Philippe Djian wobec swoich bohaterów potrafi być niezwykle brutalny. Wyciągając na powierzchnię ich najmniej ludzkie oblicza, nie okazuje nawet odrobiny współczucia. Jest bezwzględnym mordercą uczuć i postaci literackich. Być może nauczył się tego we francuskim brukowcu, od którego paradoksalnie zaczęła się jego droga do literackiej kariery. Książki Djiana, w tym "Frykcje", są nie tylko nieco brukowe, ale bywają nawet pornograficzne. Pisarz z sentymentem spogląda w stronę rewolucji seksualnej lat 60., portretując spadkobierców ówczesnych buntowników.

"Frykcje" to opowieść o mężczyźnie i otaczających go kobietach. Autora interesują zresztą nie tyle same postaci, co wiwisekcja ich intymnych stosunków. Mężczyzna żyje z żoną, zdradza ją z kochankami. Żona umiera, ale przedtem powija córkę. Wszystko wokół się zmienia, stałe jest tylko jedno - matka. Nie jest to jednak matka opiekuńcza, wtrącająca się w synowskie wybory. To nieco nieobliczalna kobieta, alkoholiczka ze skłonnościami do autodestrukcji, w wieku pięćdziesięciu kilku lat przeżywająca drugą młodość.

Główny bohater jest raczej niedojrzały, wychowany bez ojca w otoczeniu kobiet. Próbuje dorosnąć do roli rodzica, ale nie do końca mu się udaje. W tym gąszczu ludzkich sylwetek i zachowań Djian stara się określić rolę mężczyzny we współczesnym świecie. Nie pozostawia zresztą w tym względzie złudzeń: męskość bohatera "Frykcji" jest zdegradowana, słaba, bezwolna. Pozostały tylko zewnętrzne oznaki "maczyzmu". W splocie alkoholu, zdrady i śmierci powraca kompleks Edypa. Djian pokazuje, że nadeszła era maminsynków, dla których kobiety stają się opiekunkami i przewodniczkami. Nie ma tu jednak nic z witkiewiczowskiej demonizacji płci pięknej. Bo to nie ona facetów ubezwłasnowolnia. Robią to sami.

Francuski pisarz z charakterystyczną dla siebie szorstkością wykreował pełne napięć relacje między bohaterami. I to właśnie stanowi najmocniejszą stronę powieści. Bo o ile nie przekazał nam autor żadnej nieznanej do tej pory prawdy, o tyle potrafił ją podać w formie oryginalnej i pełnokrwistej. Stworzone przez niego postaci nie budzą sympatii czy współczucia, nic też nie usprawiedliwia ich losu. Djian stawia się odważnie w roli proroka, wizjonera. Atakuje nie tylko swych bohaterów, ale i czytelnika, gdzieś między wierszami powtarzając: to nie są fikcyjne postaci, to wy. Z zawartymi w "Frykcjach" teoriami można walczyć, ale i tak ostatecznie będzie to walka z wiatrakami.


"Frykcje"
Philippe Djian, przeł. Jacek Giszczak, Sic! 2007