Jest taka kategoria pisarzy: szanowanych i cenionych, ale prawie nieczytanych. Właśnie takim pisarzem jest Kornel Filipowicz. Biorąc do ręki wydane niedawno "Cienie" - wybór jego opowiadań dokonany przez Wisławę Szymborską, jego wieloletnią partnerkę życiową - zastanawiałam się dlaczego? Co jest w tych świetnie napisanych tekstach, że się nie przebiły? Że nie weszły do kanonu? Że jest to proza czytana prawie tylko i wyłącznie przez "zawodowców", a nie zwyczajnych odbiorców literatury?

W grę wchodzą w tym szczególnym przypadku kwestie z socjologii życia literackiego. Filipowicz, choć wydał w życiu ponad trzydzieści książek bez szczególnych przeszkód cenzury, podobno nie bardzo się promował. Ale czy w samych tych tekstach - świetnie napisanych i bardzo wciągających - jest coś, co sprawia, że nie bardzo nas one "kręcą"? Że nakreślona przez Filipowicza wizja stosunków polsko-żydowskich - bo taki jest wspólny temat tych opowiadań - nigdy nas tak nie zainteresuje jak pierwsze lepsze opowiadanie Borowskiego?

Szymborska wybrała te krótkie nowelki z tomów ukazujących się od 1959 do 1989 r. Filipowicz pisał tam o różnych sprawach, ale jak widać, przez wszystkie te lata stosunki polsko-żydowskie znajdowały się prawie zawsze w obszarze jego zainteresowań.

On sam wywodził się z przedwojennej lewicy. Był niezwykle wrażliwy na oznaki antysemityzmu w latach 30. A potem zetknął się z dramatem Żydów jako więzień obozów koncentracyjnych w Gross-Rosen i Oranienburgu. W "Cieniach" są więc i obóz, i okupacja, i getto, lecz także na przykład przedwojenna przyjaźń polskiej i żydowskiej dziewczynki, trudności żydowskiego handlarza w czasach hiperinflacji z początku lat 20. oraz istniejący ciągle po wojnie antysemityzm. Najmocniejsze jest pierwsze opowiadanie - o Żydzie cudownie ocalałym z masowej egzekucji i jego żonie, która nawet wspierana przez polskich przyjaciół nie była w stanie się uchronić w okupowanym mieście. I już od tego opowiadania widać, że Filipowicz mimo makabrycznego tematu Zagłady opowiada o ludzkiej egzystencji z jej bogactwem i niejednoznacznością.

Postacie w "Cieniach" nie są bezwolnymi i upodlonymi ofiarami systemu jak u Borowskiego. To ludzie różniący się osobowościami, słabi albo silni, zachowujący się źle albo dobrze. Nie ma tu spektakularnego bohaterstwa, ale nie ma też zezwierzęcenia i podłości (bohaterowie to Żydzi i Polacy, nie Niemcy). Bohaterowie Filipowicza nie mają takich sąsiadów jak mieli Żydzi z Jedwabnego. Mają co najwyżej polskich przyjaciół, którym nie starcza odwagi, żeby dla nich zaryzykować życie. Ale spotykają też czasem ludzi takich jak Ludwik, więzień obozu koncentracyjnego, który na nieludzkiej obozowej ziemi zachował bezwzględne poczucie sprawiedliwości i nie dał współwięźniom krzywdzić słabszego - za co spotkała go nagroda. System nazistowski nie odbiera automatycznie człowieczeństwa - a więc i nie rozgrzesza z jego braku.

Również opisując relacje pomiędzy Żydami a Polakami w czasach pokoju, Filipowicz nie pokazuje postaw skrajnych. Antysemityzm? Istnieje, ale jest raczej wynikiem nieświadomości lub głupoty niż podłości. Po wojnie widzimy go u starego polskiego "patrioty", który ma we krwi atawistyczne obrzydzenie dla cech semickich. Jak każda ksenofobia antysemityzm często rodzi się z potrzeby zrzucenia na kogoś winy za nasze niepowodzenia - przykładem tłum polskich kibiców po meczu przegranym z drużyną z Izraela. Czasami wynika po prostu z nieświadomości - jak u małej dziewczynki, która z dziecinnej głupoty zmusza przyjaciółkę Żydówkę do zjedzenia kawałka szynki.

Filipowicz nie demonizuje więc stosunków polsko-żydowskich i w świetle na przykład sprawy Jedwabnego oraz wywołanych przez nią dyskusji stworzony przez niego obraz jest bardzo łagodny. Także pisząc o Zagładzie, nie tworzy osobnego, kamiennego świata. Jego ludziom Zagłada tylko się przytrafiła - ale nadal mogli pozostać ludźmi.

I może tu właśnie tkwi problem. Bo czytelnicy literatury ambitnej - a Filipowicz to na pewno pisarz ambitny - wychowani na imperatywach awangardy lubią w literaturze skrajność i rewolucyjność. Podoba im się Borowski, bo w jego prozie dominuje okrucieństwo i tragizm. Tymczasem świat Filipowicza jest zupełnie inny. Ani czarny, ani biały (co mogłoby przyciągnąć innego rodzaju publiczność), raczej szary - nawet z szarości nie czyni jednak żadnej nowej kategorii estetycznej czy moralnej. Filipowicz raczej powtarza stare dobre schematy pisarskie. Wydaje się, że czerpie m.in. z przedwojennej Zofii Nałkowskiej. Nie jest wielkim literackim odkrywcą. Raczej delikatnym sprawozdawcą rzeczywistości.

Jak wiemy, dwudziestowieczna krytyka lubi nowatorstwo formalne, a dwudziestowieczna myśl kocha radykalne konstrukcje. Holokaust był dla niej punktem wyjścia do katastroficznych tez o końcu cywilizacji Zachodu, kompromitacji Oświecenia, etc. Tymczasem Kornel Filipowicz pokazuje świat jako ciepłe i przytulne miejsce, w którym nagle nie wiedzieć dlaczego zapanowała lodowata zima - ale ta zima przejdzie. Przyznajmy - niezbyt to wstrząsająca koncepcja.

Może zresztą sam Filipowicz miał przeczucie tej niekompatybilności własnego pisarstwa z wymogami odbiorcy. Może stąd właśnie ta dziecinna nieco maniera kończenia opowiadań zbyt wyraźnie podkreśloną tezą - jakby autor nie był pewien, czy same za siebie przemówią, czy jego wizja jest dość wyrazista. Dlatego, choć te teksty są świetne językowo, choć się je czyta jednym tchem, choć wzruszają i skłaniają do zastanowienia, jak by się samemu zachowało na miejscu bohaterów, to można zrozumieć, dlaczego nie będą nigdy szczególnie istotne na tle innych opowieści o relacjach polsko-żydowskich. Choć może szkoda, bo są pewnie bliższe rzeczywistości niż wiele z radykalnych oskarżeń całej cywilizacji Zachodu, a także mrożących krew w żyłach teorii na temat Polaków. Cóż, skoro wolimy być zaskakiwani i oskarżani? To w taki razie mamy to, co sami chcemy. I nie narzekajmy.

Kornel Filipowicz, "Cienie". Wybrała Wisława Szymborska. Rysunki Maria Jarema, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007