Pewien buddyjski mnich zbłądził w pielgrzymce do świątyni. Noc zastała go w dżungli. Nic nie widząc w ciemnościach, zmuszony był przerwać wędrówkę. Dokuczało mu pragnienie, ale dobre duchy widać miały do niego słabość. Natrafił dłonią na czarkę z chłodną, pyszną wodą. Gdy pierwsze promienie słońca przedarły się przez liście, mnich ujrzał, że pił z czerepu, z którego jeszcze zwisały strzępy gnijącego mięsa. Na dnie, w resztkach deszczówki, wiły się robaki.

To przypowieść dobrze znana adeptom buddyzmu zen. Świetnie obrazuje kruchość naszych wizji świata i słabości nawykowego myślenia, które sięga po złudne protezy chomikowanych przez umysł pojęciowych schematów i wzorców. Zadowalamy się wygodą iluzją, zamiast przebić wprost do istoty rzeczy. Chmury wciąż przesłaniają słońce, zaśniedziałe zwierciadło nie odbija świata takim, jaki jest.

Haiku, ulubiona forma poetycka japońskich mnichów zen, próbuje choć na chwilę rozproszyć chmury. Czy to nie paradoks? Poezja korzysta przecież ze słów - abstraktów obciążonych balastem skojarzeń, kotwic konceptualnego myślenia, które tak bardzo przeszkadzają naszym umysłom w wypłynięciu na szerokie morze, skąd widać więcej niż kawałek brzegu. Zen jednak, tak jak w dżudo, świetnie potrafi wykorzystać siłę przeciwnika. W zadawanych przez mistrza koanach, ćwiczeniach umysłu, na przykład o "Buddzie, który jest butem z trawy" lub "odgłosie jednej klaszczącej dłoni", doprowadza do czołowego zderzenia wykluczających się pojęć - katastrofy, która ma rangę katharsis. Zmusza w ten sposób umysł adepta do kapitulacji, co pozwala mu wznieść się nad arystotelesowski ład, gdzie zawsze 1=1 i 1≠0.

Haiku nie jest tak radykalne jak koan. Respektuje nasze ograniczenia, ale stymuluje umysł do uniesień, w których można doświadczyć przebłysku głębszej prawdy. Transcendencji.

Haiku najśmielej operują paradoksem, zderzają przeciwieństwa, wyłuskują linie największych naprężeń wszechświata. Najlepsze były pisane przez nietuzinkowych mnichów zen, zwykle w ostatnich latach życia. Haiku są bowiem zarazem narzędziem i wyrazem duchowego rozwoju. Dopóki nie zrozumiemy ich roli, nie przestaniemy przyjmować za punkt odniesienia standardów europejskiej estetyki, lektura pereł haiku nic nam nie da. Nie pomogą wyzwolić umysłu z okowów dualistycznego podziału na "ja" i resztę świata.

Nie wspominając o tym, że w ten sposób zgubimy szansę na docenienie klasy tłumacza, którego rola przy przekładach japońskiej poezji jest o wiele większa niż choćby przy tłumaczeniu poezji anglojęzycznej.

Spójrzmy na słynne haiku Bashō - XVII-wiecznego mnicha wędrowca, który porzucił dworski splendor i zaszczyty, wyruszając na poszukiwanie tego, czego nie sposób zdobyć za pieniądze. Najpierw przekład najbardziej znany - ten, który kiedyś tak wielu z nas chwycił za serce za sprawą "Literatury na świecie":

Wokół tak cicho
- stapia się z litą skałą
wołanie cykad

A teraz najnowsze tłumaczenie z wydanego właśnie zbioru "Haiku":

Cisza
lita skała nabrzmiała
wołaniem cykad

Oba przekłady są znakomite, ale o ich różnicach można napisać sążnistą rozprawkę. Pierwszy bardziej efektowny, komunikatywny, zgrabnie wpasowany w ramy polskiej tradycji literackiej. Na dobrą sprawę strofy te mogliby popełnić Słowacki lub Mickiewicz, w końcu podczas egzotycznych podróży często słyszeli cykady zamiast świerszczy.

Przekład drugi wydaje się na tym tle surowy. Nie uwodzi od razu, ale celniej trafia w sedno. Jest bardziej zen. Najwięcej mówi przez kontrast wers otwierający. W przekładzie pierwszym uderza obfitość formy, w gruncie rzeczy bardziej zgodna z duchem poezji Młodej Polski niż ascetycznym z natury haiku: "Wokół tak cicho". W przekładzie drugim to po prostu dobitna "Cisza". Brak czasownika w drugim tłumaczeniu podkreśla ponadto uniwersalizm przesłania, skaluje emocje od punktu w czasoprzestrzeni do nieskończoności. Wyraźniej jest tu także zaakcentowane napięcie między niezmienną stałością nieporuszonej skały a ruchem, chaosem i zmianą, symbolizowaną przez gwarne stado owadów. Niczym w koanie, ma tu miejsce paradoksalna unia przeciwieństw. Energia aż wibruje wśród słów. Napięcie domaga się rozładowania - w jasnej eksplozji przebłysku, na niedostępnym dla kartezjańskiego umysłu planie, gdzie zarazem 1=1 i 1=0.
Im dłużej przyswajam ten przekład, tym bardziej jestem pod wrażeniem. Świetna rzecz. Jak cały zbiór zresztą, absolutnie niezbędny w Państwa torebkach i plecakach.

Kończę ten tekst na tarasie domu daleko od miasta. Jest coraz chłodniej, myśli biorą przykład z cykad. Żartobliwie pożegnam się inaczej:

Rozkwita noc
ekran laptopa gaśnie
skarcony blaskiem gwiazd

"Haiku"
tłum. Agnieszka Żuławska-Umeda, Elay 2007 (www.e-lay.pl)