdania. Ich wspólne milczenie o Bogu jest równie przejmujące, jak zapisane na ośmiuset stronach świadectwo intelektualnego nienasycenia.

"Mrożek Skalmowski. Listy 1970-2003". Wstęp Andrzeja Borowskiego, WL, Kraków 2007
Jacek Kopciński, literaturoznawca, krytyk teatralny, redaktor naczelny miesięcznika "Teatr"