"No cóż, twój Bóg jest rzemieślnikiem, w dodatku niepełnosprawnym" - powiedział mi kiedyś przyjaciel. Czytałem wówczas świeżo wydanego po polsku "Ślepego zegarmistrza" Richarda Dawkinsa, brytyjskiego biologa, teoretyka neodarwinowskiego ewolucjonizmu. Podobnie jak wcześniej przy lekturze "Niewczesnego pogrzebu Darwina" Stephena Jaya Goulda, innego wybitnego ewolucjonisty, miałem poczucie, że rozmaite prywatne teorie wyjaśniające świat znajdują potwierdzenie w eleganckiej, spójnej koncepcji doboru naturalnego. Neodarwinizm, razem w wieloma pokrewnymi dziedzinami nauki, takimi jak teoria gier czy nowoczesna socjologia i ekonomia, dostarczył mi szeregu wyjaśnień, na które język angielski ma określenie "plausible" (a co na polszczyznę tłumaczyłoby się w tym przypadku jako „możliwe do przyjęcia”). Nawiasem mówiąc, zakładam bez większego bólu, że istnieją we wszechświecie zjawiska, których nie będziemy w stanie zrozumieć - jesteśmy na to po prostu za mali. Niektórzy nazywają te zjawiska Bogiem, ja posłużyłbym się raczej pojęciem skali.

Krótko mówiąc, jestem ateistą. Nie wierzę w Boga chrześcijan, podobnie jak nie wierzę w żadne inne bóstwo. Ów stan mnie jednak specjalnie nie raduje. Miewam niekiedy poczucie, że czegoś mi brak, bo klarowność i sensowność wyjaśnień naukowych nie prowadzi w żadne szczególnie interesujące miejsce. Jeśli w ogóle, o czym dalej, nie przyczyni się ostatecznie do wyginięcia rodzaju ludzkiego.

Patrzę na ten problem z perspektywy człowieka, któremu przyszło się urodzić, egzystować i umrzeć bez konsolacji (no może z wyjątkiem posiadania wspaniałych dzieci, które uważam za jedyny realny przejaw własnego życia pozagrobowego), choć również bez wielkiego poczucia winy. Niczego mi nie obiecano. Mogę istnieć zgodnie z własnym sumieniem, a fakt, że świat nie do końca budzi mój zachwyt, to inna sprawa. "Easy come, easy go" - jak mawiają Amerykanie.

Ateista to bestia

Mówi się, że XXI wiek będzie stuleciem religii. Coś jest w tym twierdzeniu - wiara przeżywa renesans zadziwiający wielu sceptyków, a być może nawet i samych wierzących. Na tym tle ateizm wydaje się konstruktem dość egzotycznym, choć jeszcze parę dekad temu widziano w nim przyszłość ludzkości. Świadczy to nie tyle o aktywnym udziale Boga w kształtowaniu cywilizacji (jak chcieliby adwokaci religijności), co o nieprzewidywalności masowych procesów ewolucji. Od teoretyków sztucznej inteligencji płynie jeszcze jeden interesujący wniosek - niewykluczone, że mamy do czynienia ze schyłkiem ludzkości w ogóle. Wówczas nasilenie zachowań religijnych dałoby się traktować jako przejaw dekadencji i lęku przed trudno zrozumiałą zmianą, w rezultacie której zostaniemy wyrugowani i zastąpieni przez własne technologiczne kreacje. Niemniej, póki jeszcze mieszkamy na tej planecie, warto przyjrzeć się pojęciu ateizmu, bo jest on rodzajem lustra, w którym przegląda się współczesna wiara. Parafrazując tytuł słynnego eseju Goulda o zebrach, zapytajmy więc: "Co to jest ateizm, jeśli w ogóle coś?".

Ukazały się właśnie dwie książki stanowiące istotny element debaty o statusie ateizmu - obie napisane przez intelektualistów, obie napisane z pasją. Mowa o słynnym, skandalizującym "Bogu urojonym" Richarda Dawkinsa oraz o polemice z tym gorącym manifestem - eseju "Bóg nie jest urojeniem. Złudzenie Dawkinsa" biofizyka i teologa Alistera McGratha oraz jego żony Joanny. Jest to w gruncie rzeczy dogmatyczna kłótnia pełna rozmaitych zabawnych wyzwisk i wymyślnych epitetów. Z punktu widzenia McGratha ateizm Dawkinsa wydaje się zresztą rodzajem ślepego kultu. Sprowadzenie niewiary w Boga do quasi-religijnej ideologii to skądinąd zabawny strzał do własnej bramki. Inna sprawa, że Dawkins sam się podkłada, z zapałem ogłaszając, że liczy na masowe ateistyczne konwersje czytelników, którzy przeczytają jego książkę. Nawet jeśli to żart, to powinien był pamiętać, że religia i poczucie humoru niespecjalnie idą w parze.

Trochę rozumiem desperację Dawkinsa - rzut oka na przemiany cywilizacyjne wystarczy, by spostrzec, że, obok homoseksualizmu i relatywizmu, ateizm to dla wielu podstępny wróg, którego trzeba zgładzić, a przynajmniej potępić. Wokół tego pojęcia zgromadził się zresztą cały kompleks rozmaitych stereotypów czyniący z przeciętnego ateisty groteskową bestię: skrajnie lewicową, nihilistyczną do szpiku kości, pełną pogardy dla dobrych ludzi, opętaną kultem przyjemności i śmierci, z definicji niemoralną, a więc niepotrafiącą odróżnić dobro od zła. Jakoś nie odnajduję siebie w tym wizerunku.

Pozareligijne źródła moralności

"Bóg urojony" może być skrajnie obraźliwy dla osób wierzących. Angielski biolog to człowiek temperamentny, nie umiał więc darować sobie szerokiego spektrum obelg zarówno pod adresem Boga, jak i jego wyznawców różnych religii. Co istotne jednak - nie powinniśmy traktować tych, skądinąd miejscami całkiem zabawnych, kalumnii jako wyznacznika wartościującego całą książkę. Najciekawsze rzeczy Dawkins napisał, kiedy już się solidnie wywrzeszczał. Po pierwsze, próbuje znaleźć wyjaśnienie fenomenu Boga (czy religii w ogólności) w kategoriach racjonalnej analizy.

Po drugie zaś, udowodnić, dlaczego transcendencja nie jest potrzebna do zrozumienia złożoności naszego świata. Jego kluczem jest teoria naturalnej selekcji. Dawkins twierdzi, że ewolucja i złożoność przyrody będąca jej wynikiem, to nie dzieła przypadku, ale efekt szczególnego związku, który moglibyśmy nazwać zależnością od obranej drogi. Przypadkowy dobór jakieś cechy powoduje tu konieczność włączenia jej do puli genowej. Nie możemy pozbyć się nóg, oczu i dziwacznych instynktów – są naszą spuścizną po przodkach. Podobnie jest z Bogiem, twierdzi Dawkins, niewykluczone, że to po prostu jakiś moduł ludzkiego mózgu pozytywnie wyselekcjonowany w zamierzchłej przeszłości, a odpowiedzialny, na przykład za spójność postrzegania świata i etyczne postępowanie, korzystne dla genetycznego sukcesu. Czy to taka straszna wiadomość, że mamy Boga wmontowanego przez ewolucję na stałe do głowy? Kultura może wzmacniać albo osłabiać tę skłonność.

Autor "Ślepego zegarmistrza" twierdzi, że - dla dobra ludzkości - trzeba z nią walczyć. To, jak się wydaje, jego sprawa. Inna rzecz, że dla odmiany McGrath, w końcu też profesjonalista, ni w ząb nie rozumie ewolucjonizmu, podobnie jak Dawkins nie okazuje się asem w dziedzinie teologii judeochrześcijańskiej. Przekrzykiwanie się czy wśród naukowców jest więcej ateistów, czy osób wierzących to groteskowy temat zastępczy. Podobnie z licytacją na błędy rzeczowe. Przecież tak naprawdę chodzi o ustalenie źródeł moralności, na którą religie ustanowiły swoisty monopol.

Co w miejsce religii?

Wydaje się, że rzeczywista linia podziałów nie przebiega między religią a ateizmem, ale zupełnie gdzie indziej. Przede wszystkim na linii fundamentalizm - umiarkowanie. O religijnych fanatykach wiemy, że są groźni. Ale „nowy wspaniały świat” racjonalistów tym w istocie różni się od „starego świata” wierzących, że jest, paradoksalnie, mniej przewidywalny, a przez to bardziej chaotyczny i groźny. Dawkins upiera się, że ostateczne porzucenie Boga przyniesie ludzkości wyzwolenie, szczęście i samorealizację. No cóż, mogliśmy to obserwować w formie bajecznego XX-wiecznego totalitaryzmu. W dodatku poznawczej i społecznej specyfice homo sapiens towarzyszy intensywna stadność oraz szczególny horror vacui - lęk przed pustką. Miejsce religii wypełnić musi coś innego, czy będzie lepsze - tego nie wiemy. Gdyby zgodzić się ze Stanisławem Lemem, musielibyśmy przyznać wręcz: będzie gorsze, bo człowieczeństwo w ogóle nie jest zbiorem cech, którymi wypadałoby się chwalić. W "Możliwości wyspy" Michel Houellebecq nakreślił ponurą wizję do szpiku kości materialistycznej "religii" obiecującej to samo, co wielkie kulty monoteistyczne, tyle że bez transcendencji. Tę gorzką parafrazę ewangelii powinniśmy mieć z tyłu głowy, zapuszczając się w rejony naiwnego optymizmu.
W skład fanatyzmu wchodzi też, oprócz wymienionej już stadności i lęku przed pustką, bezrefleksyjne oddanie autorytetom, pewność swoich racji, dziki zapał, konformizm oraz nienawiść wobec inności. W dzisiejszym świecie to nie racjonalizm ponosi klęskę, ale indywidualizm, sceptycyzm i umiłowanie świętego spokoju. Powinniśmy bronić naszej umiarkowanej, łagodnej egzystencji przed agresywną bandą wszystkowiedzących łajdaków. Wierzący i niewierzący, ramię w ramię.


"Bóg urojony"
Richard Dawkins, przeł. Piotr Szwajcer, CiS 2007

"Bóg nie jest urojeniem. Złudzenie Dawkinsa"
Alister McGrath, Joanna Collicutt McGrath, przeł. Jerzy Wolak, WAM 2007