Zważywszy na potężny szmat czasu, który dzieli pierwszy i ostatni wywiad w książce, dałoby się powiedzieć, że te rozmowy układają się w twoją historię życia?

Oczywiście. Widać na przykład, że ta książka bardzo wyraźnie się dzieli. Dopóki "Lampa" była skromnym alternatywnym nieregularnikiem, drukowałem w niej głównie rozmowy ze znajomymi, którzy pozostawali w analogicznym niszowym obiegu. To były osoby, które w ten sposób dla siebie odkrywałem. W 1993 roku to nie był, powiedzmy, dzisiejszy Krzysztof "Grabaż" Grabowski z Pidżamy Porno, na którego koncerty kupuje obecnie bilety po kilka tysięcy osób. To był Grabaż, który trzy lata wcześniej rozwiązał zespół, bo mu się nie powiodło i jeszcze nie dawał się namówić na reaktywację.

I tak było, póki tobie i "Lampie" nie przydarzył się cud...

Tak. Dorota Masłowska okazała się autorką bestsellera, który zapewnił mi finansowe podstawy, żeby móc wydawać "Lampę" jako miesięcznik...

A nie chciałeś po prostu kupić sobie wielkiego samochodu i pięknego mieszkania?

Nie, no coś ty! (śmiech) Coś trzeba w życiu robić. Z drugiej strony miałem złudzenia, że pismo będzie się samofinansować. Okazało się to mrzonką - bynajmniej na siebie nie zarabia, zaś liczba czytelników nie wzrasta, ale spada. Na szczęście państwo polskie dostrzega w coraz większym stopniu moją działalność, że tak powiem, kulturotwórczą i w miarę zwiększających się luk finansowych w tej zabawie powiększają się również dotacje. Jest to bardzo miłe ze strony państwa polskiego.

Czytelnicy z roku na rok idiocieją?

Może trochę tak. Wyobrażałem sobie "Lampę" jako "pismo pierwszego kontaktu" z kulturą dla ludzi często jeszcze bardzo młodych. Dla nich ten kontakt z poezją może odbyć się na przykład przez dobry tekst piosenki. No i trochę się przeliczyłem, jeśli chodzi o zasięg... Ostatecznie nie ma jednak czego żałować. W sumie "Wojna polsko-ruska..." sprawiła, że od kilku lat robię to, co lubię. Mentalnie inwestycja się opłaciła.

Jaki jest klucz doboru rozmówców?

Są dwa - po pierwsze klucz negatywny: dziś nie wypada mi robić rozmów z ludźmi, których sam wydaję i promuję. Wyjątek, co chyba zrozumiałe, zrobiłem tylko dla Doroty. A klucz pozytywny jest taki, że rozmawiam o tym, co mi się podoba i co uważam za ciekawe. To bardzo proste.

A może kluczem doboru rozmówców stało się dla ciebie też outisiderstwo, osobność?

Traktuję kulturę jako jedną całość bez wprowadzania sztucznych podziałów na kulturę niską czy wysoką. Interesuje mnie próba pokazania pewnej spójności i różnorodności zarazem - taki Stasiuk i Świetlicki to jest jednak mainstream, choć siedzą na swoich osobnych działkach. Wiesz, jak się bierze potem po półwieczu historię literatury, to się okazuje, że zostali w niej raczej nie Dołęga-Mostowicz i nie Rodziewiczówna, ale Schulz, Gombrowicz, Witkacy, którzy wtedy byli absolutną egzotyką.

Kontrkulturowy trzeci obieg jeszcze istnieje w Polsce?

Na pewno nie w dawnej postaci. Jeśli chodzi o literaturę, to energia generacji dzieci stanu wojennego, do której należałem, trochę się wyczerpała - wielu założyło rodziny, trzeba było pójść do pracy. Skończył się jakiś szczególny rodzaj pokoleniowego potencjału. I przebił to wszystko internet. Po co latać i odbijać coś na ksero, jeśli można założyć stronę internetową? Weźmy rozmaite serwisy poetyckie, animacje, komiksy, powieści hipertekstowe. To, co było w fanzinach, jest teraz w sieci.

A ty? Jesteś jeszcze w trzecim, a może już w pierwszym obiegu?

Teraz należę do mainstreamu. Niestety, od momentu, kiedy mieliśmy sukces z "Wojną polsko-ruską...", zacząłem dostawać takie same propozycje literackie, jak wszyscy inni. Trochę mnie to psychicznie załamało. Jestem postrzegany jako jeden z wielu wydawców, taki ojciec chrzestny największej sensacji literackiej ostatnich lat w Polsce. Ale historia z Dorotą była pojedyncza i niepowtarzalna - mam tego świadomość. Grabaż w jednej starej piosence pisał o tym, że "cuda chodzą parami w siedmiomilowych butach", ale to tylko jego licentia poetica. Z mojego doświadczenia wynika, że niestety nie. Jakby tego było mało, muszę wystawiać faktury i sam składam na komputerze to pismo. Kiedy je składam, robię błędy - zobacz, jak się ładnie nazywa miesiąc na okładce najnowszej "Lampy"...

Czewiec.

No właśnie, czewiec (śmiech).

A jak jest z tą nową falą kontrkultury literackiej i muzycznej, z nowym pokoleniem młodych gniewnych? Czy ich problemy i pasje są odmienne od tych, które miałeś ty i twoi rówieśnicy?

Tak, bardzo się różnią. Jeszcze w latach 90. były w zasadzie tylko dwie postawy wobec rzeczywistości. Jedna liberalna, akceptująca, jak u Vargi czy Stasiuka. I druga - romantyczny konserwatyzm, który dzisiaj, powiedzmy, znajduje przełożenie na politykę PiS-u. Fantaści w rodzaju Kołodziejczaka czy Ziemkiewicza przenosili sprzeciw wobec postkomunistycznej Polski w przyszłość lub w kosmos. Ale dopiero ludzie urodzeni w latach 70. i 80. zajęli się dotkliwymi kwestiami doraźnymi - interesował ich np. brak możliwości rozwoju zawodowego, marne zarobki, prawa kobiet, kwestie obyczajowe.

A może mainstreamowa popkultura pożera buntowników i zamienia ich w konfekcję?

Popkultura w ogóle nie potrzebuje żadnego buntu. W tej chwili rządzą Gosia Andrzejewicz i Doda - można powiedzieć tylko, że Doda lepiej śpiewa. Bunt się słabo sprzedaje. Ciekawe rzeczy dzieją się raczej w niszach.

Ale, paradoksalnie, jednym z najciekawszych wywiadów w tej książce jest dwuczęściowa rozmowa z Izabelą Sową, pisarką - jakby nie było - popularną, uprawiającą literaturę kobiecą.

A wiesz, że drugi z tych wywiadów powstał na zamówienie pewnego kobiecego magazynu? Przez pół roku go tam kisili, aż w końcu im zabrałem i wydrukowałem w "Lampie". Miałem wrażenie, że redaktorki poważają tylko zdecydowany feminizm "wysokoartystyczny" albo muszą doceniać megasukcesy kogoś takiego jak Grochola. Widocznie Sowa, która działając na rynku literatury pop, potrafi pisać mądre, osobne, niezależne rzeczy, nie pasowała im do tego.

A skąd się wzięła twoja pasja wyszukiwania książek widmowych, pojawiających się w innych książkach?

Nie wiem, skąd się wzięła (śmiech). Ale wiesz, zawsze wolałem to, czego nie ma, od tego, co jest. Poza tym ja czytam jak redaktor, dziennikarz, nie jak krytyk - nie posiadam zdolności do interpretacji. Ale zamiast tego umiem wyszukiwać anachronizmy, niekonsekwencje - to mnie interesuje. Właściwie to chyba lubuję się w wynajdowaniu takich szczegółów. Myślę, że na podobnej zasadzie kolekcjonuję książki nieistniejące jako zbieracz kuriozów.

Masz jakiś projekt literacki związany z tymi fascynacjami? Od ukazania się "Widmowej biblioteki" minęło już 10 lat.

Mam. "Warszawa fantastyczna" - chciałbym zrobić książkę, która byłaby przeglądem najróżniejszych wizji Warszawy przyszłości, ewentualnie Warszawy z przeszłości w wizjach alternatywnych, od futuryzmu do antyutopii. Wydaje się, że jest tu masa materiału, wiele o projektowaniu teraźniejszości, o społecznej wyobraźni, religijności, trendach cywilizacyjnych i specyfice miejskiej przestrzeni. Zaobserwowałem, nawiasem mówiąc, że Pałac Kultury jest obiektem niezwykle inspirującym warszawską prozę fantastyczną.

Nie masz czasami dość tych wszystkich książek?

Kiedy pracowałem jako dziennikarz, to było proste. Miałem swoje hobby - literaturę. Teraz nastąpiło pewne przesunięcie, literatura, praca wydawcy i redaktora stała się dla mnie kwestią zawodową. Okazało się, że muszę mieć jakieś inne hobby - zostałem więc wiernym czytelnikiem miesięcznika "Świat kolei". Najważniejszym dniem w miesiącu nie jest ten, w którym oddaję "Lampę" do druku, ale ten, gdy ukazuje się "Świat kolei".