"Ty mnie, Styka, nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze" - powiedział Pan Bóg do malarza Jana Styki w znanej anegdocie. To samo powinien powiedzieć duch Jorge Luisa Borgesa do znanego argentyńskiego dziennikarza Osvalda Ferrariego, który w 1984 roku przeprowadził z nim 45 rozmów dla Radio Municipal, a później spisał je i dał do druku w niemal 400-stronicowym tomie pt. "W dialogu I".

Książka właśnie ukazała się w przekładzie na polski. Niestety nie powie, bo za kształt tego dzieła i on sam odpowiada, sam ją w końcu autoryzował (choć jako 86-letni starzec). Szkoda, że są to jedyne rozmowy z tym wielkim pisarzem, jakie obecnie możemy odnaleźć na naszym rynku księgarskim. Albowiem ich lektura może się okazać dla czytelników przeżyciem irytującym.

Książkę czyta się źle z wielu powodów. Podstawowy jednak jej feler to nabożny stosunek Ferrariego do mistrza i kompletnie nieprzemyślana konstrukcja. Argentyński dziennikarz popełnił błąd typowy dla wielu dziennikarzy redagujących tego rodzaju książki. Uznał, że skoro rozmowy w radiu miały powodzenie, to wystarczy spisać je z taśmy "jak leci" i będzie z tego znakomita książka. Błąd! I to elementarny. Dramaturgia dialogu radiowego i literackiego to dwie różne sprawy. Aby odzyskać ją na papierze, trzeba ją po prostu na nowo zbudować. Ferrari nie zrobił w tym kierunku nic. Nie usunął nawet powtórzeń i zredagował rozmowy niechlujnie, pozostawiając pourywane zdania i frazy, rozmijające się i nieprowadzące do niczego pół- i ćwierćmyśli, ciągnące się i mdlące od nadmiaru duserów i pospolitej wazeliny.

Dopuszczalne i strawne w języku żywym, w książce wpędzają czytelnika w pospolite zażenowanie. Co gorzej, dziennikarz do rozmów przygotował się niezbyt starannie. Napchał sobie wprawdzie notes i głowę setkami cytatów z klasyków i samego Borgesa, co miało go uwiarygodnić jako eksperta i intelektualistę, ale i tak raz za razem łapany jest przez pisarza (wyrozumiałego zresztą wielce) na głupich lapsusach.

Ferrariemu brakuje też ciekawości w najbardziej elementarnych momentach rozmowy. Kiedy pisarz opowiada, jak przez większą część swojego życia grał w loterię, co tydzień wypełniając kupon tą samą cyfrą odpowiadającą dacie śmierci jego dziadka w bitwie pod La Verde, by w najbardziej przełomowym momencie swojego zawodowego życia trafić główną wygraną, dziennikarzowi nie przychodzi nawet do głowy, by zapytać o cokolwiek. Choćby o to, co zrobił z taką furą pieniędzy, ile ich było i jak zmieniły jego życie. A już na pewno, bo to był jego psi obowiązek - o metafizyczny sens, który temu zdarzeniu nadawał Borges. Bo bez wątpienia nadawał, ponieważ taki jest fundament zarówno jego twórczości, jak i koncepcji życia.

Gdyby chociaż pisarz był wyniosły lub nieprzyjemny… Ale nie! Rozmawiał z Ferrarim wyjątkowo życzliwie, wręcz z ujmującą skromnością i prostotą. Niejednokrotnie dawał swojemu rozmówcy wiele okazji do dyskusji zarówno o pospolitych przypadkach życia, jak i sprawach najtrudniejszych: o oczekiwaniu na śmierć, o nawiedzających go przez całe życie koszmarach i ich konsekwencjach w twórczości, o poczuciu, że kiedy pisze lub mówi, "jest pisany" przez Coś wyższego od niego. Niestety Ferrariego te kwestie interesowały znacznie mniej niż intelektualne popisy, które mogły pokazać go jako duchowego partnera mistrza.

Naprawdę ciekawych (i zaskakujących) rzeczy dowiadujemy się więc tylko wtedy, kiedy pisarz niepytany sam o nich opowie. Jak na przykład historię procesu tworzenia się jego legendarnej (i zaiste imponującej) erudycji, co miało miejsce głównie w bibliotece Miguel Cané, gdzie pracował przez 9 lat, a ponieważ jego koledzy - z natury leniwi - ustalili system pracy niepozwalający na opracowanie w ciągu dnia więcej niż 40 książek, Borges po 6 godz. dziennie czytał otaczające go tomy, bo nie pasjonowały go rozmowy o piłce nożnej i miłosnych podbojach. Czyli można powiedzieć, że swoją wielką wiedzę zdobył dzięki obijaniu się w pracy w bibliotece. Co jest wnioskiem zabawnym, ale i krzepiącym.

Była szansa, żeby przeczytać w tej książce setki takich opowieści, a co więcej, erudycyjnych i niebanalnych rozważań na temat spraw nieba i ziemi, Boga i człowieka, doczesności i wieczności, sensu życia i sensu tworzenia. Niestety, rozmowę tę prowadził Osvaldo Ferrari, który wolał prowadzić dywagacje na temat roli przydawki w dziełach pisarza, przetykane nieodłącznymi zachwytami i zapewnieniami o głębi myśli Borgesa. Oczywiste i nikomu do niczego niepotrzebne.

Miłe być może dla pisarza, ale tylko w kontakcie bezpośrednim w radiowym studiu. Na kartach książki drażniące i przykre. Jest jasne, że łatwiej jest sporządzić wypisy z kilkunastu książek, a następnie podsuwać je pisarzowi do komentarza, niż puścić się na głębokie wody filozofii, logiki, historii, metafizyki, literaturoznawstwa czy teorii kultury. Nie ma wątpliwości, że wtedy byłoby znacznie trudniej i byle sztuczkami nie dałoby się potwierdzać w rozmowie z mistrzem swojej erudycji. Ale też powiedzmy sobie szczerze: nikt od Ferarriego tego nie oczekiwał. Od niego oczekiwaliśmy tylko pytań prowadzących Borgesa ku centrum tego, co było zawsze jądrem jego myślenia, utrwalonego w jego pamiętnych i niezwykłych dziełach. Ale nie jest nam dane, bo Ferrari musiał się też wspiąć na pomnik. Bóg raczy wiedzieć po co.

Najciekawsze w tej książce jest zatem to, co pisarz rzucał jakby przy okazji, przechodząc od zaproponowanych mu egzegez i wspomnień o znajomych do filozoficznych uogólnień. Na szczęście trochę ich można znaleźć, bo nie wszystko udało się Ferrariemu popsuć. Podczas wyłuskiwania tych rodzynków przypomniał mi się "Trans-Atlantyk" Witolda Gombrowicza i słynny, opisany tam pojedynek "polskiego pisarza" z Maestro, którego pierwowzorem jest właśnie autor "Fikcji". Pomyślałem, że strasznie szkoda, że z Borgesem nie rozmawiał ani Gombrowicz, ani nikt mu podobny. Wtedy przeczytalibyśmy być może jedną z najmądrzejszych książek XX wieku.



Jorge Luis Borges, Osvaldo Ferrari, "W dialogu. I", Gliwice 2007. Editio/Helion.