Wielu Kanadyjczyków i Amerykanów z tej książki po raz pierwszy dowiedziało się, że w Polsce była kiedyś arystokracja, a nie tylko chłopi i robotnicy znani w Ameryce z popularnych "Polish jokes".

Skąd pani fascynacja Zofią Potocką?

W bibliotece publicznej natrafiłam na "Dzieje pięknej Bitynki", jej biografię napisaną przez Jerzego Łojka. I zafascynowała mnie. To historia greckiej dziewczyny, biednej i bardzo pięknej. Ale w końcu pięknych kobiet nie brakuje w żadnym stuleciu i w żadnym kraju. Ta jest jednak niezwykła. Bez pieniędzy, bez środków do życia, zmuszona sama sobie radzić, radzi sobie tak doskonale, że zostaje żoną jednego z najbogatszych polskich arystokratów. Jest przy tym dwuznaczna moralnie, a o świetlanych postaciach trudno pisać. Urzekło mnie też, że była emigrantką. Sama jestem w takiej sytuacji.

Zofia Potocka to postać historyczna. Respektowała pani historię?

Tak. Żadnego faktu nie zmieniałam celowo. Przeczytałam książkę Łojka, jak również inne materiały na temat Zofii Potockiej. Byłam w archiwum Potockich w Krakowie. Ale biografia każdej postaci ma mnóstwo punktów nie do końca sprawdzonych. To pole do popisu dla literackiej wyobraźni.

Pisze pani w posłowiu, że Łojek ocenił Zofię nieco złośliwie, bo miał patriarchalne spojrzenie na historię.

Łojek był historykiem w latach 60. i 70., wyrażał swoją epokę. O historii pisano wtedy inaczej, nie istniały jeszcze badania feministyczne. Gdybym czytała jego książkę w tamtych czasach, pewnie nie zwróciłabym na to uwagi. Teraz jednak zauważyłam nutkę patriarchalną i pewną dwuznaczność - bo z jednej strony on ją podziwia, a z drugiej gardzi nią jako kobietą, która musiała zdobywać swoją pozycję przez łóżko. A tymczasem trzeba zdać sobie sprawę, że wówczas dla biednej dziewczyny łóżko było jedynym sposobem, żeby coś osiągnąć. W XVIII wieku kobiety nie studiowały na uniwersytetach i nie robiły karier zawodowych.

Jacy byli ci kolejni mężczyźni, dzięki którym robiła karierę?

Zaczęła od tego, że została utrzymanką Karola Boscampa-Lasopolskiego. Był to wyjątkowy szubrawiec, ale pełnił funkcję polskiego ambasadora w Stambule. Wydawało mu się, że grecka dziewczyna to jest dobry pomysł na jeden rok, a potem zostawi jej jakieś pieniądze. Zdecydował się jednak sprowadzić ją do Polski. Potem szybko zmienił zdanie i chciał ją z powrotem odesłać do Stambułu, ale Zofia w tym czasie wyszła szybko za Jana Witta, syna generała. Potem była kochanką faworyta Katarzyny Wielkiej, księcia Potiomkina. Kiedy Potiomkin umarł, spotkała Stanisława Szczęsnego Potockiego, późniejszego uczestnika targowicy. Oczywiście po drodze miała wielu kochanków, tak jak każda kobieta z arystokracji. Czasem nie zdajemy sobie sprawy, jak mało pruderyjne były te kobiety. Kiedy Izabela Czartoryska rodziła dziecko, jej kochanek siedział w szafie, a mąż dobrze wiedział, że to nie jego dziecko. Rozwody były wtedy na porządku dziennym, a małżeństwo uważano jedynie za formalny związek. Mąż i żona mieli wiele związków dodatkowych, czasem się przyjaźnili, czasem nie. Dopiero w dziewiętnastym wieku, w epoce wiktoriańskiej, zaczęły obowiązywać surowe normy moralne. Dlatego musimy te historie miłosne widzieć w kontekście epoki i obyczajowości ówczesnej arystokracji.

Jak pani zdaniem dzisiejsza obyczajowość wygląda na tle tamtych czasów? Jesteśmy bardziej purytańscy?

Na pewno jesteśmy bliżej XVIII-wiecznej moralności niż pokolenie naszych rodziców czy babć. Ale jednak nadal jesteśmy bardziej purytańscy niż tamta arystokracja - bo mówimy tylko o arystokracji, mieszczaństwo było zdecydowanie bardziej moralne. Nie mamy aż takiej akceptacji dla związków pozamałżeńskich i romansów. Wtedy to było na porządku dziennym. Sama Zofia miała do mężczyzn taki stosunek jak do polityki: szukała rozwiązania, które byłoby dla niej najwygodniejsze.

No właśnie, a jak oceniała targowicę?

Tak jak każdy imigrant nie była do końca zorientowana. A przede wszystkim trudno było wymagać od niej lojalności w popieraniu określonych opcji politycznych. Była córką greckiego handlarza bydła, jej rodzina nie wpoiła jej polskiego patriotyzmu. Zresztą sam Potocki też do swojej decyzji różnie podchodził. Podpisał targowicę. Potem żałował tej decyzji. Błagał Boga o przebaczenie, umierał, czując się potępiony. Zofia, która w czasie targowicy była jeszcze jego kochanką, a nie żoną, niewiele miała do powiedzenia i na pewno zorientowała się szybko, jak niepopularna była to decyzja. Choćby wtedy, kiedy pojechała do Hamburga, a tam nikt nie chciał się z nią przywitać. Ale kiedy jako kochanka Potockiego przyjechała do Nieborowa, już po targowicy, księżna Radziwiłłowa witała ją z honorami. Musimy pamiętać, że rody magnackie, chcąc nie chcąc, musiały mieć dobre układy z dworem petersburskim.

Jej dzieci też nie miały jasnego stanowiska w kwestiach polskich. Jeden syn walczył po stronie carskiej przeciwko powstańcom, drugi był polskim patriotą.

Tak, Aleksander był patriotą, wystawił swój pułk w powstaniu listopadowym i za udział w nim stracił m.in. Zofiówkę. Natomiast Jan, syn z pierwszego małżeństwa, brał udział w represjach przeciwko powstańcom. Córki też przechodziły ewolucję. Olga identyfikowała się ze stroną rosyjską, Zofia była polską patriotką.

Myśli pani, że to dlatego, że nie mieli jasnej tożsamości narodowej?

Na pewno. Ale i dlatego, że historia zawsze prościej wygląda, kiedy się o niej czyta sto lat później. W momencie dokonywania wyborów moralnych i politycznych nie wszystko jeszcze wiemy. Trzeba też pamiętać, że wtedy informacje krążyły znacznie wolniej, ludzie często nie byli świadomi, co się dzieje wokoło.

Waśnie, to również książka o historii Polski. Dziwię się, że napisała ją pani po angielsku.

Jestem anglistką, od 1981 roku mieszkam w Kanadzie i piszę dla czytelnika północnoamerykańskiego. W Kanadzie ciągle mnie pytają: Jaka jest Polska? Co to za kraj? W swojej pierwszej powieści "Konieczne kłamstwa" wydanej w 2000 roku i nagrodzonej w Kanadzie bardzo prestiżową nagrodą za debiut, opowiedziałam o czasach bardziej współczesnych - o Wrocławiu, w którym się wychowałam, i o emigracji. "Ogród Afrodyty" to także odpowiedź na pytanie o Polskę, bo Polska czasów Zofii Potockiej, zaborów, jest ciągle dla nas żywa. Każdy Polak wie, czy pochodzi z dawnej Galicji, zaboru rosyjskiego czy pruskiego. Książka została wydana przez duże wydawnictwo, nie tylko w Kanadzie, ale i w Anglii, Nowej Zelandii, Australii, a potem była tłumaczona na hiszpański, włoski i na portugalski w Brazylii. Polskie tłumaczenie jest ostatnim.

Dlaczego wyemigrowała pani do Kanady?

Wyjechałam tam, żeby studiować anglistykę. W Kanadzie zastał mnie stan wojenny. Ponieważ mojemu mężowi i synowi udało się po pewnym czasie do mnie dołączyć, podjęliśmy decyzję, żeby zostać. To był bardzo trudny okres, ale przekonałam się o wielkiej serdeczności Kanadyjczyków w stosunku do polskich uchodźców. Nie było najmniejszego problemu z zalegalizowaniem naszego pobytu. Kiedy napisałam doktorat, przekonałam się też, że tutaj można jednocześnie pracować na uczelni i być pisarzem. W Polsce taka możliwość nie istniała. Znalazłam więc dla siebie drogę. Mogłam uczyć i nie pisać książek akademickich, tylko literackie.

Kiedy zadawałam pytanie, czemu pani wyemigrowała do Kanady, zdałam sobie sprawę, jak dawno nie używałam słowa "wyemigrować". Współcześnie taka emigracja, jakiej pani doświadczyła, przestała chyba istnieć. Polacy ciągle wyjeżdżają, ale wyjeżdżają tak jak Niemcy do Londynu czy Anglicy do Paryża, na trochę, żeby popracować, zarobić, coś przeżyć, a nie na całe życie.

To prawda. Jedną z moich ulubionych zabaw towarzyskich w Kanadzie jest pytanie dwunastu osób siedzących przy stole: Kto z państwa się urodził w Kanadzie?
Jeśli zgłosi się jedna osoba, to już jest bardzo dobrze. Wszyscy jesteśmy imigrantami.