Dlaczego po "Warunku" nie napisał pan kolejnej powieści historycznej?
Bo mnie to znudziło, nie cenię historii. Nie uważam, by można się czegokolwiek nauczyć na jej błędach, nic z niej nie wynika dla teraźniejszości i przyszłości, nie jest nauczycielką życia. Dlatego jestem pisarzem co najwyżej historycznego anturażu. Znudzili mnie też moi bohaterowie. Mam dość tych Stankiewiczów, Rogoyskich, Hoszowskich, Rangułtów. Było, minęło.

Patrzył pan na nich zimno i z oddali?
I z męczącą zazdrością, bo to, poza wszystkim, świetni goście. Naprawdę nic im nie brak, do kolan im nie dorosłem.

Stąd powrót do współczesności?
Między innymi. Opowiadania składające się na tom "Wyspa" pozwoliły mi wreszcie polubić swoje postaci, chociażby dlatego, że czuję się, i pewno jestem, dużo od nich lepszy. A to bardzo pokrzepiające uczucie.

W zasadzie wszyscy pana bohaterowie ciągle sięgają po papierosy.
Oczywiście, bo ja jestem, a ściślej byłem, nałogowym palaczem. O samym paleniu można by napisać książkę. Niby koszmar, ale z drugiej strony - po coś się żyje. Papierosy to wielka przyjemność.

Teksty z "Wyspy" spowija szczególna atmosfera nierealności.
Te opowiadania miały być nierzeczywiste i nieprawdziwe. Historie, które pisałem dotychczas, chociaż w istocie się nie zdarzyły, były prawdopodobne. Natomiast żadna z opowieści zawartych w tym tomie wydarzyć by się nie mogła. Prawdziwi są tylko bohaterowie - konsekwentni i na serio. Sądzę, że te opowiadania spełniają wszelkie oczekiwania, jakie stawia się literaturze, poza jednym: one nie opisują rzeczywistości.

Skąd takie założenie?
To wypływa z mojego głębokiego przekonania, że literatury pięknej szkoda na rzeczywistość. Irytują mnie oczekiwania krytyki, że nie mamy książki, która by nam wytłumaczyła, na przykład, co się z nami stało po 1989 roku, co się stało z mitem Solidarności, z komunizmem albo naszymi niespełnionymi nadziejami. Od tego to ja mam psychologię społeczną, publicystykę, może eseistykę. One sobie z podobnymi tematami radzą dużo lepiej.

Z pana opowiadań przebija silne przekonanie o nieosiągalności szczęścia.
Bo ono jest chyba nie do osiągnięcia. Dane są nam momenty przyjemności, zdarzają się iluminacje. Możliwe, że suma owych doznań potrafi dać czasami poczucie szczęścia, ale niekoniecznie. Natomiast o chwilach zadowolenia, nawet rozkoszy piszę w "Wyspie" bez przerwy. Ktoś może naturalnie zapytać, skąd więc tam tyle niepokoju i smutku. Ano stąd, że każdą radość podszywają smutek i niepokój. To mnie w życiu cholernie irytuje, moich bohaterów być może również.

Ale namiastkę szczęścia pańscy bohaterowie osiągają często przez własną śmierć.
To jest moje pobożne życzenie. Tak dobrze jeszcze nie ma, żeby - jak to się dzieje w opowiadaniu "Dziewczynka z hotelu Excelsior" - po starzejącego się księgowego z prowincji, cierpiącego na wyjątkowo dokuczliwą andropauzę, przychodziła nagle jakaś nimfetka, lolitka i przeprowadzała go na drugi brzeg. Niewątpliwie jednak śmierć dotyczy wszystkich i stanie się naszą największą życiową przygodą, nieporównywalną z żadnymi innymi. Łudzę się nadzieją, że owo doświadczenie nie okaże się szczególnie przykre, że powiemy sobie w tej ostatniej chwili: „'Nie myślałem, że coś tak ekscytującego jeszcze mi się w życiu zdarzy". Śmierć w moich opowiadaniach nie jest ani śmiercią za ojczyznę, ideę, ani wydarzeniem eschatologicznym - to przygoda.

Odchodzi pan od fatalizmu?
No wie pan, czymś się musimy pocieszać (śmiech). To mnie różni od nihilistów - nie uważam, żeby wszystko było tak dalece do kitu, żeby nawet rzeczy piękne stawały się straszne, jak na przykład u nielubianego przeze mnie Dostojewskiego. Bliższa wydaje mi się postawa Iwaszkiewicza - dyskretny smutek związany z przemijaniem, nie tylko własnym. Z jednej strony więc, wyznaję skrajny pesymizm i twierdzę, że życie jest bezsensowne oraz przypadkowe, ale z drugiej, nie mam powodu sądzić, że w ogóle nic miłego nas nie spotyka. Odwrotnie - przemijamy wśród mnóstwa rozkosznych chwil, zabawnych zdarzeń, otoczeni jesteśmy nieprawdopodobną urodą świata, choć ona też bywa podszyta okrucieństwem. Zachwycamy się pięknymi zwierzątkami, które zeżarły właśnie inne zwierzątko. Słońcem, które pięknie zachodzi, ale przy okazji wypaliło pół Afryki. Dziewczyną, która przed chwilą, bez miłosierdzia, porzuciła kochanka. Ta uroda nie służy żadnemu obiektywnemu dobru. Jest sama dla siebie.

Skoro już mówimy o inspiracjach, stary pisarz w opowiadaniu "Dworski zapach" bardzo przypomina Witolda Gombrowicza. To zbieg okoliczności?
Nie, w żadnym razie. W mojej literaturze istnieją dwaj wielcy mistrzowie - Iwaszkiewicz i Gombrowicz. Oni mnie interesowali chyba nawet bardziej jako ludzie niż pisarze. Nie miałbym zatem żadnych oporów, by nazywać mojego bohatera po prostu Gombrowiczem, a nie "starcem" czy "mistrzem", gdyby nie fakt, że w opowiadaniu występuje sporo nieścisłości. Jeśli piszę, że majątek nazywał się Sawczyn, a nie Małoszyce, a Gombrowiczowi skracam życie o rok, to już nie mam prawa do jednoznacznej identyfikacji.

Spróbował pan jednak podjąć eksperyment i odtworzyć ostatnie chwile pisarza.
Mam nieodparte wrażenie, że Gombrowiczowi u kresu, gdy jeszcze zachował świadomość i mógł śnić, śnił się dwór polski. Cała nieprzeżyta przez niego w rzeczywistości kawaleryjskość, ziemiańskość. Stanął u źródła, przyprowadzony przez Madonacha, syntezę kilku jego postaci, a jednocześnie funkcjonariusza partyjnego lub oficera policji politycznej. Nierzeczywistość tej historii wypełnionej emocjami, uczuciami, konfrontacjami jej bohaterów zawiera się w jej trwaniu. To w istocie jedno mgnienie oka.

W tym opowiadaniu najciekawsze historie dzieją się w tle.
Owszem, ponieważ tło jest ważniejsze od głównego bohatera. Dotyczy to wszystkich postaci drugoplanowych. Starzec pełni w gruncie rzeczy rolę ekranu - a wszystko, co istotne, wydarza się wśród tych fantomów. One puszczają na niego światło, one go ożywiają. Bez nich cała historia nie ruszyłaby z miejsca ani na krok.

Czy ponosi pan odpowiedzialność za myśli i czyny postaci, które zamieszkują pańskie opowiadania?
Gdybym powiedział, że odpowiadam w 100 procentach, byłoby to bardzo ryzykowne. Zupełnie jednak uchylić się od odpowiedzialności nie mogę, bo to okazałoby się tchórzostwem. Wobec tego niechętnie muszę stwierdzić, że ponoszę. Ale ze mną, podobnie jak z wieloma innymi pisarzami, jest tak, że nie do końca panujemy nad bohaterami i nie do końca ich rozumiemy. Powołujemy jakieś byty, które zaczynają potem żyć własnym życiem. Oczywiście, nie można popadać w przesadę, opowiadać, że oto mój bohater bez przerwy mnie zaskakuje. To byłaby minoderia, nieznośna maniera. Natomiast prawdziwe jest twierdzenie, że oni się emancypują i stają się w pewnym stopniu suwerenni. Autor ma prawo powiedzieć, że niektórych wyborów swoich bohaterów nie tylko nie akceptuje, bo to zupełnie naturalne, ale że ich również nie rozumie.