Kiedy rozmawia się dzisiaj z największymi światowymi pisarzami, takimi jak Ismail Kadare, John Updike, Julian Barnes, Gao Xingjian, okazuje się, że wszyscy znają Gombrowicza i wymieniają go, obok Milana Kundery, jako najważniejszego pisarza Europy Środkowej.

RITA GOMBROWICZ: Witold bardzo by się ucieszył, gdyby to usłyszał. To prawda, że dla całej elity europejskiej i światowej stał się klasykiem. Jest teraz tłumaczony na 36 języków.

Ale jeśli chodzi o jego pozycję wśród zwykłych czytelników, to chyba, zwłaszcza w krajach anglosaskich, nie zawsze jest różowo?

RITA GOMBROWICZ: Na szczęście teraz sytuacja się poprawia. Ale to prawda, że Anglosasi najdłużej opierali się dziełu Gombrowicza.

Dlaczego?

RITA GOMBROWICZ: Bo był Polakiem, a Anglicy nie interesowali się prawie literaturą obcą. Amerykanie jeszcze mniej. Mieli kilku europejskich intelektualistów, których podziwiali, jak Jacques Derrida, ale ich zainteresowania nie wykraczały poza ten stały zestaw nazwisk.

Gombrowicz to także rzadki przypadek pisarza, który stał się bohaterem literackim pod piórem innych pisarzy. Tajemnice życia pani męża wyraźnie nie dają spokoju pisarzom na całym świecie.

RITA GOMBROWICZ: Tak. Na przykład w Argentynie Witold stał się bohaterem kilku książek fikcjonalnych. Istnieje w podświadomości kolektywnej intelektualistów argentyńskich jako ważna postać.

Nie tylko argentyńskich. W ostatnim czasie w Polsce ukazały się dwie książki, których jest bohaterem: "Krótka historia literatury przenośnej" Hiszpana Enrique Vila-Matasa i "Gombrowicz i Buenos Aires" Włoszki Laury Pariani.

RITA GOMBROWICZ: Tak, Vila-Matas to pisarz kataloński, ale piszący po hiszpańsku, który uwielbia Gombrowicza i umieścił go w świecie swoich utworów. Jest jeszcze paru innych pisarzy, którzy zrobili to samo - także Francuzów.

WŁODZIMIERZ BOLECKI: Ale wcześniej sam Gombrowicz uczynił się bohaterem niemal wszystkich własnych utworów, na przykład w "Ferdydurke", "Trans-Atlantyku", "Pornografii", "Kosmosie"…

Gombrowicz żyje też w inny niezwykły sposób. Kiedy odbywają się w Polsce gorące debaty literackie, społeczne czy filozoficzne, a nawet polityczne, spierające się strony powołują się natychmiast na Gombrowicza. Dlaczego?

WŁODZIMIERZ BOLECKI: Gombrowicz miał wielki dar zwięzłych i celnych formuł. Uogólniał, posługiwał się paradoksem, dowcipem, całą paletą figur retorycznych, dzięki temu odświeżał widzenie rzeczywistości. Dlatego zaczęto mówić Gombrowiczem. Narzucenie czytelnikom swojego języka - to największy sukces pisarza.

Czy mówi się Gombrowiczem także w innych krajach, na przykład we Francji? Pamiętam, że wybitny krytyk francuski Pierre Jourde, laureat nagrody Akademii Francuskiej w dziedzinie krytyki, wydając parę lat temu wojnę najsilniejszemu środowisku literackiemu we Francji, jakim jest środowisko dziennika "Le Monde", powoływał się właśnie na Witolda Gombrowicza…

RITA GOMBROWICZ: Tak. Również we Francji Gombrowicz jest punktem odniesienia w debatach o niezależności pisarzy i nieangażowaniu się w politykę. Funkcjonuje jako prześmiewca i człowiek walczący o wolność. Siła wywrotowa jego tekstów do dzisiaj nie straciła świeżości, "Dziennik" i "Ferdydurke" często się też cytuje w artykułach dotyczących polityki.

WŁODZIMIERZ BOLECKI: Gombrowicz miał zamiar bulwersować intelektualistów, ale obiektem swych wywrotowych działań uczynił również generała Charlesa de Gaulle’a. Wysłał mu jedną ze swoich książek z komentarzem, że jej lektura na pewno pomoże generałowi zrozumieć Europę Wschodnią. Musiał się nieźle bawić, gdy otrzymał z kancelarii prezydenta Francji bardzo poważne podziękowanie.

RITA GOMBROWICZ: Mi mówił zawsze: mam nadzieję, że de Gaulle nie przeczyta tych szaleństw! Dominique de Roux, wielki przyjaciel Witolda, który często odwiedzał nas w Vence, znał osobiście wielu polityków, i kiedy Witold był chory i samotny, dla rozrywki zaproponował mu wysyłanie książek politykom. Świetnie się bawiliśmy, pisząc dedykacje. Witold napisał na przykład: "Generalnie, mój Generale, drżę", a także: "Generałowi de Gaulle, czyli Francji".

Skąd się wziął tytuł "Ferdydurke"? Gombrowicz, zapytany o to w Argentynie przez jakiegoś dziennikarza, powiedział: to jest nazwa ulicy w moim rodzinnym mieście…

WŁODZIMIERZ BOLECKI: Dzisiaj wiemy, że tytuł wywodzi się z powieści "Babbitt" Sinclaira Lewisa, pisarza amerykańskiego z pierwszej połowy XX wieku. W 1984 r. wpadł na ten trop tłumacz i eseista Bogdan Baran, zauważywszy, że występuje tam epizodyczna postać o nazwisku Freddy Durkee. Trzy lata temu profesor Henryk Markiewicz znalazł krótką nowelę Gombrowicza "Uszy", która jest parafrazą epizodu z "Babbitta", i w której występuje niejaki Ferdy Durkee. To było zaginione ogniwo w naszej wiedzy o tytule "Ferdydurke". Ale dlaczego "Ferdy", a nie "Freddy", jak jest po angielsku? Otóż Gombrowicz znał tę powieść z wydania z 1927 roku, a tam Zofia Popławska, tłumaczka, popełniła błąd, przekręcając imię Freddy na Ferdy. I mamy "Ferdydurke"!

Dlaczego akurat ta epizodyczna postać była tak ważna?

WŁODZIMIERZ BOLECKI: To być może jedna z najważniejszych tajemnic tej powieści. Freddy Durkee Sinclaira Lewisa to młody człowiek, który przez kolegów z pracy jest uważany za tchórza. Nagle, na ich oczach, przechodzi gwałtowną przemianę, staje się arogancki i narzuca otoczeniu swą osobowość. Jednym z naczelnych motywów pisarstwa Gombrowicza jest postać nieśmiałego człowieka, który prowokuje starcie z osobą o znacznie wyższym statusie społecznym. Łamie w ten sposób istniejące normy.

Okazuje się, że jedną z takich potężnych osób, z którymi walczył Gombrowicz, i to w "Ferdydurke", był Witkacy?

WŁODZIMIERZ BOLECKI: To ciekawa sprawa. Witkacy w 1938 roku wysłał do Jerzego Pomianowskiego pocztówkę, na której napisał: "Rozdział czwarty jest świński". I wykreślił Gombrowicza z listy znajomych. Dlaczego? W czwartym rozdziale "Ferdydurke", "Przedmowa do Filidora dzieckiem podszytego", autor prezentuje swoje poglądy na kulturę i literaturę. Otó te poglądy to bezlitosne naigrywanie się z Witkacowskiej koncepcji Czystej Formy! "Ferdydurke" to powieść, w której ukryte zostały "szpilki" wymierzone w rzeczywiste postaci. Gombrowicz potrafił stworzyć wielką literaturę także z animozji i sporów z konkretnymi ludźmi.

Także z konfliktów rodzinnych. A jak pani się układały stosunki z rodziną Gombrowicza?

RITA GOMBROWICZ: Najbardziej zaprzyjaźniłam się z jego bratem Januszem. Ale wdowom po pisarzach często źle się układa z rodziną męża. Wiem na przykład, że wdowa po Borgesie nie dogadywała się z jego rodziną. Dla mnie problemem było zupełnie co innego: polityka. Zajmowałam się dziełem polskim zabronionym w Polsce i wydawanym na emigracji. Jestem Kanadyjką i nie znam polskiego, a od momentu śmierci Witolda zostałam wrzucona w najtrudniejszą, najokropniejszą polską politykę. Wdowy po pisarzach francuskich, które znam, są w zupełnie innej sytuacji. Mają wydawców i stowarzyszenia pisarskie, które je chronią, i ich zadanie sprowadza się do zachowywania dyskrecji, godnego reprezentowania spuścizny po mężu, etc. Ja musiałam promować dzieło, które mnie w pewien sposób przerastało, bo nawet nie mogłam go czytać w oryginale. Wzorem, jeśli chodzi o to, co powinna robić wdowa po pisarzu z jego pamięcią, była dla mnie Nadieżda Mandelsztam, ale pewnego dnia Adam Zagajewski powiedział mi: żeby być godna Nadieżdy, musisz nauczyć się DZIENNIKA na pamięć! Bo ona uczyła się na pamięć wierszy swojego męża i recytowała je ludziom, żeby te zabronione utwory mogły dalej istnieć.
Cóż, ale fakt, że nie znałam polskiego (choć nie mówię, że to dobrze), sprawił jedną dobrą rzecz: że miałam duży dystans do spraw politycznych.

Ale śledziła pani politykę polską?

RITA GOMBROWICZ: O tak. Ponieważ nie mówię po polsku, otaczałam się zawsze ludźmi, którzy szczegółowo mi wyjaśniali, co się dzieje w Polsce. I najpiękniejszym momentem mojego życia był rok 1989.

Jaka była sytuacja Gombrowicza we francuskim środowisku intelektualnym, kiedy pani go poznała w 1964 roku?

RITA GOMBROWICZ: Gombrowicz został dobrze przyjęty we Francji przez lewicę, bo tam lewica zawsze była bardzo wyrafinowana intelektualnie. Jego pierwszy wydawca, Maurice Nadeau…

Który odkrył we Francji również Samuela Becketta, Raymonda Queneau, Georgesa Pereca, ostatnio Michela Houellebecqa…

RITA GOMBROWICZ: Tak. No więc Nadeau był trockistą. Ale łatwo było być komunistą, kiedy żyło się w wolnym kraju. W opactwie Royaumont, gdzie się poznaliśmy, większość gości to byli właśnie francuscy marksiści, i Witold strasznie im dokuczał. Kiedy Janusz Odrowąż-Pieniążek, obecnie dyrektor Muzeum Literatury w Warszawie, przyjechał do Royaumont, Witold powiedział mu: zabrałbym pana na przejażdżkę do Chantilly, ale trzeba by pożyczyć samochód od marksisty. Wszyscy ci ludzie lewicy oczywiście mieli pieniądze, samochody, etc.

Gombrowicz był już wtedy znany we Francji i na świecie?

RITA GOMBROWICZ: Był znany przez elitę. Tłumaczono go od 1958 roku, najpierw we Francji, potem we Włoszech, w Niemczech, etc. Ale zainteresowano się nim jedynie dzięki temu, że podczas odwilży w Polsce w 1956 roku jego dzieła zaczęły się ukazywać w kraju. Wygnańców publikowano na Zachodzie niechętnie.

Właśnie, jak było z tym wydaniem? W edycji krytycznej zamieszczono korespondencję Gombrowicza z Giedroyciem, z której wynika, że Giedroyc poniekąd odradzał Gombrowiczowi publikację w Polsce.

WŁODZIMIERZ BOLECKI: Po 1945 roku między PRL-em a emigracją trwał okres zimnej wojny. Wielu pisarzy polskich, którzy zostali na emigracji, postanowiło nie publikować w Polsce i traktowało to jako gest patriotyczny w proteście przeciw sowietyzacji Polski. W 1956 roku cenzura zelżała. Wtedy właśnie do Gombrowicza dotarły propozycje wydania jego dzieł. Gombrowicz radził się różnych osób, w tym Giedroycia, ten się wahał. Ale dla Gombrowicza najważniejsze było dotarcie do czytelnika krajowego. Przyjął propozycję PIW-u, w którym szefem redakcji literackiej był Jan Józef Lipski. I w dużym stopniu jemu zawdzięczamy, że Gombrowicz wydał wtedy w Polsce "Ferdydurke".

RITA GOMBROWICZ: Na Zachodzie zaistniał na początku w znacznej mierze jako dramaturg. Nawet kandydatem do Nobla był właśnie dzięki dramatom, które uważano za teatr absurdu.

Dlaczego nie dostał Nobla?

RITA GOMBROWICZ: Miał go dostać w listopadzie 1969 roku, ale umarł w lipcu. Powiedzieli mi to ludzie z Akademii Szwedzkiej. Zamiast niego Nobla dostał wtedy Beckett, któremu też się, rzecz jasna, należało. Ja wolę Witolda bez Nobla, ale na pewno ta nagroda pomogłaby mu zaistnieć. Tej jesieni zostanie otwarte muzeum we Wsoli pod Radomiem, w dworku, w którym pisał, i wygląda na to, że po latach starań uda się też wreszcie stworzyć muzeum w willi w Vence koło Nicei, gdzie mieszkaliśmy. Gdyby miał Nobla, na pewno te rzeczy wydarzyłyby się znacznie szybciej. Dla Witolda wszystko było zawsze trudniejsze ni dla innych.

Początki w Polsce, jeszcze przed wojną, też nie były zbyt łatwe. Podobno Aleksander Wat odrzucił tę powieść w wydawnictwie Gebethnera i Wolffa?

WŁODZIMIERZ BOLECKI: Tak, to jedna z zagadek historii literatury polskiej XX wieku. Wat, jeden z najbardziej oryginalnych międzywojennych poetów awangardowych, był lektorem wydawnictwa i odradził wydanie powieści. To pokazuje, jak niezwykła była ta książka nawet dla najbardziej wyrobionych czytelników.

Ale przecież byli też tacy, którzy go docenili?

WŁODZIMIERZ BOLECKI: Tak, zresztą tych było więcej. Szczególnie docenił go Bruno Schulz. Po pierwszej lekturze fragmentów "Ferdydurke" sugerował wprawdzie Gombrowiczowi, żeby zrezygnował z publikacji, ale przy drugiej lekturze zmienił zdanie i ponoć co rozdział wysyłał Gombrowiczowi telegram pochwalny. Wysoko ocenili powieść także inni wybitni krytycy: Sandauer, Fryde, Promiński, Otwinowski, Piwiński, Herling-Grudziński. Gombrowicz natomiast trochę to później zmistyfikował, tworząc legendę o odrzuceniu swej powieści przez środowisko literackie.

RITA GOMBROWICZ: Gombrowicz opowiadał mi swoje życie jak epopeję. Kiedy pojechałam do Argentyny, śladami Witolda oprowadzał mnie jego kuzyn Gustaw Kotkowski. Gustaw był jedyną osobą, która znała dobrze życie Witolda i w Argentynie, i w Polsce. Przyjechał do Argentyny w 1941 roku, bo Witold mu napisał: znalazłem wspaniałą willę i hrabinę, która mnie utrzymuje, musisz przyjechać. Tymczasem mieszkał w małym, biednym pokoju, gdzie nie można było wytrzymać, tak hałasowały pod oknem tramwaje. Ale Gustaw został w Buenos Aires.

Dowiedziała się pani w Argentynie rzeczy, których pani nie wiedziała?

RITA GOMBROWICZ: Najwspanialsze było, że Witold powiedział mi samą prawdę. Jedna rzecz, której mi nie powiedział, to, do jakiego stopnia był biedny.

Rta Gombrowicz jest autorką książek "Gombrowicz w Argentynie "i "Gombrowicz w Europie" oraz patronką honorową edycji pism zebranych Witolda Gombrowicza, przygotowywanej przez Wydawnictwo Literackie. "Ferdydurke" to drugi tom tej edycji.
Włodzimierze Bolecki jest badaczem twórczości Gombrowicza, autorem opracowania krytycznego "Ferdydurke".